REKLAMA
REKLAMA

Ilekroć trzymam w ręku cienką saszetkę z miętą, ilekroć czuję jej zapach – tylekroć przywołuje on dość jednoznaczne wspomnienie. Bo przecież owe wspomnienia mają swe źródło nie tylko w pamięci jako takiej; bazują także na doznaniach smakowych, słuchowych czy wzrokowych stanowiąc syntetyczną, zintegrowaną całość. Tak jest i tym razem, aczkolwiek to zapach odgrywa tutaj naczelna rolę.

Od czasu do czasu pijam miętę. Wszak tylko w razie jakichkolwiek bądź dolegliwości. Na szczęście zdarzają się rzadko. Mój wuj natomiast, Edmund,  pijał ją „namiętnie” każdego dnia. Jako dziecko kompletnie nie mogłem tego zrozumieć. Wywar ów był dla mnie niesmaczny i przede wszystkim gorzki, choć zapach miał dość intrygujący. Ze święcą wszak szukać dziecko, które lubi gorzkie rzeczy. Pamiętam duży, brązowy kubek wujka; zalany niemal do pełna wodą, a w niej kilka niewielkich saszetek właśnie, dryfujących pod powierzchnią ciemnego płynu. Edmund niejednokrotnie chciał mnie częstować naparem, spróbowałem raz, potem zawsze odmawiałem. Pachniało to jeszcze znośnie ale smak był nie do przejścia. A on parzył każdego dnia kolejną porcję, która stała na węglowych piecu, dymiąc lekko znad powierzchni. Popijał ja w ciągu dnia, do posiłków także.

Edmund Zieliński (ze zbiorów autora)

Ten specyficzny zapach dość wyraziście kontrastował z rzeczywistością otoczenia. Wuj mieszkał raczej w dość osobliwych warunkach; w jego izbie, którą zajmował, a która znajdowała się w dość dużym budynku gospodarczym dziadków, było raczej dość ponuro i niechlujnie. Budynek ten oprócz wspomnianej izby obejmował też tzw. stodołę, pomieszczenie z piecem centralnego ogrzewania oraz tzw. „chlewik”,  w którym niegdyś trzymano trzódkę. Właściwie nie wiem dlaczego wuj mieszkał właśnie tam. Obok na posesji stał duży dom, w  którym mieszkali dziadkowie (babcia była jego siostrą) oraz ja z bratem i rodzicami. Wujek nigdy nie narzekał, nie bruździł, w zasadzie był zadowolony ze swego położenia. Myślę, że jego „lokacja” wynikała z jego wyboru. Zupełnie świadomego. Babcia mu gotowała, prała, bodaj zawsze, w razie niesnasek, broniła go i usprawiedliwiała. A jemu wystarczała izba, przypominająca trochę norę z piecem węglowym, stołem, krzesłem, szafą i łóżkiem, przypominającym barłóg. Na ścianie wisiał duży obraz Chrystusa. To też dziwiło mnie trochę bo wuj do kościoła nie chodził. Jeżeli już, to tylko na pogrzeby swoich kompanów. A byli to zazwyczaj kompani „do szklanki”. Wuj bowiem dużo pił. Były to głównie „jabole”. Na naszej ulicy takich kompanów nie brakowało, choć przyznam szczerze, że cała otoczka owych libacyjek, łącznie z ich konsekwencjami (mordobicia też się zdarzały) tworzyła swoisty folklor, który dziś wspominam z rozrzewnieniem. Nie tylko ja zresztą. Wuj nie miał  łazienki, jeśli z niej korzystał, to u babci. Poza tym chadzał do wychodka, dobudowanego do budynku, w którym mieszkał. Był zazwyczaj dość niechlujnie ubrany. Jedyny raz kiedy widziałem go schludnego, w błękitnej czystej koszuli, naprawdę czystego, to wówczas, gdy wrócił po długim pobycie ze szpitala, do którego trafił po ciężkim wypadku. Stan bieżący wynikał natomiast z jego wrodzonej raczej niedbałości o siebie. Znajdowało to odzwierciedlenie także w jego mieszkanku; w jego izbie czuć było coś w rodzaju stęchlizny; mieszankę tanich win, potu, palonego w piecu węgla, dymu. Bardzo kontrastowało to z zapachem wspomnianej mięty.

Po prostu mięta… (wikipedia)

Ale zarówno gdy czuję właśnie ów specyficzny zapach zaniedbania, jak i parzonych ziół, oczami wyobraźni widzę właśnie jego. Jest zresztą jeszcze jedna rzecz, która dziwiła mnie w nim dość mocno. Każdego ranka, gdy wstawał, wypijał szklankę wody z sodą. Do wody wsypywał kopiatą łyżeczkę sody właśnie, wszystko zamaszyście i głośno mieszał i wypijał duszkiem. Myślałem, że pije ją z pragnienia, wówczas myślałem zresztą, że owa soda to coś w rodzaju wody sodowej. Dzisiaj przypuszczam, że robił to nie z pragnienia lecz z powodu zgagi. Skoro wszak pijał tanie wina konserwowane „siarą” to zgaga musiała mu się dawać we znaki. A skoro miał zgagę to i zapewne miał problemy z żołądkiem. A skoro tak, to pijał miętę, która koiła dolegliwości i odświeżała oddech. I tak zamyka się owo „magiczne” koło prozy życia. Ja osobiście, jak już wspomniałem, rzadko pijam miętę, ale sodę to już częściej. Na zgagę rzeczywiście jest niezawodna. Być może w genach pozostało mi po nim tylko tyle. Ilekroć jednak pijam jedno albo drugie, wciąż uporczywie dociera do mnie to, jak bardzo mi go brakuje. Z całym kolorytem, złożonością i prostotą.

Jarosław Sawiak

- REKLAMA -

Zewnętrzne linki