Zmarł ppłk. Stanisław Pakuła – ostatni Żołnierz Wyklęty odszedł na Wieczną Służbę

Odszedł na Wieczną Służbę. We wtorek 28 grudnia pożegnaliśmy ppłk. Stanisława
Pakułę, który zmarł 21 grudnia. Miał 91 lat.

REKLAMA

W Jego ostatniej drodze uczestniczyła rodzina, przyjaciele, sąsiedzi, przedstawiciele władz miasta oraz wojsko i wiele organizacji patriotycznych. Msza święta pogrzebowa z ceremoniałem wojskowym została odprawiona w kościele p.w. Matki Bożej Anielskiej w Dąbrowie Narodowej. Ppłk. Pakuła spoczął na cmentarzu parafialnym.

Podpułkownik Stanisław Pakuła ps. „Krzewina” to żołnierz wyklęty należący do organizacji „Wolność i Niezawisłość”.

Był ostatnim żyjącym podkomendnym „Jastrzębia”, z jego oddziałem walczył na ziemi lubelskiej. W 1947 roku w wieku niespełna 18 lat został aresztowany i osądzony we Włodawie. Otrzymał wyrok 15 lat więzienia. W więzieniu spędził 8 lat. Rok na zamku w
Lublinie, trzy we Wronkach i cztery lata w Jaworznie, gdzie pracował jako robotnik w jaworznickich kopalach. W 1955 roku po wyjściu z więzienia nadal pracował w kopalni. Z jego inicjatywy postawiono pomnik 18 potopionym górnikom upadowej „Danuta” w
Dąbrowie Narodowej. Upadowa przynależała do ówczesnej kopalni „Komuna Paryska” późniejszej „Jan Kanty”. Ppłk Pakuła postawił na tamtejszym cmentarzu trzy
pomniki potopionym górnikom, którzy nie mieli w Jaworznie rodziny.

Z Jaworznem związał całe swe życie. Aktywnie uczestniczył w uroczystościach patriotycznych w Jaworznie oraz w całej Polsce. Uczestniczył w apelach
poległych, lekcjach historycznych, prelekcjach i wystawach. W 2012 r. na ścianie budynku UM w Parczewie odsłonięto mural poświęcony Żołnierzom
Wyklętym z oddziału „Żelaznego”. Jednym z umieszczonych na nim bohaterów jest Stanisław Pakuła.

Bóg Honor Ojczyzna to słowa, którymi witał się
ppułkownik Pakuła, to one na zawsze pozostaną w
naszej pamięci i we wspomnieniach o Jego Osobie.
Rodzinie składamy wyrazy współczucia.

Ps. „Krzewina” – żołnierz wyklęty – opowieść o majorze Stanisławie Pakuła. 

Członkowie powojennej partyzantki antykomunistycznej. Od lewej: Henryk Wybranowski „Tarzan”, Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, Mieczysław Małecki „Sokół” i Stanisław Pakuła „Krzewina” (czerwiec 1947)

Ostatni żyjący podkomendny ppor. E. Taraszkiewicza ps. „Żelazny”, jednego z najdłużej stawiających opór dowódców antykomunistycznego podziemia niepodległościowego na Lubelszczyźnie. W klapie szarej marynarki odznaczenia -    biało-czerwony krzyż formacji „Wolność i Niezawisłość”, krzyż kombatancki, krzyż za uczestnictwo w walkach II wojny światowej, uhonorowany Szablą Oficerską, Odznaką Grunwaldzką, Złotym Krzyżem Związku Piłsudczyków Rzeczpospolitej Polskiej. Nadano mu również Medal „Pro Memoria” za wybitne zasługi w utrwalaniu pamięci o ludziach i ich czynach w walce o niepodległość Polski podczas II wojny światowej i po jej zakończeniu.

Stanisław Pakuła – adiutant „Żelaznego”, ur. 2 lutego 1930 r.    W czasie okupacji żołnierz oddziału partyzanckiego „Jeszcze Polska nie zginęła” płk. Roberta Satanowskiego, następnie 49 pułku piechoty Wojska Polskiego, zwiad konny. Po dezercji w X 1945 r. wstąpił do oddziału formacji „Wolność i Niezawisłość” pod komendą Leona Taraszkiewicza ps. „Jastrząb”. Podczas amnestii 1947r. Nie ujawnił się i dalej walczył pod komendą Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”. Aresztowany w X 1947r. Wyrokiem WSR Lublin skazany ostatecznie na 10 lat więzienia, utratę całego mienia i utratę praw publicznych na 5 lat. Więziony we Wronkach, a następnie w Jaworznie. Więzienie opuścił w marcu 1955r.

Cud piękności”.

Stanisław Pakuła urodził się w Wytycznie, lubelskiej wsi w gminie Wola Wereszczyńska. Wieś była zasiedlona przez Polaków, kolonistów niemieckich i Ukraińców.    Mama majora w czasie I wojny światowej była sanitariuszką szpitala polowego. Znała dobrze trzy języki obce – rosyjski, niemiecki    i język inteligencji żydowskiej – hebrajski. Z zawodu była kucharką. Gotowała na weselach i komuniach. Na co dzień zajmowała się domem. Rodzina majora mieszkała w starym młynie. Mama była również gospodynią zarządcy owego młyna. W czasie II wojny światowej pracowała jako tłumaczka Niemców, w tym też czasie, jak podaje major Pakuła współdziałała z    konspiracyjnymi oddziałami lubelskiego AK. Tato majora był młynarzem, zmarł w 1936 roku, osierociwszy czworo dzieci (Stanisława, jego brata i dwie siostry).    Mały Stach rozpoczął w 1936 roku naukę w czteroklasowej szkole w Wytycznem. Szczególnie upodobał sobie historię i matematykę. Lubił tez oddawać się zadaniom z gramatyki. Od 1939r do 1942r    pobierał naukę na tajnych kompletach.

