REKLAMA

O wariującej i podskakującej lodówce nie mówił Marii przez kilka najbliższych dni. Pomimo faktu, że zaledwie dwie doby od pierwszego incydentu miał miejsce drugi, krótszy, właściwie z pozoru przypadkowy bo nie spowodowany jakimkolwiek zachowaniem Josepha. Po tym nie działo się już nic aż tak spektakularnego.

Kiedy więc w końcu wspomniał o zdarzeniu, Maria wzruszyła jedynie bezradnie ramionami, zupełnie jakby od niechcenia, cedząc jedynie o tym, że prąd potrafi czasem płatać figle, tak jak i sprzęty do niego podłączone. Josepha niespecjalnie to uspokoiło bo przecież ów „sprzęt” nie był wówczas podłączony, o czym jednak już jej nie wspomniał. Tym bardziej, że dosłownie nazajutrz po ich rozmowie, niemal w samo południe światło w mieszkaniu znów zaczęło świrować, migając przez około dwie minuty zupełnie bez powodu; lampy złączały się i wyłączały, migały, gasły, zapalały się ponownie, coraz to bardziej intensywnie i natarczywie, tym bardziej, im bardziej nosił się z zamiarem ponownego wyciagnięcia niewielkiego plastikowego flakonika. W tej samej chwili gdy chciał sięgnąć ręką do kuchennej szafki, poczuł jak coś mrowiącego, zimnego i nieprzyjemnego zaciska się na jego ciele; całym, calusieńkim, bez wyjątku. Czy był to jedynie paraliżujący strach, czy coś więcej? Tego nie wiedział. A potem, po chwili znowu nic. Wszystko ucichło, puściło. Kiedy godzinę później Joseph spytał sąsiada czy może i u niego działy się jakieś ekscesy, ten odparł, że nie i że to najpewniej wina starej instalacji bo dom, w którym mieszkał wraz z Marią nie należał do nowych. Joseph wziął to więc za dobrą monetę i temat uznał za zamknięty, tym bardziej, że podobne rzeczy nie zdarzyły się już nigdy. Nie oznacza to jednak, że nie działo się nic.

Foto: Wikipedia

Któregoś wieczoru siedział skulony pod kocem, gapiąc się bezmyślnie w ekran telewizora, na którym grupa zlanych potem osób zmagała się ze swą otyłością w jakimś zidiociałym reality show, biegnąc pod stromą górkę z piłką lekarską w rękach. W tle słychać było lekki szum wody mknącej w rurkach tuż za ścianą, gdzie znajdowała się łazienka. To Maria brała prysznic. Szum zdawał się być usypiający, delikatny. Joseph oparł się o wezgłowie. Zamknął oczy. Tylko na chwilę, wystarczająco chyba jednak długą by zdążyć się zdrzemnąć. Nagle coś wyrwało go z sennego letargu. Jakiś jęk, jakby stłumiony krzyk, westchnienie, trochę zbyt głośne. Zerwał się oszołomiony. Pomaszerował cichym krokiem w kierunku łazienki. Podszedł na palcach niczym szpieg do drzwi, za którymi nadal lała się woda. Za przydymianą szybą, u góry drzwi, majaczyła sylwetka Marii. Kiedy spytał z udawaną obojętnością czy wszystko w porządku, ona cicho i bez przekonania odparła, że tak. Kiedy po chwili wyszła otulona w szlafrok oraz z puszystym ręcznikiem owiniętym wokół mokrych włosów, uśmiechnęła się tylko, trochę niezdarnie, po czym pomknęła do ciepłej sypialni. Joseph wszedł do środka łazienki. Było tam duszno i parno. Zaparowane płytki na ścianie i podłodze, zaparowane okno i lustro, w którym ledwie majaczyła jego sylwetka. Pochylił się w jej stronę i byle jak, bez pomyślenia namazał wskazującym palcem na lustrzanej szybie zygzakowaty, rozwlekły bazgroł. A potem wyszedł, zamknął za sobą drzwi i poszedł do Marii. A ona, jedząc kanapkę i wtulając jednocześnie stopy pod ten sam koc, pod którym tkwił jeszcze parę minut wcześniej Joseph, równie bezmyślnie spoglądała na szklany ekran. Tym razem ludzie z piętnem otyłości męczyli się na gigantycznej, na pozór bezdusznej siłowni.

– Wydawało mi się, że mnie wołałaś.- Joseph usiadł obok niej. Odłożyła kanapkę na mały talerzyk. – Słyszałem coś jakby twoje wołanie, głos, sam nie wiem… Maria spojrzała przez chwilę na niego. – Wystraszyłam się. To nic takiego. A kiedy Joseph spytał o to, co ją wystraszyło, ona odparła:

Kiedy się kąpałam, katem oka, w roku łazienki zobaczyłam jakąś postać, wysoką, lekko zgarbioną, dziwnie ciemną. Na początku myślałam, że to ty. I to właśnie wówczas stęknęłam głośno; ze strachu, z zaskoczenia? Sama nie wiem. Lecz kiedy tylko odwróciłam głowę w kierunku sylwetki, ta rozpłynęła się, znikła. Przez krótką chwilę widziałam ją jednak. Widziałam ją ale nie potrafię jej opisać. Po prostu była jakaś czarna, jakby stara, sina, zmarszczona. – Musiało Ci się przewidzieć- spuentował Joseph. – Pewnie tak- odpowiedziała, wracając do swojej kolacji. Kiedy skończyła przytuliła się na kilka minut do niego, wpatrzona, tak jak on, w ekran. Joseph uwielbiał takie wieczory. Ciepło, miło, leniwie. Tym bardziej, że na zewnątrz siąpił drobny deszcz, uderzając niezbyt subtelnie o szyby w oknach. Wiatr co chwilę wzmagał się i słabł, zawodził w kominie. Grzejnik z wezgłowiem zaczął wymownie cykać i tykać, co oznaczało, że zaczynał stygnąć. To była pora by po raz ostatni tego wieczora zejść do piwnicy, załadować kilka szufli węgla i zamknąć wszelki dostęp dla silnego strumienia powietrza. Wyszedł więc z sypialni, zarzucił grubą bluzę i wsunął stopy w rozdeptane robocze buciory. Wyszedł na zewnątrz.

Za rogiem postąpił kilka stopni w dół i wszedł do piwnicy. Mdłe światło ledwie rozrzedzało mrok późnego wieczoru. Palenisko iskrzyło się słabym choć intensywnym żarem. Dorzucił więc siedem szufli czarnej skały i zamknął palenisko. Odczekał kilka minut by węgiel zaczął żarzyć się wystarczająco mocno by nie zgasnąć, lecz tląc się, doczekać jednocześnie rana. Nad głową słychać było drobne kroki Marii. Po kilku kolejnych minutach wrócił do domu. Nie było jej w sypialni. Zanim zdążył zdjąć buty usłyszał jednak jej głos dochodzący z łazienki. Zawołała go po imieniu. Postąpił więc w jej kierunku. Maria stała przed lustrem. Kiedy zjawił się wreszcie, spojrzała na niego i zapytała. – Ty to napisałeś? – Joseph spojrzał na rozlazły bazgroł na lustrze. Pomimo faktu, że te już dawno odparowało, nadal był widoczny, być może za sprawa naturalnej warstwy tłuszczu na ludzkiej skórze. – Tak, ja. A co? – zapytał. – I co to niby ma być? – odpowiedziała pytaniem. – Nie wiem, tak po prostu przejechałem palcem po zaparowanej szybie. – Przecież to jest wyraz, słowo… – odparła. – Sam nie wiem- rzekł, przyglądając się nieco uważniej. Rzeczywiście ów wężykowaty szlaczek przywodził jakieś słowo, zupełnie jednak niezrozumiałe. Joseph wzruszył ramionami. – Zaczekaj tutaj przez chwilę- powiedziała do niego, po czym wyszła. Dosłownie po chwili wróciła z telefonem w ręce. Na szklanym mini ekranie wystukała jakieś hasło. Blask ekranu odbijał się w jej twarzy. Kiedy przed jej oczami pojawił się powiększony wyraz, ona najpierw jakby spięła się, a potem skuliła w sobie. – Wiedziałam- szepnęła. – Co? Co wiedziałaś? – zapytał. -To słowo. To konkretny wyraz. To w języku francuskim. – Francuskim? – podniósł głos. – Przecież ja ni w ząb nie znam francuskiego. – A ja tak- odparła. I zaraz potem obróciła ekran ku jego twarzy, zbliżając go do jego oczu. Na jasnym tle majaczyły dwa słowa. Jedno u góry , a drugie poniżej. Pierwsze z nich było rzeczywiście nieznanym mu słowem, a brzmiało „faussaire”. Jednak jego tłumaczenie było nad wyraz czytelne, a brzmiało „kłamca”.
(C.D.N.)
Jarosław Sawiak

Jarosław Sawiak
- REKLAMA -

Zewnętrzne linki