- Po 13 kilometrach biegu nagle zabrakło mi mocy - Marcin Smolik opowiada o debiucie w zawodach bez profesjonalnego zaplecza, walce z własnym organizmem i metodach na „oszukanie głowy”, gdy siły kończą się na długo przed metą. To ponad 13 godzin ciągłego wysiłku na Castle Triathlon Malbork 2026.
Patrycja Koprzak: Jeszcze rok temu miał pan na koncie „tylko” maraton, a dziś rozmawiamy o ukończeniu dystansu pełnego Ironmana. Dlaczego wybrał pan ten, a nie na przykład krótszą formułę?
Marcin Smolik: Tak już mam. Tak samo było wcześniej z maratonem. Nie brałem udziału w półmaratonach ani w krótszych dystansach. Lubię duże wyzwania i jak już coś robię, to od razu na całość.
Jak wyglądał początek tej walki i co czuje człowiek, gdy wskakuje w chłodną wodę z myślą, że przed nim jeszcze kilkanaście godzin ciągłego wysiłku?
Na początku oczywiście był stres, bo wcześniej nie startowałem w zawodach tego typu. Nie myślałem jednak o tym, co będzie dalej. Chciałem najpierw ukończyć pływanie, później przejść do roweru, a na końcu do biegania. Po prostu skupiłem się na tym, co mam zrobić w danym momencie.
Szokiem była dla mnie przede wszystkim temperatura. Woda miała 16 stopni, a temperatura powietrza tylko 13 stopni. Podczas przygotowań pływałem na Sosinie, gdzie w najcieplejszym okresie woda miała około 25 stopni, więc różnica była naprawdę duża. Do tego był duży tłok w wodzie i momentami trudno było mi złapać swój rytm. Po kilkuset metrach wszystko się jednak uspokoiło i mogłem już skupić się na swoim pływaniu.

Fot. Maratomania
Co okazało się dla pana najtrudniejsze na tej trasie?
Najtrudniejsze okazało się żywienie. Miałem przygotowane batony i żele na rower oraz żele na bieg. Na początku wszystko szło zgodnie z planem, ale im dalej w wyścig, tym trudniej było mi to przyjmować. Szczególnie podczas biegu miałem już problem z żelami i coraz ciężej było mi coś zjeść.
Co było dla pana większym szokiem technicznym i logistycznym w tym debiucie: 3,8 km w wodzie czy 180 km na rowerze?
Na pewno większym szokiem było dla mnie 180 km na rowerze. W trakcie przygotowań wielokrotnie pokonywałem dystans 3,8 km w wodzie i powiedzmy, że o tę część byłem spokojny. Natomiast na rowerze szosowym nauczyłem się jeździć dopiero kilka miesięcy przed startem. Zrobiłem kilka razy dystans ponad 100 km, ale to zdecydowanie za mało. Dodatkowo na trasie był dość mocny wiatr, co przy tylu kilometrach do pokonania też dało się odczuć. Powinienem poświęcić na rower zdecydowanie więcej czasu. Tej części triathlonu najbardziej się obawiałem.

Fot. Maratomania
Doświadczenie z maratonu sprzed roku z pewnością pomogło na końcowym etapie biegu, ale maraton „na świeżo” to zupełnie inny bieg niż maraton po 180 km jazdy na rowerze. W którym momencie poczuł pan, że to jest zupełnie inny bieg?
Tak, to zupełnie inny bieg niż klasyczny maraton. Nie ukrywam, że byłem trochę nieświadomy tego, jak będzie wyglądała ta część zawodów. Maraton, który przebiegłem rok wcześniej, miałem dużo bardziej zaplanowany. Wiedziałem, jakie tempo chcę utrzymać i miałem przygotowane żywienie pod około cztery godziny wysiłku. Tutaj dochodziło jeszcze 180 km na rowerze, więc na trasę biegową wychodziłem już z dużym zmęczeniem w nogach.
Zaraz po zejściu z roweru i przebraniu się w strefie zmian czułem się jednak dobrze. Ruszyłem dobrym tempem, takim, w jakim rok wcześniej przebiegłem cały maraton. Po tak długiej jeździe na rowerze miałem jednak wrażenie, że biegnę dużo wolniej, niż faktycznie to robiłem. Na końcu drugiej pętli, czyli po około 13 kilometrach, nagle zabrakło mi mocy w nogach i tempo mocno spadło. Próbowałem się jednak nie zatrzymywać, tylko utrzymać to wolniejsze tempo, żeby ten wyścig nie trwał dla mnie jeszcze dłużej.
Łączny czas pokonania tych dystansów w pana wykonaniu to ponad 13 i pół godziny. Jak właściwie funkcjonuje organizm, i przede wszystkim umysł, po 8, 10 czy 12 godzinach?
Jest już po prostu mocno zmęczony. U mnie największy kryzys pojawił się podczas biegu. Trudno było mi przyjmować żele i coraz mocniej odczuwałem trudy tych wielu godzin wysiłku. Jeśli chodzi o głowę, to akurat nie miałem z tym większego problemu. Cały czas wiedziałem, że chcę ukończyć zawody i nie dopuszczałem do siebie myśli, że mógłbym się poddać.
Czy mimo to pojawiła się myśl: „zrezygnuj”? Jak ją wyciszyć i pokonywać dystanse dalej?
Nie pojawiła się. Starałem się w ogóle nie dopuszczać do siebie myśli o rezygnacji. Trochę „oszukiwałem” głowę. Na rowerze liczyłem sobie średnią prędkość i mniej więcej zakładałem, kiedy skończę kolejną pętlę. Dzięki temu miałem cały czas jakiś konkretny cel i czas na rowerze zdecydowanie szybciej mi leciał. Na biegu, kiedy było już ciężko, starałem się nie skupiać na bólu ani na tym, ile jeszcze zostało, tylko na tym, żeby po prostu biec dalej.

