Wygłaszanie mowy pogrzebowej jest zwyczajem utwierdzonym przez tradycję i powszechnie przyjętym. Jej znaczenie zwiększa się szczególnie, gdy żegnamy zasłużonego obywatela jakiejś społeczności. Ostatnie, uroczyste pożegnanie sędziego Jerzego Żurawika, powszechnie szanowanego obywatela miasta Jaworzna, odbyło się w przeddzień świąt Bożego Narodzenia w kościółku parafialnym na Borach i przy grobie rodzinnym na cmentarzu Wilkoszyńskim.

Jerzy Żurawik

Był moim wychowankiem w czasach licealnych, później kolegą jako student prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, a po latach, gdy powróciłem do rodzinnego miasta, długoletnim, serdecznym przyjacielem. Takie względy usprawiedliwiają tekst obecny, którego intencją jest, by obywatel, który położył zasługi dla naszego miasta, zdobył prawo do szacunku i poważania, sędzia Jerzy Żurawik, nie odszedł od nas, obywatelskiej społeczności Jaworzna, bez publicznego słowa pożegnania.

Sędziowie to osoby świeckie, powołane do sądzenia spraw i wymierzania sprawiedliwości w imieniu państwa. Wobec tego nasuwają się pytania o to, jakie idee i poglądy są im bliskie, jakie cechy charakteru i motywacje dominują w ich życiu publicznym? Zanim na podstawie życia ś.p. Jerzego Żurawika, spróbuję na te pytania odpowiedzieć, najpierw parę osobistych wspomnień.

Pochodził ze skromnej, robotniczej rodziny, zamieszkałej w podjaworznickiej osadzie, Jeleniu. W żartach chętnie podkreślał wcześniejszy od Jaworzna rodowód swej wiejskiej, małej ojczyzny.

Nie miał kompleksu wobec „miastowych” Jaworznian. Jako nauczyciel polonista Liceum Ogólnokształcącego im. T. Kościuszki w Jaworznie znałem go dosyć dobrze. W jego klasie należał do ulubionych moich uczniów, ale nie był prymusem. Uczniem był pilnym, zdolnym i ambitnym, o wysokim poczuciu własnej godności i szerokich jak na licealistę zainteresowaniach. Po ukończeniu liceum studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie są to łatwe studia, ale radził sobie dobrze. Pomimo nawału zajęć nie rezygnował z uprawiania sportu. Świetnie grał w piłkę nożną. Dość powiedzieć, że w meczach studentów prawa przeciwko młodymi pracownikami nauki, prastarej Alma Mater, był graczem reprezentacyjnym drużyny studenckiej. Lubił też grać w brydża i brydżystą był całkiem niezłym. Wiem to, powiem nawiasem i nieskromnie, bo sam kiedyś byłem mistrzem akademickim Krakowa. Po swoim powrocie do rodzinnego domu w Jaworznie przez wiele lat, aż do wybuchu epidemii, w gronie wspólnych przyjaciół tworzyliśmy z Jurkiem żelazną czwórkę brydżową. Niestety, on chociaż najmłodszy z nas, pierwszy naszą czwórkę opuścił na zawsze. Skończyły się spotkania pełne żartów, uszczypliwych przymówek, drobnych spięć po nieudanych rozgrywkach. Co zresztą dawało okazję, by strapieni pocieszyli się kropelką ulubionego trunku. Tutaj dla usunięcia niewłaściwych domysłów, muszę oświadczyć stanowczo, że nawet gdy podczas radosnej biesiadki, było odrobinę za dużo szlachetnego napoju, Jurek nigdy nie skracał swego dystansu do przyjaciół. Zresztą kłócić się czy też spoufalać z ludźmi, co zdarza się na sutym przyjęciu, to nie były jego obyczaje. Inna uderzająca cecha jego charakteru, to odporność na okazje łatwego osiągnięcia korzyści materialnej. W moich oczach był wzorem urzędnika absolutnie nieprzekupnego.

