Reklama

Jarosław Surmacz o eksploracji jaskiń: To jak krok Armstronga, tylko pod ziemią

To rozmowa o przygodzie, ryzyku, determinacji i świecie, którego większość ludzi nigdy nie zobaczy na żywo. - Największą nagrodą jest możliwość postawienia odbicia swojego kalosza w dziewiczym namulisku. Mogę wtedy, trochę jak Neil Armstrong, zostawić po sobie pierwszy ślad – w rozmowie z nami mówi Jaworznianin Jarosław Surmacz, z zawodu programista, z zamiłowania speleolog. Odkrywca m.in. Jaskini Hardej, Niedźwiedziej Górnej, ich eksplorator, uczestnik wypraw w Alpy.

Mam przed sobą artykuł, który napisałeś w 2007 roku do tygodnika „Co Tydzień”, gdy byłeś uczniem pierwszej klasy II LO i piszesz w nim tak: "Mało osób wie, że w naszym mieście, a raczej pod nim jest wiele ciekawych miejsc. Trzeba tylko wiedzieć gdzie szukać i wystarczy tylko lepiej się przyjrzeć tej szczelinie między kamieniami. Nieżyjący już Grzegorz Tucki widział cię na ściankach wspinaczkowych. W sumie ze skałami i linami masz do czynienia wchodząc do jaskini. Skąd wziął się u ciebie ten instynkt spoglądania pod ziemię i wchodzenia pod ziemię?

Kiedy pisałem ten artykuł i kiedy szukałem tego podziemnego Jaworzna i starałem się dostrzegać je gdzieś tam dookoła siebie, to tłumaczę się trochę, że moja kora przedczołowa była wtedy nieco mniej rozwinięta niż jest teraz. Kora przedczołowa to jest taki kawałek mózgu, który jest odpowiedzialny za nasze skłonności do podejmowania racjonalnych decyzji, nie podejmowania ryzykownych zachowań. I wtedy jeszcze rzeczywiście ta część mojej tożsamości nie była tak rozbudowana. W zasadzie od dziecka interesowało mnie to, co jest niedostępne. Pamiętam takie wspomnienia z dzieciństwa, jak rozbudzały moją wyobraźnię niezabezpieczone studzienki ściekowe, do których bardzo lubiłem wchodzić; po szkole albo nie docierając na przykład do szkoły. Nie było tych epizodów jakoś wiele, ale…

Reklama

Ale nie docierałeś do szkoły dlatego, że tam zostałeś w tej studzience?

No szedłem na wagary, no na litość boską. No tak, tak to się jakoś tam zdarzało swego czasu. Teraz już się nie da chodzić na wagary, bo rodzice o wszystkim wiedzą, ale mnie się udawało; na szczęście. Trochę tak sobie to tłumaczę, że te pierwsze intuicje, popychające mnie w kierunku miejsc niedostępnych dla niektórych, mogą pochodzić z tego okresu. Poza tym, zawsze cieszyłem się tym, że łatwo mi było wchodzić tam, gdzie jest mało miejsca i mimo, że tego może na WFi-e po mnie nie było za bardzo widać, bo nie byłem wielkim entuzjastą gier zespołowych i innych aktywności, które się praktykuje w ramach zajęć wychowania fizycznego, to miałem takie poczucie, że chociaż  te jaskinie pozwalają mi jakoś tam się realizować i są dla mnie takim obszarem, gdzie mogłem się spełniać. Bardzo dziękuję moim nauczycielom WF-u, panu Mariuszowi Kowalskiemu, między innymi panu Maciejowi Czerwińskiemu, którzy przychylnym okiem patrzyli na to, że ja się w takie rzeczy bawię i mimo, że nie kopałem najlepiej w piłkę, to z WF-u jakaś tam ocena pozytywna była, pozwalająca mi przebrnąć przez proces edukacji.

Reklama

Wspomniałam o wspinaczce i zajęciach, na które chodziłeś, a prowadził je nieżyjący już Grzegorz Tucki.  Czy uczestniczenie w tych zajęciach miało wpływ na to, że później zacząłeś wchodzić do jaskiń, odkrywałeś je?

