REKLAMA

Przez góry i pustynie

O tym, że dzisiaj świat jest „globalną wioską” nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Przeciętny Polak bez większych problemów może przemieszczać się w różne części świata. Również ja wielokrotnie korzystałem z tego przywileju. W tym roku wybór padł na Maroko. Wraz z czterema kolegami z Jaworzna spędziliśmy tu 22 dni.

Reklama z folderów biur turystycznych sprawdziła się co do joty. „Wspaniałe szczyty górskie, słoneczne plaże, zachwycająca architektura i gorące piaski Sahary – wszystko to czeka na Was w Maroku – malowniczym kraj północno-zachodniej Afryki. Wyjątkowe położenie kraju pomiędzy wybrzeżem Atlantyckim, Morzem Śródziemnym i Saharą, jest gwarancją wspaniałych krajobrazów i niezapomnianych atrakcji. Z jednej strony spotkamy tu skute lodem szczyty górskie, z drugiej

– gorące piaski pustyni, w Maroku nie ma więc czasu na nudę.”

1. dzień – 24.04 (piątek), Agadir – Taroudannt – 65 km

Ponieważ wcześniej nie było okazji do wspólnych rowerowych podróży, zanim wyjechaliśmy do Maroka, w marcu i kwietniu, udało nam się odbyć kilka wycieczek niedzielnych integrujących grupę. Próby wypadły pomyślnie i mogliśmy juz spokojnie przygotowywać się do odlotu. Pozostawała do rozstrzygnięcia kwestia transportu rowerów. Wbrew pozorom przewożenie roweru w samolocie nie jest skomplikowaną sprawą. Do wyboru są dwie opcje: karton ze sklepu rowerowego lub pokrowiec. My skorzystaliśmy z obu tych sposobów. Pokrowiec uszyty z mocnego materiału przez znajomą krawcową miał wymiary 1,5 m x 1 m, a dwa zamki po 75 cm dopełniły reszty.

Do portu lotniczego Katowice-Pyrzowice ruszyliśmy jeszcze przed świtem, załadowani do busa bagażowego naszego kolegi. Odprawa na lotnisku przebiegła dość sprawnie, choć za przekroczony limit bagażu (20-kilogramowy) dwóch kolegów musiało dopłacić odpowiednio 70 i 100 zł. Samolot linii lotniczej Enterair Boeing 937 trasę Katowice – Agadir pokonał bez przeszkód ciągu 4,5 godziny. Wystartowaliśmy o godz. 7.35, a o godz. 12.15 wylądowaliśmy na lotnisku w Agadirze – 20 km od miasta. Organizator lotu czarterowego biuro podróży TUI Poland Sp. z o.o. jest częścią największego koncernu turystycznego na świecie TUI Group. Za przelot wraz z bagażami w obie strony zapłaciliśmy 959 zł. To niewiele, ale można jeszcze mniej. W drodze powrotnej spotkaliśmy małżeństwo, które korzystając z oferty „last minute” zapłaciło tylko 400 zł

Po wylądowaniu trzeba było cofnąć wskazówki zegarka o 1 godzinę. Temperatura powietrza na lotnisku wynosiła 17ºC. Agadir, to miejscowość położona nad Oceanem Atlantyckim, najbardziej popularny kurort wypoczynkowy w Maroku. To miejsce przypomina znane nam z Europy nadmorskie miejscowości. Piękna szeroka plaża, liczne restauracje, duży wybór hoteli. Jest to świetne miejsce dla rodzin, młodzieży, a także dla surferów z uwagi na idealne w tym rejonie fale. Po przejechaniu pętli wokół Maroka powróciliśmy do tego miasta w ostatnim dniu podróży.

Przez środek Maroka przebiega pasmo Atlasu Wysokiego (najwyższy szczyt: Dżabal Tubkal, 4167 m n.p.m.). Jego przedłużeniem na południu jest Antyatlas, a na północy Atlas Średni. Pasma tych gór oddzielają Wybrzeża Atlantyckie, z jego licznymi kurortami, od pustyni Sahary. Zdrowy rozsądek nakazywałby wyprawę rowerową wzdłuż wybrzeża

– od Agadiru do Tangeru. Przy okazji byłaby też szansa zwiedzić słynną Casablancę największe miasto Królestwa Maroka oraz stolicę kraju – Rabat. Koledzy jednak uznali, że przemierzanie płaskiego wybrzeża, to zbyt łatwe zadanie i zaserwowali nam rowerowy survival. Pierwszy tydzień poświęciliśmy więc na przebijanie się z znad Atlantyku w kierunku Sahary, pokonując wysokie góry. Jedna z przełęczy znajdowała się na wysokości prawie 1900 m n.p.m.

