Kiedy to 22 maja 1977 przyjąłem święcenia kapłańskie z rąk ówczesnego metropolity krakowskiego, ks. kard. Karola Wojtyły, wydawało mi się, że wypłynąłem na szerokie wody wolności kapłańskiej.

REKLAMA

Tymczasem kilka dni później, w pałacu biskupim w Krakowie, spotkały się dwie grupy zaproszonych księży. Jedną stanowili poważni proboszczowie, drugą zaś neoprezbiterzy, do których i ja należałem. O wyznaczonej godzinie pojawił się Ksiądz Kardynał z listą w ręku i po powitaniu rozpoczął odczytywanie w kolejności alfabetycznej nazwisk świeżo wyświęconych kapłanów, na czele z moim, oraz nazw parafii, do których nas wysyłał. Wiadomo było, że taka jest procedura i są to suwerenne decyzje biskupa, któremu ślubowaliśmy posłuszeństwo, ale kiedy to nastąpiło, poczułem, że utraciłem swoją wolność. Na dodatek wysłano mnie jako tzw. księdza wikarego do parafii Kozy, o której w ogóle nic nie wiedziałam, a nawet nie miałem pojęcia, gdzie ona jest. Grozy dodawał fakt, że w prawie rzymskim termin vicarius między innymi oznaczał pomocnika niewolnika. Mojej traumy ani nie zmieniło serdeczne podanie ręki pierwszego szefa, ks. Władysława Sieczki, ani uwagi kolegów, że świetnie trafiłem. Jak najszybciej udałem się do Jaworzna, do domu rodzinnego, do ostatniego bastionu mojej wolności.

Kilka dni później moją traumę pogłębiła prośba kolegi, abym przygotował rozważania na nasz kapłański dzień skupienia, na podstawie pism bł. O. Maksymiliana Kolbe. Beatyfikowany w roku mojego wstąpienia do seminarium (17 października 1971) był patronem naszego rocznika. Obrzydzony mi skutecznie przez kaznodziejów, akcentujących przede wszystkim jego śmierć i jej okoliczności, nie był moim, mówiąc delikatnie, ulubionym świętym. Ciągle tylko słyszałem o Auschwitz, o bunkrze, o zastrzyku i o heroicznej postawie kapłana i to zamykało moje uszy i głowę na całą jego osobę. Dopiero prośba kolegi, która była silniejsza niż moje zahamowania, skłoniła mnie do poszukania odpowiedzi na pytanie: – kim tak naprawdę był Ojciec Kolbe i dlaczego w tej granicznej sytuacji podjął taką, a nie inną decyzję?

Dzięki tym poszukiwaniom zobaczyłem w nim wspaniałego człowieka, prawdziwego mężczyznę, wierzącego kapłana i posłusznego zakonnika. I właśnie ten ostatni punkt, w mojej ówczesnej sytuacji utraty wolności w imię posłuszeństwa, mocno mnie piknął. Ku mojemu zdumieniu spotkałem w Ojcu Kolbe jednego z najwolniejszych ludzi. Jego szerokie spojrzenie, jego podejmowane inicjatywy i imponujące plany, a przede wszystkim skuteczność działania, wzbudzały nie tylko mój podziw, ale i ogromne zdumienie, albowiem można, trochę upraszczając, powiedzieć, że Kolbe zrobił wszystko wbrew woli przełożonych, ani razu nie łamiąc posłuszeństwa. Często było tak, że kiedy zwracał się z jakimś odważnym pomysłem, prosząc o pozwolenie na jego realizację, słyszał odmowną decyzję, suche, zwyczajne: nie pozwalam. Zawsze przyjmował decyzję przełożonego, wszystko zawierzając Bogu, z którym był w nieustannym kontakcie. I wtedy Najwyższy, z którym rzecz była na modlitwie przedyskutowana, brał sprawę w swoje Boskie ręce albo wpływając na decyzję przełożonego, albo inną jeszcze drogą przeprowadzając swą Boską wolę.

Odkrycie tej prawdy o św. Maksymilianie Marii Kolbem przywróciło mi wolność w kapłaństwie. Uświadomiłem sobie, że przez medytację trzeba być ściśle złączonym z Jezusem Dobrym Pasterzem. Trzeba szukać Jego, a nie swojej woli. Planom z Nim uzgodnionym nic i nikt nie może stanąć na przeszkodzie.

Lata zarówno własnych doświadczeń, jak i obserwacji otaczającego mnie świata, pozwalają mi na sformułowanie kilku praktycznych wniosków wypływających z tak pojętego posłuszeństwa, z którymi pragnę się podzielić, traktując je, jako zachętę do dalszych przemyśleń:

  1. Jezus moim Panem. Służba Jemu jest dla mnie zaszczytem, szansą i gwarancją bezpieczeństwa.
  2. Przełożony nie jest przypadkową osobą i nieprzypadkowe są jego decyzje. Trzeba zawsze mieć do niego szacunek, który przekłada się na chęć zrozumienia go i jego poleceń.
  3. Bliska relacja z Bogiem pozwala nam na własną inicjatywę, połączoną ze znalezieniem sposobu jej prezentacji.
  4. Odrzucenie naszych pomysłów stanowi znakomitą okazją zarówno do ich korekty, jak i do przemyślenia własnej postawy.
  5. Przyjęcie naszych propozycji jest dowodem zaufania i pobudza naszą odpowiedzialność.
  6. Jako podwładni zakorzenieni w Panu, mamy odwagę wypowiedzenia we właściwy sposób własnej opinii tam, gdzie jest to konieczne, a kiedy zaś polecenie wykracza poza granicę przykazań Boga, jasnego sprzeciwu.
  7. W chwilach trudnych emocji nabieramy właściwego dystansu, aby problemy przekształcać w szansę, co tylko w bliskiej relacji z Bogiem jest możliwe.

 

Po 45 latach takiego funkcjonowania wiem, że to tak zawsze działa i wraz z psalmistą mogę powiedzieć: Pan Jest mim pasterzem i nie brak mi niczego (Ps 23,1).

Ks. Lucjan Bielas

- REKLAMA -

Zewnętrzne linki