Z Grzesiem Tuckim, nieodżałowanym, wiąże się taka zabawna anegdota. Prowadząc te zajęcia, a robił to w ogóle świetnie, bo mimo, że były to zajęcia typowo poświęcone wspinaczce, to on młodzieży, dzieciakom, które w tych zajęciach brały udział, pokazywał też różne techniki związane ze wspinaniem. To nie było tylko takie proste asekurowanie, przyrząd asekuracyjny i koniec, ale też pokazywał nam jak zjeżdżać na linach, jak podchodzić z wykorzystaniem przyrządów wspinaczkowych i to otworzyło mi oczy, że poza wspinaniem są inne elementy tej całej zabawy, które mogą być fajne. Widząc we mnie ten entuzjazm i zainteresowanie tymi technikami, a niekoniecznie wspinaniem samym w sobie,  wróżył mi, że ja będę szambonurem. Tak pieszczotliwie nazywał wtedy to środowisko. Świadomie nie chciał mi nawet niektórych rzeczy wtedy pokazywać, mówiąc, że to się dla mnie źle skończy. Wyszło z tego co wyszło.

Reklama

Miał przeczucie…

Wspinałem się też w czasie studiów, byłem w sekcji Akademickiego Związku Sportowego też trochę po to, żeby uciec od WF-u na studiach. Obecnie wspinam się bardzo mało, zdecydowanie więcej chodzę po jaskiniach, ale te umiejętności i pewne intuicje, które dało mi przeszkolenie wspinaczkowe, jest nierozerwalnie związane z chodzeniem po jaskiniach, bo są to takie obszary, które się przenikają. Wprawdzie nie wspinamy się pod ziemią w butach wspinaczkowych, tylko zakładamy kalosze. Nie wspinamy się w po suchym wapieniu, tylko wspinamy się po śliskim, ale to też jest coś, co jest bardzo mocno wpisane w tę samą zabawę.

Reklama

Jaskinia Harda,Tatry Zachodnie. Fot. Sebastian Korczyk

Niewielka szczelina z intensywnym wywiewem zostaje dostrzeżona podczas letniego trekkingu, pod koniec sierpnia 2011 r. przez Ciebie i Wojciecha Kuczoka. Mam tu na myśli początek odkrywania Jaskini Hardej w Tatrach. Jak rozpoznać, że „wywiew” rzeczywiście prowadzi do dużej jaskini, a nie ślepej szczeliny?

Jaskinie, zwłaszcza w górach, są trochę taką kanalizacją dla tych wszystkich masywów. W momencie kiedy zaczyna padać, woda przez szczeliny przedziera się do wnętrza ziemi, robi tam po drodze to, co ma robić, wypłukuje przestrzenie w skałach węglanowych, rozpuszczając je. I to doprowadza do tego, że powstają jaskinie. Dzięki temu, że te systemy są otwarte, powietrze może swobodnie się tamtędy przemieszczać, towarzyszą temu takie zjawiska, które zwracają naszą uwagę, naszą grotołazów zainteresowanych eksploracją. No bo dzięki temu to powietrze ma szansę się w tych przestrzeniach podziemnych wychłodzić i wydobyć na powierzchnię. I to jest taka przesłanka, która osobie zainteresowanej eksploracją pozwala twierdzić, że tam pod ziemią jest jakaś jaskinia. W otworach niektórych tatrzańskich jaskiń wieje bardzo mocno. Różnice ciśnień są na tyle duże, że niekiedy, mówiąc kolokwialnie, łeb chce urwać. Pamiętam, że dzień był rzeczywiście upalny, a nam buchnęło w twarz mroźne powietrze z tej skalnej szczeliny. No i dało nam to do myślenia. W amoku eksploracyjnym zaczęliśmy rozgrzebywać te kamienie, aby sprawdzić, czy mamy rację. I tu postawię kropkę, bo rzeczywiście działając na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego takie działania są problematyczne trochę. Natomiast w naszym przypadku cała działalność później była konsultowana już z Tatrzańskim Parkiem Narodowym. Mieliśmy pozwolenie naukowe, natomiast rzeczywiście droga do odkrywania jaskiń, zwłaszcza na terenie parków narodowych, nie jest formalnie taka prosta.

Reklama

Kilka lat później rozpoczęły się nagrania do filmu dokumentalnego w reżyserii Marcina Polara. Po 4 latach został ukończony, wybrany spośród prawie 10 tysięcy zgłoszeń i zaprezentowany w 2019 roku wraz z 72 innymi na Sundance Film Festiwal w Stanach Zjednoczonych, ale jeszcze nigdy nie był prezentowany w Twoim rodzinnym Jaworznie. Dokument pokazuje nie tylko samo odkrywanie, ale też ekstremalne warunki pracy pod ziemią. O czym się myśli i jak funkcjonuje po kilku dniach pod ziemią, bez światła i kontaktu ze światem? Jest coś, za czym się tęskni?

Dla mnie takim znamiennym doświadczeniem jest to, że jaskinie dają mi szanse na to, żeby zatęsknić tam za takimi bardzo prozaicznymi elementami naszej codzienności, których może nie dostrzegamy. Dla mnie w tym doświadczeniu cenne jest to, że mogę zatęsknić za kubkiem ciepłej herbaty, za suchymi skarpetami i to było takie doświadczenie, które trochę mnie jako człowieka nauczyło te rzeczy na co dzień doceniać. Myślę, że bez tego kompletnie bym na to nie zwracał uwagi. W środowisku jaskiniowym, przy temperaturze 2 stopni Celsjusza, przy blisko 100 procentowe wilgotności powietrza, to te rzeczy sprawiają, ze się za tymi suchymi skarpetami i bielizną tęskni.

Reklama

Jaskinia Niedźwiedzia Górna, Jura Krakowsko-Wieluńska. Fot. Maciej "Jezio" Jeziorski

Jak wygląda logistyka tak intensywnej eksploracji?

Jaskinia Harda może być w pierwszej dziesiątce najdłuższych, najgłębszych jaskiń tatrzańskich. Natomiast jest to wciąż raczej taki mniejszy obiekt. Najdłuższą jaskinią w Tatrach, w polskiej ich części jest Jaskinia Wielka Śnieżna i ona liczy zdecydowanie powyżej 20 km długości. Dla porównania Harda ma niecały kilometr, więc skala jest trochę inna, co nie zmienia faktu, że logistyka jest o tyle rozbudowana, że do tej jaskini trzeba dotrzeć. W przypadku Hardej do otworu z parkingu mamy jakieś 2,5 godziny, więc chcąc te działania w jaskini zoptymalizować, nie tracąc czasu na dojścia, decydowaliśmy się też na to, żeby w tej jaskini biwakować.

Reklama

Jak wygląda taki biwak i spanie?

Oj, trudno. Zwłaszcza dla mnie. Ja nie jestem z tych gości, którzy łatwo zasypiają w takich miejscach.

W której jaskini przebywałeś najdłużej od wejścia do niej do powrotu na powierzchnię?

W Hardej, w związku z tym, że nasza działalność skupiała się przede wszystkim w weekendy, to razem z naszą ekipą eksploracyjną: Rafałem Klimarą, Wojtkiem Kuczokiem i Grzegorzem Kuśpielem, myślę, że biwaki mogły trwać maksymalnie 3 noce. Najdłuższy pobyt w jaskini zdarzył mi się w Alpach. Tam ze względów logistycznych, gdzie dotarcie od otworu jaskini do miejsca prowadzenia eksploracji może trwać cały dzień, planuje się biwaki. Mój najdłuższy mógł trać 4, 5 nocy w Jaskini Ciekawej, na pograniczu austriacko-niemieckim. 

Reklama

Mówiłeś że najtrudniejsze jest „odkrycie”, a potem „idzie z górki”, choć wiemy, że oznacza to czasami nawet miesiące kopania, poszerzania i przeciskania się. Jak długo człowiek jest w stanie pracować w warunkach, gdzie przez wiele godzin nie ma żadnej gwarancji sukcesu. Co go wtedy napędza?

Jak to śpiewali Skaldowie, nie o to chodzi, aby złapać króliczka, ale by go gonić. Celem niekiedy nie jest to samo odkrycie, co ten element niepewności, który jemu towarzyszy. Kiedy nie wiemy, co nas czeka za kolejnym meandrem, czy może czekają nas tam kolejne metry dziewiczego korytarza. TO w tej mojej eksploracyjnej filozofii napędza, aby tam iść. Jak długo można? To chyba do pewnego stopnia jest indywidualna kwestia. Są tacy, jak nasz kolega z Jaworzna, Mikołaj Szpaczyński, który w z pozoru beznadziejnym problemie eksploracyjnym potrafi działać przez wiele dni. Ja jestem taki typem, który w momencie, kiedy widzę, że tych perspektyw nie ma, to staram się znaleźć sobie takie miejsce, w którym te perspektywy jakieś będą. Więc też nie ubieram swojej eksploracji w znamiona górnictwa jako takiego, bo czasami jest tak, że ta granica między górnictwem a eksploracją jaskiniową jest krucha, bo rzeczywiście niektórzy w swoich w swoich eksploracjach posuwają się trochę za daleko.

Reklama

To znaczy?

Eksplorator „uraja” sobie, że ta jaskinia jest, kontynuuje się i doprowadza do takich sytuacji, w których szczelina, która jest bardzo wąska i zawęża się, za sprawą jego działań staje się szersza. Mówię tu o tym, że taką szczelinę można rozkuwać, mamy dostęp do elektronarzędzi akumulatorowych, możemy sobie trochę pomagać w tym odkrywaniu, ale wszystko zależy od tego, gdzie sobie postawimy te granice, bo nie chodzi też o to, żebyśmy bawili się w jakieś wandalizm i te obiekty sztucznie poszerzali do granic możliwości. Widzę miejsce na wykorzystywanie tego typu technik, natomiast wtedy, kiedy mam przesłanki ku temu, by twierdzić, że tam za tą ciasnotą są setki metrów do odkrycia.

Reklama

Sistemul Zapodie, Bihor, Rumunia. Fot. "PinkF"

W 2013 roku byłeś jedną z tych osób, która otrzymała wyróżnienie w ramach Kolosów za odkrycie między innymi jaskini Hardej, Niedźwiedziej Górnej. Mówiłeś, że w tym okresie było więcej tych eksploracji. Czy to wyróżnienie coś zmieniło w twoim podejściu do odkrywania jaskiń? Czy to było właśnie takie przypieczętowanie tego trudnego okresu odkrywania, ale też takiej satysfakcji z tego, że udało wam się to osiągnąć?

Myślę, że jako grotołazi nie robimy tego po to, żeby dostawać wyróżnienia. Raczej robimy to dla przyjemności związanej z możliwością właśnie postawienia odbicia swojego kalosza w dziewiczym namulisku. To jest dla mnie samo w sobie ogromną nagrodą, że w dzisiejszych czasach, w których wydawać by się mogło, że już wszystko zostało odkryte, mogę tam powtórzyć trochę za Nilem Armstrongiem gest pozostawienia po sobie odbicia kalosza i skalania dziewiczego namuliska swoim śladem. To jest próżne. Absolutnie to jest próżne i nie zawsze się do tego przyznaje, ale trochę tak to działa. Wracając do twojego pytania o same Kolosy, to było miłe. To było po prostu miłe.

Do dnia dzisiejszego nie jestem stuprocentowo przekonany co do tego, czy nam się należało, bo tam rzeczywiście laureatami tej nagrody przed nami były tuzy polskiej speleologii i polskiej eksploracji, więc można poddać wątpliwość to, czy nam się to wyróżnienie należało, czy nie, ale było to miłe.

Dużo jest jeszcze tych białym plam do odkrycia pod ziemią? Nowa technologia pomaga w tym?

Pozwolę sobie najpierw odpowiedzieć na pierwsze pytanie, bo  to jest taka rzecz, która chcę, aby też u wybrzmiała. Są osoby, które twierdzą, że dzisiaj się już zbyt wiele odkryć nie da. Ten podziemny świat daje nam ogromne możliwości, jeśli chodzi o odkrycia. Ostatnie lata to szczególnie pokazują, bo na naszym pobliskim podwórku na Jurze, na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej, było wiele odkryć, spektakularnych, żeby wspomnieć chociażby Jaskinię Egzotyczną. Co do nowych technologii, to na przykład teraz publicznie dostępne są dane ze skanowań lidarowych, które bardzo dobrze pokazują ukształtowanie terenu. W prawnemu oku grotołaza, eksploratora pozwala stwierdzić, czy tam pod ziemią się coś dzieje, czy można mieć nadzieję na jakieś odkrycie w danym miejscu. Ujawniają się leje krasowe. To też są takie elementy, których wcześniej nie widzieliśmy, bo na przykład były zasłonięte na zdjęciach satelitarnych przez roślinność, a na tych skanowaniach lidarowych je widać. Mocno do przodu poszły także techniki związane z pomiarami jaskiń. Zaczynałem mierzyć swoje odkrycia taśmą parcianą, klinometrem i busolą, tak teraz już mamy do dyspozycji urządzenia elektroniczne, które pozwalają nam to robić dużo szybciej. Dokładniej.

Są też skanery, tworzy się modele jaskiń 3D.

Dokładnie. To też znacznie wpływa na to, jak ten proces postępuje i ile tych jaskiń udaje się nam odkryć.

Czym pachnie jaskinia?

To chyba trochę zależy od tego, co kto chce tam wywąchać. Dla mnie pachnie przygodą. Jak wchodzę do jaskini, to ten specyficzny zapach sprawia, że moje serce zaczyna bić troszkę szybciej i myślę o tym, co tam na mnie czeka. Myślę, że każdy ma trochę inne poczucie tego środowiska. Pod ziemią panuje duża wilgotność. To też pewnie wpływa na to, jak się takie miejsce odczuwa, ale dla mnie pachnie przygodą.

Jura, Tatry, Alpy. Gdzie najtrudniej  dotrzeć do jaskini?

Najtrudniej pewnie dotrzeć tam, gdzie nas jeszcze nie było w tych jaskiniach. Chociaż rzeczywiście takich jaskiń w sensie otworów, które byłyby otwarte i można byłoby do nich wejść jest już bardzo niewiele, o ile jeszcze jakiekolwiek są, bo rzeczywiście  można je dość dobrze zlokalizować wykorzystując do tego celu satelity czy pomiary lidarowe, lotnicze. Natomiast rzeczywiście są jeszcze takie miejsca, do których ludziom nie udało się dotrzeć. Są takie tereny, w które ciężko jest się zapuścić, nawet nie tyle ze względu na jakieś ukształtowanie terenu, co na przykład na sytuację geopolityczną. Iran jest taką trochę dla nas białą plamą, jeśli chodzi o jaskinię. Bliski Wschód. Do niedawna Chiny też takie trochę były.

Jakie jest twoje największe marzenie związane z tym światem podziemnym?

Wiedząc skąd inąd, że to pytanie się pojawi, bo ono się pojawia dość często, stwierdziłem, że odpowiem na nie pokrętnie, bo ja do końca takiego swojego marzenia nie mam. Jestem zresztą też takim człowiekiem, który tymi marzeniami się stara nie żyć. Natomiast staram się żyć tym, co mi przynosi dzień. I trochę tak też podchodzę do jaskiń. Liczę na to, że jeszcze przytrafi mi się w życiu jakieś odkrycie, chociaż może też mi się nie przytrafi; też z tego będę zadowolony. Staram się po prostu cieszyć tym, co jaskinie dają mi na co dzień, kiedy już mogę tam się zapuścić.

Jaskinia Harda, Tatry Zachodnie. Fot. Sebastian Korczyk

Jeśli będzie nas słuchała osoba, która też się tym interesuje, chciałaby gdzieś zgłębić ten temat, to gdzie tutaj najbliżej w Jaworznie, oprócz skontaktowania się z tobą, mogłaby spotkać się z grupą osób, które też mają to hobby i zainteresowanie?

 Dla mnie bramy do podziemnego świata otwarły się nieco szerzej po tym, jak odbyłem kurs taternictwa jaskiniowego w Speleoklubie Aven w Sosnowcu, w którym takie kursy się odbywają i na pewno pierwszym punktem zaczepienia kurs taternictwa jaskiniowego dla takiej osoby może być. Jaskinie są środowiskiem trudnym, niebezpiecznym i warto ten świat poznawać z kimś, kto wie jak to robić i myślę, że z kluby są najlepszym miejscem do tego, żeby taką przygodę zacząć. Mamy ten przywilej, że mieszkamy w takim kawałku Polski, gdzie tych speleoklubów jest dookoła nas dużo, bo jest to Sosnowiec, Dąbrowa Górnicza, Katowice, Bielsko-Biała, Kraków, Ruda Śląska. Pewnie jeszcze coś by się znalazło, gdybym pomyślał chwilę. Jest gdzie się zaczepić, żeby zacząć robić to bezpiecznie.

Czy w najbliższym czasie masz plan wejścia do jakiejś jaskini, kontynuowania eksploracji? (rozmawialiśmy 16 kwietnia – przyp. red.)

W ten weekend będę w Tatrach. W związku z tym, że jestem zaangażowany w projekt inwentaryzacji otworów jaskiń tatrzańskich, też po części w związku z tym, że technologia poszła do przodu, możemy dokładniej zlokalizować otwory tych jaskiń, które już są znane, ale nie doczekały się na przykład pomiarów geodezyjnych. Mamy teraz takie możliwości, żeby je zlokalizować z dokładnością centymetrową i będę może bardziej na powierzchni, ale rzeczywiście będę aktywny w najbliższy weekend w Tatrach.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 25/04/2026 19:30
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości