Joseph nie znał języka francuskiego. Tym bardziej więc nie mógł zrozumieć, jakim cudem napisał wskazującym palcem to dziwne słowo. Przypadek? Być może. Życie, zdaniem niektórych jest niczym innym, jak sumą przypadków. Problem polega wszak na tym, że owe przypadki układają się niejednokrotnie w logiczną, zwartą całość, na pierwszy rzut oka absolutnie uporządkowaną i zaplanowaną.

To właśnie wtedy, nie wiedzieć czemu, z pozoru odruchowo i przypadkowo właśnie, zaczął zastanawiać się nad tym, kim była osoba z żółto – pomarańczowymi oczami, którą widział we snie i o którym mówiła Maria. Czy był to jedynie wytwór ich wyobraźni, zaskakująco wszak zbieżny ze sobą nawzajem, czy tkwiła za tym jakaś realna, chociaż przeszła już rzeczywistość. Oboje czuli obecność tego kogoś, kto tak usilnie prosił o ratunek zza nieuchwytnej i nienamacalnej granicy, poza którą nie byli w stanie sięgnąć, tego kogoś, kto płakał, zawodził, nie wiedząc co ma ze sobą począć, tego kogoś, kto tak niespodziewanie pierzchnął na zewnątrz przed czymś złym, nieznanym, nie do końca jakby spersonalizowanym i odtąd sporadycznie wałęsał się wokół tego ponurego domu, czekając tylko na jakąkolwiek bądź okazję by z powrotem wejść do środka. Kto to był, czy był to prawdziwy człowiek? I czego tak bardzo się przestraszył, zmuszony do exodusu na zewnątrz? I czy to właśnie to coś odpowiadało za dziwny przypadek z lodówką i światłem. No proszę.

I znowu przypadek? W tym właśnie kontekście słowo to nabiera dość szczególnego znaczenia i osadzone jest w dość osobliwym kontekście. Bo nawet jeśli wydarzenia te uznać za zbieg okoliczności, to trudno nie odnieść wrażenia, że ów zbieg wydarzeń był dość nurtujący i niepokojący. Jak bowiem wytłumaczyć to, że właśnie w chwili gdy wypowiadał słowa modlitw, kropiąc przestrzeń woda święconą, że właśnie wtedy szaleć zaczął domowy sprzęt i elektryka? Dlaczego właśnie w tych konkretnych momentach, właśnie w tej, a nie innej minucie, sekundzie, dniu i tygodniu? Dlaczego nie minutę wcześniej lub później? Dlaczego właśnie w chwili gdy powoływał się na autorytet Wszechmogącego Boga, na sprawczą i oczyszczającą, zdaniem wielu, siłę wody?

foto: Wikipedia

Nie potrafił tego wytłumaczyć, zrozumieć, ogarnąć. Przecież te dziwne wydarzenia miały miejsce jedynie tutaj, w tym domu. Z jednej strony bowiem wydawało mu się to wszystko tak strasznie absurdalne, a z drugiej tak nieprawdopodobnie prawdziwe, realne, uderzające i przerażające. Zaczął więc mimochodem wypytywać swoich sąsiadów, niby bez przyczyny, bezwiednie o to, czy w ostatnich latach działo się w okolicy coś osobliwego; czy to spokojne miejsce, kto tutaj wcześniej mieszkał, kto wybudował ten dom. Lecz z pozyskanych informacji nie dowiedział się niczego, co wniosłoby jakikolwiek nowy wątek. Zaczął wiec grzebać w starych papierach na strychu; były tam stosy gazet, starych szkolnych świadectw osób, które ten dom zbudowały, jakiś dowód osobisty bez zdjęcia, akt urodzenia ostatniej właścicieli oraz jej akt zgonu. Poza tym wory ze starymi ubraniami, stare domowe sprzęty i narzędzia.

Nic więcej. Nic, co rzucałoby jakiekolwiek nowe światło na sprawę. Któregoś przedpołudnia więc, zaraz po pracy, podszedł do redakcji lokalnej gazety do której pisywał i poprosił o archiwalne numery gazet sprzed dwóch ostatnich lat. W niewielkim pokoiku, słabo oświetlonym i zagraconym redakcyjnymi sprzętami przeglądał płachty papieru. Po niemal dwóch godzinach, kiedy przeglądał numer sprzed niemal roku uderzył go wreszcie niewielki tytuł na pierwszej stronie: „Samobójcza śmierć nauczyciela”. W tej samej chwili poczuł jak ponownie oblatują go dreszcze, a pot występuje na skronie i plecy. Czyżby znów magiczna i sprawcza moc przypadku? W króciutkim artykule czytał co następuje: „W dniu 14 marca b.r. w lesie, nieopodal polnej drogi (ulicy Żwirowej) znaleziono zwłoki dorosłego mężczyzny. Przybyła na miejsce policja stwierdziła śmierć samobójczą przez powieszenie, natomiast obecny na miejscu lekarz stwierdził zgon, który nastąpił najprawdopodobniej trzy doby przed znalezieniem ciała. Okazało się, że denat to zaginiony przed kilkoma dniami nauczyciel języka francuskiego, pracownik jednego z miejskich liceów. Rodzinie i bliskim Redakcja składa serdeczne wyrazy współczucia”. I tyle. I aż tyle.

Po pierwsze wisielec; przypomniał sobie w tej właśnie chwili, że Maria wspominała o tym, ze ma wrażenie, że osoba którą widziała sprawiała wrażenie kogoś zawieszonego. No i ten francuski? Czy miało to cokolwiek wspólnego z napisem na lustrze? I dlaczego właśnie „kłamca”? Przecież napis nagryzmolony został przez niego, Josepha, chociaż w języku, którego nie znał, a nie pojawił się sam, ot tak. Czyżby kolejny przypadek? Jedno nie ulegało wszak wątpliwości. Około roku temu, mniej więcej dwa i pół kilometra od domu, w którym mieszkali, przy drodze, będącej leśnym przedłużeniem ulicy przy której mieszkali popełnił samobójstwo człowiek. I niemal od samego początku, od chwili, gdy sprowadzili się do tego właśnie domu, zaczął ich niepokoić być może ten właśnie człowiek, niepokoić i prosić o pomoc.

A potem pierzchnął przed czymś co go przeraziło, co przeraziło i jego, Josepha. Po kilku tygodniach jednak jego obecność zupełnie ucichła. Nie wiadomo dlaczego. W zasadzie epizod z lustrem w łazience był ostatnią emanacją jego przypuszczalnej obecności. Potem nie działo się już nic, co miałoby cokolwiek wspólnego z ta nieznana personą. Jednak poczucie tkwiącego w tym domu zła nadal pozostało. Zła, które obezwładniało, zaciskało się szponami na całym ciele, paraliżowało; zła o niemożliwym do określenia zarodku i celu, z pozoru bezosobowego, jeśli nie liczyć tego czegoś (lub kogoś), kogo Maria ujrzała katem oka w rogu łazienki podczas kąpieli. Była bowiem przekonana o tym, że to coś było złem, nie mając nic wspólnego z człowiekiem, który w marcowe popołudnie, pośród gęsto porastających drzew odebrał sobie życie. Jedyne, czego udało się Josephowi dowiedzieć jakiś czas później o owym mężczyźnie to to, że najbardziej prawdopodobną przyczyną jego śmierci samobójczej były problemy sercowe. Dosłownie dwa dni przed zaginięciem miał się dowiedzieć, że kobieta, która od kilkunastu lat była jego żoną, zdradzała go co najmniej od pięciu lat z jego własnym bratem.

***

Kiedy nadeszła wreszcie wiosna, kiedy nadszedł słoneczny wreszcie kwiecień, wydawało się, że gdy już wszystko jakby niknie i cichnie, że nawet owo czające się i irytujące, mocno odczuwalne zło, które tak konsekwentnie zaciskało się na piersi i krtani, trudne do uchwycenia, niemożliwe do ostatecznego przegnania, monotonne i konsekwentne w swej pulsującej, mniej czy bardziej dynamicznej obecności, że nawet ono zaczyna jakby cofać się (przynajmniej chwilowo) przez olśniewającym pięknem eksplodującej wiosny, Maria stwierdziła, że nie chce tu dłużej mieszkać. Spakowała nas w dwa dni, po których zawiezione zostały wszystkie nasze rzeczy pod nasz wcześniejszy adres. A my? Pośród kwitnących drzew i zieleniejących łąk poszliśmy pieszo, delektując się każdym krokiem tego ponad sześciokilometrowego odcinka, który dzielił ten smutny i ponury dom, od mieszkania, które Maria odziedziczyła po swoim wuju. Ale już po trzech dniach okazało się, że na nasze „stare śmieci” nie przyszliśmy sami. (C.D.N)
Jarosław Sawiak

Jarosław Sawiak

 

- REKLAMA -

Zewnętrzne linki