Był sobie pewien mężczyzna, którego nawiedzał wciąż ten sam sen. Stał nad brzegiem rwącej, brudnej rzeki. Woda zamaszyście mknęła przed siebie tworząc wiry i niewielkie zakola. Jej poziom niemal równał się z poziomem brzegu, o mały włos nie wylewając się z koryta. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, na przeciwległym brzegu stał człowiek; niepewnie, chwiejąc się na nogach.

REKLAMA

Człowiek ten wpadł nagle do wody, znikając niemal w całości pod mętna powierzchnią. Mężczyznę ogarnął strach, przerażenie, paraliżujące go na wskroś. Co zrobić, co mam zrobić?- myślał. Rozsądek, a może jego brak kazał mu puścić się w odmęt wody i ruszyć na ratunek. Nie ruszył się jednak. Ten sam rozsądek, a może jednak jego brak unieruchomił go w na poły posagowej pozie. Istny paraliż. Zamknął oczy, zaciskając mocno powieki, zupełnie jakby chciał odseparować się od rzeczywistości. Tkwił tak skurczony, zgarbiony w okowach drgawek i strachu. Czekał z nadzieją, że gdy otworzy już oczy nie będzie niczego, woda będzie płynąć jak dotąd, a pod jej powierzchnią nie będzie w stanie dostrzec już nic i nikogo. Że ten, który wpadł, a który oby był jedynym świadkiem tego, co się stało już nie wypłynie, przechodząc do przeszłości.

– Już jest za późno, już nic nie da się zrobić, już jest za późno- powtarzał sobie ledwie słyszalnym szeptem. Otworzył oczy. Nie było nic. Nie było nikogo. Poczuł olbrzymią ulgę. Jego bezczynność nabrała racji bytu. A potem poczuł coś jeszcze. To dziwne, gorzkie i lepkie uczucie, jak mrówki rozchodzące się po jego ciele. Rozejrzał się wokół ponownie. Nie było nikogo; ani na powierzchni wody, ani tuż pod jej brudną powierzchnią, ani na którymkolwiek brzegu. Ulga zaczęła smakować roztartą gorczycą. Ponownie pojawił się strach. Ponownie paraliż. Bezruch i bezdech. A potem skończył się sen. Rozkleił powieki i spojrzał na rzeczywistość. Dopiero teraz poczuł ulgę. Ale tylko na chwilę.

Chciałoby się powiedzieć, że gdzie nie ma egoizmu, jest strach, a gdzie nie ma strachu, pozostają wyrzuty sumienia. Stwierdzenie to odzwierciedla stan ludzkiego umysłu w skrajnych okolicznościach (choćby takich, jak we śnie), na które narażony może być każdy z nas, jeżeli zresztą w tym przypadku można mówić o narażeniu tego, który biernie patrzy na to co się dzieje. Określa jednocześnie napięcie, będące swego rodzaju polifizytyzmem ludzkiego istnienia, polifizytyzmem humanistycznym. Określenie to jest swego rodzaju nawiązaniem do monofizytyzmu; pojęcia z zakresu teologii, mówiącego o jednej dominującej naturze bytu, wchłaniającej, czy też dominującej inne natury istoty (w tym przypadku człowieka- boga).

Ponownie wrócić tu wypada do Immanuela Kanta, mówiącego o charakterze noumenalnym i charakterze empirycznym; ten pierwszy, będący niezmienną, stałą częścią ludzkiej natury, zaś drugi elastyczny, podatny na wywierające wpływ, zewnętrzne okoliczności. Nawet jeśli jest w nas rzeczywiście jakaś cząstka noumenalnego, to wydaje się jednak, że są okoliczności, wobec których za każdym razem możemy zachować się inaczej. Na tym polega ów polifizytyzm, będący wielością, całym wachlarzem przejawów ludzkiej natury i w związku z tym ludzkich reakcji, kształtowanych przez konkretny moment, okoliczności, usposobienie, stan konkretnego napięcia, a nawet podatność na wpływ tak prozaicznych czynników, jak pogoda czy ciśnienie atmosferyczne, nie mówiąc także o potencjalnych reakcjach tych, którzy patrzą nam na ręce. W każdej konkretnej sytuacji możemy postąpić skrajnie inaczej, nawet jeśli sytuacje te są do siebie bliźniaczo podobne.

Na wszystko patrzymy przez pryzmat siebie, swojego strachu, swojego bezpieczeństwa, bezpieczeństwa bliskich. Nie sposób wyswobodzić się z własnego ego, nieuchronnie i fundamentalnie wpisanego w istnienie każdego z nas. Bohaterstwo bądź jego brak, wypisane jest w każdym z nas, a najważniejsze karty w grze rozdaje strach. To on się pojawia, gdy choć na chwilę zapominamy o sobie, myśląc o tych, którzy potrzebują naszej pomocy. Lecz ten sam strach, każe nam myśleć o sobie, już na początku rozdwajając naszą rzekomo spójną naturę, ten strach, który wypuszcza swoje gałęzie w różnych kierunkach. I jeśli ten właśnie strach nie sparaliżuje nas na tyle, że nie będziemy w stanie zrobić absolutnie nic, jeśli to właśnie on każe nam ratować nieszczęsnego i bezbronnego topielca, wówczas rzucimy się w głębie setek różnych możliwości tego, co stać się może lub stać się musi. Ale jeżeli przerażenie to zdominuje nas i obezwładni, jeżeli każe nam zamknąć oczy, przeczekać, przetrwać, to w jednej krótkiej chwili, w mgnieniu oka zniknie, ulotni się, tak jak nieszczęśnik pod powierzchnią brudnej wody. A nam pozostanie gryzący i gorzki smak wyrzutów sumienia, które kąsać będą nas już być może zawsze. Nasz własny egoizm jest przy nas zawsze, wyrzuty sumienia są jego pochodną lecz osią współrzędnych naszego bytu jest strach; to względem tej właśnie osi układają się wybrane i jednostkowe punkty naszego bytu, tworzące zwartą parabolę, będącą sumą wszystkich momentów, wszystkich możliwości, ukazującą dwie strony naszej natury i nieskończoną liczbę tychże możliwości. Determinują je zarówno ognisko tejże paraboli, będące niczym innym, jak przejawem naszego ego, jak i jej kierownica, będąca swego rodzaju wytyczną ale i perspektywą następstw podjętych przez nas czynów, bądź też ich braku. Lustrzane odbicie ramion paraboli, można by rzec paraboli strachu to rzeczywistość nas samych, wykres tego kim nie tylko jesteśmy, ale też tego, kim możemy się stać. Bo nasze życie to przecież matematyczne równanie, zaś jego kwintesencja to szereg nurtujących nas i jakże irytujących niewiadomych.
Jarosław Sawiak

Jarosław Sawiak

 

 

- REKLAMA -
Zewnętrzne linki