Jak najszybciej powinniśmy uwolnić naszą gospodarkę od rosyjskiego węgla. To oczywistość zarysowana wojną w Ukrainie. – mówi Wojciech Saługa, poseł PO z Jaworzna. Poniżej zamieszczamy jego tekst na temat aktualnej sytuacji gospodarczej.

Wojciech Saługa

Rząd PiS dużo krzyczy, ale mało w tej sprawie robi. Wzywa do nałożenia embarga i mocniejszego zaciśnięcia pętli sankcji na Rosji, a węgiel jak jechał do Polski, tak jedzie. Potrzebne są szybkie i realne decyzje, a nie propagandowe zaklęcia i piarowe sztuczki, jak z maili ministra Dworczyka.

REKLAMA

Jeśli mamy zrezygnować z rosyjskiego węgla, to musimy wiedzieć, czym go zastąpić. Najprostsza odpowiedź – węglem. Także polskim. Węgla na rynkach światowych jest jednak znacznie mniej. Rosnący deficyt wywindował ceny do historycznych poziomów – za tonę w portach ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia) trzeba zapłacić około 430 dolarów. Cena uprawnień do emisji spadła za to ze 100 do około 70 euro za tonę.

Szok wywołany wojną w Ukrainie i jej wpływem na polską i europejską gospodarkę sprawił, że łaskawszym okiem zerkamy na energetykę węglową.

Czy zatem król węgiel wraca do łask? I co to oznacza dla Polski i Śląska?

A no tyle, że tu i teraz, gdy trwa wojna, a energetyka jest uzależniona od węgla, musimy działać natychmiast, sięgając właśnie po węgiel. To rozwiązanie taktyczne, nie strategiczne, wymuszone wojną i perspektywą embarga, nie zmieniające naszych finalnych zamierzeń. Natomiast plany długofalowe nie zmieniają się – docelowo chcemy odejść od węgla, zastępując go odnawialnymi źródłami energii i energią jądrową. Taki jest perspektywiczny model naszej energetyki. Trzeba do niego dojść w dłuższym dystansie, zgodnie z wieloletnim planem, który przyjęliśmy.

Dziś robiąc na złość Putinowi nie możemy sobie zrobić krzywdy i pozbawić prądu naszych firm i domów. Musimy zbalansować potrzeby z możliwościami ich zaspokojenia. A węgla energetycznego wydobywamy za mało – około 43 mln ton rocznie, podczas gdy nasza energetyka i ciepłownictwo potrzebuje kolejnych 12 – 14 mln ton. W ubiegłym roku kupiliśmy od Rosji ponad 8 mln ton, głównie na potrzeby ciepłownictwa i gospodarstw domowych. Co jak tego węgla zabraknie?

Najprościej byłoby zwiększyć wydobycie, ale nasze kopalnie nie mają dostatecznych zdolności produkcyjnych – brakuje górników i pieniędzy na udostępnianie nowych pokładów. Na domiar złego branżę wydobywczą sparaliżowała indolencja rządu, który zawalił nawet te inwestycje, które były w zasięgu ręki. Najlepszym przykładem jest budowa Szybu „Grzegorz” w kopalni „Sobieski” (Grupa Tauron) w Jaworznie.

Inwestycję, zapowiedzianą hucznie przez Beatę Szydło w 2017 roku, przerwano dwa lata temu, po wykonaniu połowy prac i wydaniu połowy pieniędzy – 280 mln zł. Szyb powinien być gotowy w 2023 roku, miał umożliwić dostęp do perspektywicznych złóż, decydujących o przyszłości kopalni. Teraz nie ma na co czekać, w ekspresowym tempie trzeba zakończyć budowę i korzystać z możliwości nowej infrastruktury. Taka jest potrzeba chwili podyktowana stanem wyższej konieczności.

Alternatywą dla węgla ze wschodu jest import tego paliwa z innego niż rosyjski kierunku. W grę wchodzi kilka krajów m.in. Australia, Chiny, Indonezja, Kolumbia, Kazachstan i Mozambik. Możemy też wstrzymać nasz niewielki eksport, sięgający 1,5 mln ton rocznie. Sprawy to nie załatwia, ale zawsze coś. I mam wątpliwości, czy jest to rozwiązanie rozsądne dla naszego, zaniedbanego przez obecnie rządzących, górnictwa.

Podczas, gdy trwają próby wyjścia z paliwowego impasu, węglowy stolik chcą przewrócić górnicze związki zawodowe. „Solidarność” rozważa, czy w związku z wojną nie należałoby odejść od programu likwidacji kopalń. O krok dalej idzie związek „Przeróbka”, który wprost domaga się odstąpienia od ustaleń dotyczących likwidacji kopalń i węglowych bloków energetycznych, stworzenia nowego planu dla górnictwa węgla kamiennego, wzrostu zatrudnienia i płac w górnictwie, budowy nowych kopalń, elektrowni węglowych i ciepłowni.

Czy to realne?

Nawet gdyby pod wpływem kryzysu wywołanego wojną w Ukrainie UE zrobiła wyłom w Zielonym Ładzie i zgodziła się jakimś cudem na budowę nowych kopalń, to powstaje pytanie, skąd mamy wziąć na to pieniądze. Inwestycje w górnictwie trwają ładnych parę lat, a tu czas się liczy. Sięganie po nie najlepsze pokłady, które nam zostały, będzie mnożeniem kosztów i zagrożeń. Radykalizmem węgla i prądu się nie wyprodukuje.
Czy jeden węgiel musimy zastąpić drugim? Niekoniecznie. Osiągnięcie niezależności energetycznej, a taki jest nasz cel niezależnie od wojny, mogą nam ułatwić inwestycje w odnawialne źródła energii i energetykę jądrową. Wojna to powód do jeszcze szybszego przejścia na energię wiatrową, słoneczną i biogaz, do ograniczenia emisji i smogu. Szkopuł jednak w tym, że spór rządu PiS z UE w sprawie praworządności odcina nas od miliardów złotych z KPO, w tym także od środków na transformację energetyczną.

W ogóle PiS nie lubi zielonej energii. Absurdalnymi przepisami wrzucił piach w tryby farm wiatrowych, wstrzymując na lata rozwój tej branży. Sporo energii mogą dostarczyć panele fotowoltaiczne, ale i tu jest problem, bo barierę tworzą niedoinwestowane sieci energetyczne, które nie są w stanie przejąć i magazynować prądu z „domowych elektrowni”. By to zmienić, potrzebne są unijne fundusze z KPO. I tu znów kółko znów się zamyka.

Wyzwań energetycznych mamy sporo. Nie sądzę jednak, że obecny rząd im podała. Wystarczy siedem lat nic nie robienia, pozorowania reform, koniunkturalnego podejmowania głupich decyzji pod dyktando niektórych związkowców. Czas na zmiany i gospodarskie spojrzenie na energetykę i górnictwo jako krwiobieg całej gospodarki. Nie bójmy się trudnych decyzji, które długofalowo będą korzystne dla wszystkich.

Wojciech Saługa

- REKLAMA -


Zewnętrzne linki