W sądzie rejonowym w Jaworznię, gdzie rozpoczął pracę, przeszedł przez wszystkie szczeble kariery sędziowskiej: od asesora, do Sędziego Sądu Rejonowego w Jaworznie (1976 – nominacja). W czasach transformacji demokratycznej naszego państwa został powołany na stanowisko Wiceprezesa, a następnie na Prezesa Sądu Rejonowego w Jaworznie. Stanowiska te zajmował w latach 1990 – 2006. Jego specjalizacją było prawo pracy. Przez długie lata, od 1985 do 2012, pełnił funkcje Przewodniczącego Wydziału Pracy. W marcu 2012 roku zgodnie z wymogami statusu sędziego Rzeczypospolitej Polskiej przeszedł w stan spoczynku.

Upraszczając, rzec można – przeszedł na zasłużoną emeryturę.

Odtąd radości i uroki ostatniego etapu wędrówki życiowej dzielić będzie razem z emeryckim gronem wiernych przyjaciół. Jak każdy troskliwy ojciec będzie też przeżywać radości i zmartwienia swoich dzieci, syna Artura i córeczki Karolinki. I jak każdy prawdziwy dziadek będzie zakochany w swoich wnuczętach. Dumą napawały go zwłaszcza osiągnięcia naukowe syna, młodzieńca wszechstronnie utalentowanego, szczególnie w naukach prawniczych. Obecnie na Uniwersytecie Jagiellońskim już zajmuje on zaszczytne miejsce w gronie profesorskim Wydziału Prawa. Jest także sędzią Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach. To naprawdę godny spadkobierca ojcowskiej profesji i wierny kontynuator tradycji niezawisłości sędziowskiej i niezależnego sądownictwa, które są w nowoczesnym państwie istotnym filarem konstytucyjnej demokracji liberalnej. W naszych czasach została ona umocowana w prawach człowieka i w szerokim katalogu praw obywatelskich – zdobyczach o znaczeniu uniwersalnym.

Najwyższy obecnie autorytet prawniczy, przywódca sędziowskiej „S”, prof. Adam Strzembosz, komentując destrukcję państwa prawa w Polsce, nie wahał się przypomnieć sędziom, że „sędzia niezależność nosi w sobie” Zdarzyło się to w 2017 roku na manifestacji w Warszawie. Dla porządku przypomnę, że przez niezawisłość sędziowską należy rozumieć zasadę, według której sędzia przy rozstrzyganiu spraw podlega tylko własnemu sumieniu i ustawom. Sumienie to zmysł sprawiedliwości, który pozwala odróżnić czyny dobre od czynów złych, przestępczych. Dzięki niemu sędzia jest uprawniony do poprawienia przepisu prawa, jeżeli uzna, że jest krzywdzący dla oskarżonego. Tę właśnie niezależność i niezawisłość sędziowską nosił w sobie nieodżałowanej pamięci Jerzy Żurawik. Dodam tylko, że jednym z niezbędnych warunków nominacji na sędziego jest nieskazitelny charakter kandydata. Nasz Sędzia spełniał te wymagania w zupełności.

Ostatnie, nasilające się ataki ciężkiej choroby, zmobilizowały grono jego najbliższych przyjaciół, a w szczególności lekarzy, do czynienia wszystkiego, co jest możliwe, by zapewnić mu najlepsze warunki egzystencji i powstrzymywać uciekające życie. Tymczasem my, przyjaciele, byliśmy bezsilnymi obserwatorami dwu nieszczęść, o których się mówi, że chodzą parami. Jedno, to osobisty dramat naszego przyjaciela: postępy ciężkiej i złośliwej choroby, która dewastowała jego zdrowie i życia. Drugie – postępująca dewastacja dzieła, w którego budowie on miał swój udział i która polega na metodycznym niszczeniu wymiaru sprawiedliwości, niezależnego sądownictwa i niezawisłości sędziowskiej, co oburzało go do głębi.

Poniekąd zaskoczyła mnie wiadomość, że do końca swoich dni był świadom rozgrywającego się dramatu młodej polskiej demokracji. Sam moment śmierci dla najbliższych osób jest zawsze zaskoczeniem, prawdziwą traumą. Nam, przyjaciołom, trudno jest pogodzić się z myślą, że Jego wśród nas już nie będzie.

Marian Bębenek

 

 

- REKLAMA -

Zewnętrzne linki