Po rozpakowaniu bagaży, złożeniu rowerów i wymianie pieniędzy w lotniskowym kantorze ok. godz. 14.00 ruszyliśmy w drogę. W pierwszym mieście noclegowym – Taroudannt hotel z przewodnika był dość drogi, ale zaraz pojawił się ‚życzliwy”, który zaprowadził nas do kolejnego, gdzie za nocleg zapłaciliśmy tylko 6 euro (24 zł). Skromnie urządzone pokoje wyposażone były m.in. w „europejskie” gniazdka. W barze na mieście za 1 euro kupiliśmy zupę z soczewicy, naleśnik z miodem i herbatę.
Kolejne pięć dni w zasadzie nie różniły się znacząco od siebie. Ruszaliśmy na trasę ok. godz. 9-tej i po przejechaniu 75-90 km kończyliśmy kolejny etap. Ze względu na panujące upały i spore podjazdy przejechanie większego dystansu było niemożliwe. Sporym zaskoczeniem były dla nas wysokie temperatury powietrza o tej porze roku.

Mimo, że był to kwiecień żar lał się z nieba każdego dnia. Na trasie zatrzymywaliśmy się w przydrożnych sklepach, aby uzupełnić zapasy jedzenia i picia. Niewielkie hoteliki blisko centrum miasta, w cenie 5-6 euro (20-24 zł), stanowiły naszą bazę po trudach każdego dnia. Drugiego dnia wyprawy mieliśmy na trasie spotkanie z polską ekipą filmowców podróżniczych (Radio M), którzy filmowali Maroko, a wcześniej Indonezję. Zobaczyli polskie napisy na mojej koszulce rowerowej i się zatrzymali. Zrobili z nami krótki wywiad.

Szóstego dnia wyprawy (29.4) dotarliśmy do niewielkiego miasteczka Tinghir, w którym zrobiliśmy sobie pierwszy dzień wolny od jazdy. Zatrzymaliśmy się w hotelu Riad Agraw usytuowanego w bocznej uliczce, 300 m od drogi głównej N 10. Stare ciężkie mury stanowiły znakomitą osłonę przed piekącym słońcem. W hotelu żadnych turystów. Pokoje 2-osobowe z łazienką i wanną kamienną. Zapłaciliśmy z góry za 2 noclegi każdy po 60 DH (6 euro, 24 zł). Warunki do odpoczynku idealne. Bez problemu mogliśmy korzystać z internetu, a do centrum miasta dosłownie kilka kroków. Dzień wolny poświęciliśmy na odpoczynek, drobne naprawy sprzętu, pranie, rozmowy z bliskimi przez skypa (Krzysiek) oraz zwiedzanie miasteczka. W barze przy dworcu busów zjedliśmy lokalne danie harirę. To taka namiastka naszej fasolki po bretońsku. Gienkowi tak smakowała, że zamówił aż 3 porcje. W drodze powrotnej do hotelu, w pobliskim markecie kupiliśmy zapas chińskich zupek po 4 DH (1,60 zł).

8. dzień – 01.05 (piątek) Tinghir – Erramedicia 134 km

To był jeden z najdłuższych etapów naszej wyprawy. Ruszyliśmy wcześniej niż zwykle, bo o godz. 8.00. Pogoda bez zmian, czyli upał od rana, a w południe skwar. Na szczęście trasa była dość płaska, zaledwie kilka wzniesień niezbyt stromych. Wiatr też nie przeszkadzał w jeździe. W połowie etapu zatrzymaliśmy się na obiad. W przydrożnym barze zamówiliśmy regionalne danie: tadżin. To tradycyjna marokańskiej potrawa z mięsa i warzyw w aromatycznych przyprawach, podawana w glinianym naczyniu. Do tego sałatka z pomidorów, ogórków i cebuli. Wieczorem podjęliśmy decyzję, że w następnych dniach nie przebijamy się przez góry, tylko rano jedziemy autobusem do Meknes, gdzie spędzimy 2 dni, a potem krótki odcinek do Fez (ok. 70 km) i w Fez kolejne 2 dni zwiedzania.

Ryszard Karkosz

- REKLAMA -
Zewnętrzne linki