Fot. archiwum prywatne
Co dominuje podczas wbiegnięcia na metę: ulga, czysta eksplozja radości, czy może absolutna pustka i brak sił na jakiekolwiek emocje?
Na mecie przede wszystkim poczułem ulgę. Po tylu godzinach byłem już tak zmęczony, że nie miałem siły na jakąś wielką radość, ale w środku naprawdę bardzo się cieszyłem, że udało się to ukończyć.
Przygotowania do pełnego dystansu Ironman wymagają setek godzin wyrzeczeń, treningów i reorganizacji codziennego życia. Jak wyglądało to u pana?
Gdy na początku roku postanowiłem, że wystartuję w Malborku, zacząłem trenować pływanie pod okiem Kamila Kwaśniewskiego. Bieganie i rower robiłem we własnym zakresie. Gdy zrobiło się cieplej, zacząłem dokładać więcej jazdy na rowerze. Pożyczyłem go od jednego kolegi, a buty od drugiego i właśnie w ten sposób zacząłem swoją przygodę z rowerem szosowym. Co ciekawe, później dokładnie na tym zestawie wystartowałem w Malborku.
Starałem się robić około trzech treningów w tygodniu. Minimum jeden był na basenie, a pozostałe, zależnie od czasu, przeznaczałem na rower albo bieganie. Z perspektywy czasu wiem, że zrobiłem zdecydowanie za mało treningów łączonych, czyli roweru z późniejszym biegiem.
Miałem ambitne plany dotyczące diety i całego przygotowania, ale na dłuższą metę nie zawsze udawało mi się ich trzymać. Pojawiały się też chwile zwątpienia i myśli, czy jest sens startować, skoro nie realizuję założonego planu. Dopiero około dwóch miesięcy przed startem mocniej się ogarnąłem, zacisnąłem pasa i wtedy przygotowania zaczęły wyglądać tak, jak powinny.
Co powiedziałby pan mieszkańcom naszego regionu, którzy dziś patrzą na ten wynik i zastanawiają się, czy sami mogliby kiedyś przełamać swoje własne, absolutne granice?
Może zabrzmi to banalnie, ale uważam, że wszystko zaczyna się w głowie. Nieważne, jaki cel sobie postawimy, trzeba wierzyć, że się uda i nie przejmować się tym, co mówią inni. Warto próbować, a czasem po prostu zacisnąć zęby i robić swoje.

Fot. archiwum prywatne
Łącznie wystartowało ponad 500 zawodników, zajął pan 371. miejsce w klasyfikacji generalnej i 59. w swojej kategorii wiekowej. Co w tych zawodach było najważniejsze? Wynik czy jednak próba sprawdzenia siebie i przygotowania?
Wiadomo, że kiedy zaczynałem przygotowania, najważniejsze było dla mnie po prostu ukończenie zawodów. Mam jednak tak, że lubię dodać sobie trochę dodatkowej presji. Tydzień przed startem pomyślałem, że gdyby udało się przebić barierę 13 godzin, to byłoby super. Nie udało się, ale z samego ukończenia jestem mega zadowolony.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze