REKLAMA

Czytając Prousta można niejednokrotnie odnieść wrażenie, że rzeczywistość przypomina przynajmniej kilka sklejonych ze sobą kartek.

Na początku przypominają zaledwie jedną, grubszą by chwilę potem odkryć przed nami kilka odrębnych, nakładających się na siebie wzajem jak kalki; ukazując z pozoru to samo, w rzeczywistości jednak odsłaniając zupełnie różne płaszczyzny tego, co wcześniej wydawało się jednolite i jednorodne.

W Stronie Guermantes czytamy m.in., o śnie ołowianym. Pisze tam Proust, iż zadziwiającym jest fakt, że po przebudzeniu się z głębokiego snu, nawet jeżeli potrzebujemy dłuższej chwili aby dojść do siebie w końcu i tak stajemy się sobą, wskakujemy poniekąd w rzeczywistość samych siebie. Ciekawe jest zresztą i zastanawiające, że w języku polskim funkcjonuje wyrażenie dochodzić do siebie, daje wszak samo w sobie dużo do myślenia, tak jakby swoista prawda ludowa chciała nam z uporczywością rutyny dowieść, że czasem, aby na powrót stać się sobą, trzeba przemierzyć nam jakąś nieznaną, dziwną i nieokreśloną podróż, która zaprowadzi nas w miejsce, w którym byliśmy jeszcze przed chwilą. Nie stajemy się kimś trzecim, czwartym, czy setnym ale po prostu sobą. Wracamy do siebie, na miejsce. A przecież moglibyśmy stać się zupełnie kimś innym; odnajdujemy jednak swoje myśli, wspomnienia, zasób wiedzy, słów i refleksji, odnajdujemy samego siebie. Stajemy się sobą. Nie jest się więc wówczas, zdaniem autora nikim. Z własnego doświadczenia śmiem wszakże twierdzić, że czasem jednak jest chyba odrobinę inaczej. Czasem, zanim staniemy się na powrót swoim własnym ja tkwimy przez kilka chwil w owym nie dookreślonym zawieszeniu, zupełnie jakbyśmy nie byli pewni tego, którą ścieżka iść dalej, mając do wyboru przynajmniej kilka. A jednak zawsze wracamy na tą swoją, dochodzimy, wchodzimy w siebie, w buty swojego własnego ja. Ciekawe na ile w zgodzie z samym sobą..?

Proust idzie jeszcze dalej, równając zmartwychwstanie duszy po śmierci do zjawiska pamięci, a śmierć do snu, sen zaś do dobroczynnego napadu obłędu. I może rzeczywiście tak jest. Podobno kiedy umiera człowiek, nie wie, że umarł, nie wie, że nie żyje. Być może wówczas także potrzebuje czasu by do siebie dojść, aby przypomnieć sobie kim jest, że jest w ogóle, o tym skąd przyszedł i jaką ścieżkę powinien wybrać właśnie wówczas. Być może dopiero wtedy zaczynamy istnieć naprawdę, naprawdę żyć, a wyraz zmartwychwstanie nabiera w tym właśnie momencie zupełnie innego znaczenia. A może jednak lepiej pozostać w tym mglistym zawieszeniu, może pozostać w tej pseudo nirwanie, w na poły nieświadomym trwaniu, w niepamięci, niewiedzy, bierności. Może tak łatwiej, może przyjemniej…

Jarosław Sawiak

- REKLAMA -
Zewnętrzne linki