REKLAMA

Daj spokój Mario, musiało Ci się przyśnić- zaczął, trochę jakby szyderczo – lecz ona natychmiast odparła energicznie, że nie, że to wszystko było wyraźne, wie, że to było, było prawdziwe. – Co?- zapytał poirytowany. – To- odpowiedziała podając mu zdjęcie w ramce.

– Zdjęcie? No i co? Dostałaś je tyle co wczoraj ode mnie, to znaczy ramkę. Przecież taką właśnie chciałaś? Nie podoba Ci się? – Nie chodzi o ramkę Joseph, nie rób z siebie głupka! – chodzi o zdjęcie. Spojrzał marszcząc umyślnie brwi. Przez chwilę potrząsnął lekko fotografią. Potem jeszcze raz. – Co z nią nie tak?- spytał. – Jest przekrzywiona – nie widzisz, przekrzywiona lekko w górę. Wczoraj była w absolutnym poziomie, wiesz, że mam świra na punkcie takich rzeczy. – No wiem, ale przecież takie rzeczy się zdarzają, grawitacja, nic więcej… – Na twoich oczach smarowałam odwrót zdjęcia odrobiną kleju, właśnie po to by nie opadało, by nie opadało! – rzekła. – Może był zwietrzały? – Nawet jeśli tak- zaczęła po krótkiej przerwie- to mogło opaść w dół, grawitacja, jak mówisz ale nie mogła przesunąć się w górę! To z grawitacją nie ma nic wspólnego. – Może postawiłaś je nie tak jak trzeba? Może do góry… nogami? – Nie! – odpowiedziała gwałtownie – nie Joseph. To zdjęcie przesunęło się na moich oczach, ktoś je przesunął, wiem o tym, widziałam to! – Ktoś? Że niby kto? – zapytał. – Maria skuliła się jakby w sobie. Zaczęła lekko drżeć. Nie wiedział czy to jakaś gra, czy drży naprawdę. Nie miał pojęcia o czym ona mówi. Spuściła swój wzrok na centkowany dywanik w kształcie owalu. Zmarszczyła brwi, co w jej przypadku oznaczało, że jest zła. Zła była naprawdę. To było pewne. Joseph chwycił ją za ramię. Zaczęła mięknąć. – Kto?- powtórzył, umyślnie dając po sobie znać lekkie znużenie. Wyczuła to i ponownie zaczęła się spinać sama w sobie. – Mario- ponowił próbę dotarcia do niej, tym razem bardziej spolegliwie. Bardziej szczerze. A może po prostu chciał to mieć za sobą. Odwróciła się do niego nie patrząc mu w oczy. – Wydaje mi się, że to był twój dziadek… Tym razem to po jego ciele przebiegł dreszcz.

Foto: Wikipedia

Joseph nie lubił jak żartowano z jego bliskich. Tym bardziej z tych zmarłych. Tym bardziej z dziadka, którego pochowano kilka miesięcy wcześniej, a za którym tęsknił jak dziecko. Ukłucie bólu i straty cały czas było wyraźne. Cos jednak mówiło mu, że Maria mówi serio. Ona nie żartowała z takich rzeczy, nigdy. W ogóle w oczach Josepha miała dość niedookreślone poczucie humoru. A taka zagrywka nie była w jej stylu. Maria miała styl. To nie ulegało wątpliwości. Co więc o tym miał myśleć? Jakby na to nie patrzeć, jaką miara by tego nie mierzyć, to od tego właśnie momentu Maria coraz częściej zaczęła opowiadać mu o swoich snach, przeczuciach, niepokojach. Joseph słuchał ją na początku nieco osłupiały, ledwie kryjąc wewnętrzne przeświadczenie, że Maria zaczyna wariować. Jednak jakąś cząstką samego siebie wiedział, że tak nie jest, to było zbyt naturalne, spontaniczne. Nie wiedział dlaczego ale wierzył jej w zasadzie od samego początku, pomimo swego zmieszania i otępienia, w pierwszej chwili jakąś mikroskopijną cząstką siebie, która za każdym następnym razem pęczniała coraz bardziej, ogarniając go z czasem niemal w całości.

Czuł, nie, nie czuł tylko wiedział, że Maria była przeświadczona o tym, że mówi prawdę. Dla niej nie podlegało to żadnej dyskusji. A Joseph w zupełnie irracjonalny sposób brał z czasem za pewnik to co mówi. Tylko czy ta prawda, to co ona nazywa prawdą, to jedynie jej prawda, czy jednak coś w rodzaju prawdy obiektywnej. Wyobrażał sobie czasami, że podpina Marię do wariografu i zadaje jej cały szereg pytań, a potem przechodzi do tych dotyczących jej snów, przeczuć, wizji, czy jak tego by nie nazwać. Był niemal pewien, że wykrywacz kłamstw przyznał by jej rację. Dlaczego? Ponieważ Joseph wiedział, że to co ona mówi nie jest jakąś absurdalną fikcją, że to o czym opowiada, czego doświadcza, w jej umyśle dzieje się naprawdę. Ale czy to coś istnieje także poza nim, poza jej głową, w obiektywnym świecie, niezależnie od Marii? Czasem martwił się, że może jest chora, może ma jakiegoś guza (o zgrozo, tego by nie zniósł, nie przeżył!!!) jednak w jego oczach wydawała się być okazem zdrowia. Nic ją nie bolało, miała apetyt, wyglądała świeżo, dobrze. Zasugerował jej profilaktycznie wizytę u lekarza, po tym jednak jak go zmierzyła w odpowiedzi na jego sugestię, nawet nie śmiał powrócić do tematu. Z każdym następnym dniem, tygodniem, miesiącem jej rzadkie ale dość regularne zetknięcia się z tym czymś, Josepha już nie tylko dziwiło, czasem przerażało, a nawet szokowało ale przede wszystkim zaczęło fascynować i pochłaniać bez reszty.

Zaczęła to zauważać. Irytowało to ją. Jednak za każdym razem kiedy z samego rana dzwoniła do niego i tym dość specyficznym tonem i lekko drgającą barwą głosu mówiła by przyszedł, on wiedział że znowu coś jest na rzeczy. Zrywał się wówczas jak oparzony, resetował swój senny mózg niczym nowo nabyty notes i mknął do niej na złamanie karku by ponownie jej posłuchać, tego co tym razem, kto (bo było ich więcej), dlaczego, po co i zanotować to rzecz jasna skrupulatnie na pomarszczonych kartach jego pamięci. Z czasem, nie przykładając większej wagi do treści i sensu tego, co miała do powiedzenia, ale do tego, jak bardzo to było frapujące, zachowywał się jak automatyczna maszyna do pisania, która w niewidzialny i irracjonalny sposób wklepuje treść jej słów na niematerialną białą kartkę. Nawet wówczas, za pierwszym razem, choć jeszcze zupełnie nieświadomie i niedostrzegalnie, kiedy powiedziała mu, że ten ktoś, jego dziadek (podobno), jak sama twierdziła, przyszedł do niej wówczas tylko, i aż po to by ostrzec Josepha. – Przed czym?- zapytał wówczas – Przed tobą samym…

„Uderzy Cię wiele fal- mówiła, trochę jakby cytując – wiele prób odciśnie się na tobie, palić Cię będzie jak niewidzialny ogień. Lecz jeśli zapomnisz o tym co najważniejsze, na samym końcu zapłaczesz. Skup się na tym co najważniejsze. Jeśli nie, zostaniesz sam jak palec.

I chociaż zabrzmiało to trochę sztucznie i pompatycznie, jak wyszukany, pretensjonalny cytat, Joseph doskonale pamiętał uczucie przerażenia i jakiegoś trudnego do zdefiniowania amoku, którego się przestraszył, ale który jednocześnie sprawił mu jakąś trudną do zdiagnozowania przyjemność. Przychodził tak podobno kilka razy, on, ten ktoś, mówił mniej więcej to samo. Nie poruszał już żadnym przedmiotem. Zdjęcie w ramce ani drgnęło. Ale za każdym razem gdy się budziła z rana, jednego z tych właśnie poranków, miała nieodparte wrażenie, że ktoś wpatruje się w nią zza okiennej szyby. A Joseph? Tak naprawdę nie za bardzo wiedział, co do zasady, co ma myśleć o jej słowach i zachowaniu. Brzmiały dla niego jak jakieś starotestamentowe frazesy oderwane nieco od rzeczywistości. Trochę się bał, trochę się przejmował, za każdym razem przenikał go jakiś dziwny, zimny dreszcz. Oszołomiony, zafascynowany, chłonął jej słowa. Jak gąbka wodę. Gdy wracał do swojego mieszkania buzował jakimś niesłychanym przejęciem, dziwną energią, nie myślał o niczym więcej. Miał ochotę wrócić się do niej, pobyć z nią jeszcze, za każdym razem jednak przemagał się sam w sobie, mknął w te pędy do siebie, zrzucał wierzchnie ubranie i roztrzęsiony otwierał jakikolwiek bądź alkohol by zapanować nieco nad sobą. A potem siadał na swoim krześle przed bladym ekranem, na początku posępny i nie do końca przekonany by chwile potem zacząć pisać, pisać i pisać, o wszystkim co tkwiło w jego głowie, a teraz szukało ujścia; ale przede wszystkim o tym, co usłyszał od Marii. A ona? W pozostałe dni, w chwile wolne od tego, co zaczęło ją nękać zachowywało się w sposób zupełnie normalny i naturalny, nie przejawiając niczego, co mogłoby budzić jakikolwiek niepokój u kogokolwiek. (C.D.N)
Jarosław Sawiak

Jarosław Sawiak
- REKLAMA -

Zewnętrzne linki