REKLAMA

W odległych czasach heretyków traktowano okrutnie; poddawano torturom, palono na stosie, konfiskowano majątki, skazywano na banicję, stygmatyzowano społecznym wykluczeniem.

Tylko stosunkowo nielicznym udawało się umknąć przed konsekwencjami swych własnych wyborów i wierności wobec swych własnych poglądów. Co jakiś czas zresztą prześladowania myślących i wierzących inaczej wyraźnie się nasilały, czego przykładem był choćby okres kontrreformacji.

I tak dla części starożytnych Greków heretykiem był Sokrates, dla ortodoksyjnych Żydów był nim Jezus Chrystus, dla kościoła zachodniego Luter czy Kalwin. W historii świata przeciwnicy religijni czy polityczni obrzucali się obelgami, zarzucali sobie herezję właśnie i mordowali w imię, zdawałoby się dzisiaj, banalnych różnic, np. teologicznych. W kościele katolickim na straży moralnego porządku stało Święte Oficjum. Odłamy protestanckie zajadle walczyły ze sobą, wykazując się niejednokrotnie niebywałym wprost okrucieństwem, spierając się o niuanse dotyczące Trójcy Świętej, czy szczegółów transsubstancjacji, a więc przeistoczeniu w ramach Eucharystii (co ciekawe ale i smutne protestanci względem siebie nawzajem byli zdecydowanie bardziej nieustępliwi i nienawistni, niż wobec katolicyzmu, którego głęboki kryzys stanął u źródeł reformacji). Wielka Schizma Wschodnia spowodowana była kłótnią o to, jaki rodzaj pieczywa powinien być wykorzystywany w trakcie Mszy Św. oraz czy Duch Święty pochodzi od Ojca, czy może od Ojca i Syna. Czy dziś jesteśmy w stanie wyobrazić sobie by Boga w ogóle to obchodziło? Chyba nie. Zapewne to, co pod żebrami kłuło go najbardziej to totalny absurd chorych, patologicznych sporów i konfliktów.

W dzisiejszych czasach na szczęście słowa herezja czy heretyk niemal się już nie używa, funkcjonują one jako powierzchowne i dość płytkie skróty myślowe, częstokroć nadużywane w potocznym języku. W 1965 roku np. Kościół Katolicki przyjął deklarację Nostra aetate, wzywającą do braterstwa między ludźmi, wyrażając przy tym sprzeciw wobec dyskryminacji religijnej oraz prześladowaniom religijnym. Trzydzieści pięć lat później ówczesny papież wyraził ubolewanie i przeprosił za postępowanie na przestrzeni wieków wobec żydów, kobiet i heretyków właśnie. Czy to przejaw ekumenicznej i tolerancyjnej postawy instytucji kościelnych, a może to po prostu swego rodzaju poprawność polityczna? A może jedno i drugie?

Istotna trudność polega zresztą na tym by umieć znaleźć miejsce gdzie biegnie granica między tym, co rzeczywiście z jakiegokolwiek powodu nazwać można herezją, a światopoglądowych różnicach, traktowanych dzisiaj w cywilizowanym świecie jako przejaw ludzkiej wolności, wolności słowa, wolności religijnej czy wyrażania własnych poglądów. Pamiętać trzeba przecież o tym, by, jak napisał kiedyś św. Piotr, postępować jak ludzie wolni, a nie jak ci, dla których wolność jest usprawiedliwieniem zła, bo przecież wolność każdego z nas kończy się tam, gdzie zaczyna się niewola i krzywda drugiego człowieka. Każdy przypadek więc wydaje się jak najbardziej zindywidualizowany i odrębny, a przyświecać mu powinno zdroworozsądkowe i etycznie ugruntowane pojęcie wolności właśnie. Instytucjonalizacja ludzkich światopoglądów, np. religii wydaje się być konieczna, odegrała ona zresztą w historii kolosalną i fundamentalną rolę. Częstokroć wypaczała jednak prawdziwe sedno określonej idei, doprowadzając przez to do buntów, schizm i rozlewu krwi, zaś wszelkie próby odświeżania i wietrzenia owego sedna przynosiły zdecydowanie krótkotrwały efekt, co nie znaczy, że nie wnosiły niczego dobrego.

Kreśląc więc własną linię wolności, kwitnącej tak często przecież szeregiem idei, wnoszącej w ludzką kulturę nieprzebrane zasoby dobrego, nie powinniśmy bać się mówić o tym, co dla nas ważne, prawdziwe czy etyczne, pamiętając jednakże jak wielkim ryzykiem jest balansowanie na niebezpiecznej krawędzi, której ostrze zranić może drugiego człowieka oraz wypaczyć to co dla niego naprawdę ważne i cenne.
Jarosław Sawiak

- REKLAMA -
Zewnętrzne linki