Od dzieciństwa podobało mu się wojsko, szczególnie zaś ułani. Gdy na wakacj ach pojawiali się w Wytycznie żołnierze włodawskiego pułku artylerii z szablami u boku, za nimi sunęła procesja dzieci podziwiająca ten cud piękności, jak mawia o tych żołnierzach major Pakuła.

Do ulubionych zabaw należały ćwiczenia z udającymi broń kijami, z komendami – baczność, prezentuj broń.

Sowiecki raj na ziemi”.

Gdy w lutym 1944r przez Bug przedarli się żołnierze Zgrupowania Roberta Satanowskiego „Jeszcze Polska nie zginęła” – podporządkowani I Dywizji Berlinga, czternastoletni podówczas Stanisław Pakuła wraz z bratem Bronisławem niezwłocznie do nich dołączył. Powierzono mu obowiązki łącznika pomiędzy sztabem a pododdziałami. Brał udział w przejmowaniu zrzutów z Kijowa na polecenie Berlinga lekarstw, broni, amunicji i marek niemieckich.

W lipcu 1944 roku Berling polecił Satanowskiemu tworzenie II Armii Wojska Polskiego.

Po wyzwoleniu Chełma Lubelskiego, po walkach w lasach parczewskich wcielono Pakułę do Szkoły Podoficerskiej. Po trzech miesiącach zajęć opuścił ją w stopniu plutonowego. W styczniu 1945 roku VIII dywizja, w której pełnił służbę Pakuła w sile 20 tys. żołnierzy wyruszyli na front. Po zdobyciu Drezna    skierowano dywizję na tereny Czech, do Pragi nie dotarli. W pobliżu operowała armia amerykańska, częste były więc do niej ucieczki.

Stanisław Pakuła zakończył wojnę w 49 pułku piechoty III Korpusu Pomorskiego. W połowie września 1945 roku udał się na urlop zdrowotny do Włodawy.

Walczyła tam już partyzantka antykomunistyczna „Wolność i Niezawisłość”. W tym czasie rozpoczął się również na tych terytoriach sowiecki terror. Aresztowano i wywożono do łagrów Polaków, których wedle sowietów uznawano za wrogów ludu. W październiku 1945 roku Pakuła wstępuje do oddziału WiN pod dowództwem Leona Taraszkiewicza ps. „Jastrząb”.

Wstępując do Zrzeszenia WiN przysięgał być wiernym Rzeczypospolitej Polskiej, stać na straży Jej    honoru,    uczynić wszystko dla wyzwolenia Polski z pęt niewoli bolszewickiej oraz krajowych czynników komunistycznych i dla osiągnięcia tego celu ponieść wszelkie ofiary, aż do ofiary życia włącznie.

Podczas okupacji niemieckiej Taraszkiewicz walczył w partyzantce sowieckiej zgrupowania Antoniego. Uznano „Jastrzębia”    za zdolnego dowódcę i zaproponowano mu wyższą funkcję w SB. Propozycję tę odrzucił, aresztowano go więc i próbowano wywieźć do Rosji. Udało mu się zbiec z transportu. Powrócił do Włodawy i wstąpił do oddziału WiN. Po śmierci dotychczasowego komendanta ps. „Sęp” objął jego funkcję. Oddział „Jastrzębia” prowadził walki z formacjami UB, MO i KBW. Rozbijał struktury władzy komunistycznej, świadomi – jak mówi Pakuła – jaki to sowiecki raj na ziemi proponowali Polakom.

W lipcu 1946 roku żołnierze „Jastrzębia” wraz z oddziałem Stefana Brzuszka „Boruty” z Narodowych Sił Zbrojnych zatrzymali samochód, którym podróżowała siostra Bolesława Bieruta z rodziną. Po dwóch dniach z polecenia komendanta Obwodu WiN Włodawa    zatrzymani zostali zwolnieni.    Po tej akcji zrzucono na tereny obwodu ogromne ilości grup operacyjnych KBW-UB. Dokonały one masowych aresztowań członków miejscowego podziemia. Zostali oni osadzeni w areszcie PUBP we Włodawie. „Jastrząb” i „Żelazny” podjęli decyzję uderzenia na Włodawę i uwolnienia zatrzymanych. W październiku 1946 roku wraz z oddziałem Józefa Struga „Ordona” zdobyto okoliczne posterunki MO, rozbrojono oddział WOP na trasie Włodawa – Chełm, a następnie opanowano Włodawę, gdzie zajęto posterunek MO i rozbito siedzibę PUBP, uwalniając 70 więźniów.

W noc sylwestrową 1946/1947 25 osobowy    oddział „Jastrzębia”    wraz z oddziałami inspektoratu radzyńskiego i obwodu włodawskiego WiN    w liczbie łącznie ok. 350 partyzantów uderzyli na Radzyń Podlaski.

W styczniu 1947 roku podczas ataku na oddział propagandowo-ochronny WP w Siemieniu    „Jastrząb”    został ciężko ranny i zmarł po kilku godzinach. Obowiązki dowódcy przejął jego brat Edward Taraszkiewicz „Żelazny”.

Wiosną 1947 roku władze komunistycznej Polski ogłosiły akcję amnestyjną. Bierut zwolnił dowódcę naczelnego WiN pułkownika Jana Rzepeckiego. Uznano to za dobry znak. Zezwolono na ujawnianie się tym, którzy mieli na utrzymaniu rodziny lub byli złego stanu zdrowia.    W wyniku akcji amnestyjnej większość oddziału „Żelaznego” ujawniła się.    Niektórzy spośród nich zostali osadzeni w więzieniach.

Pakuła pozostał przy „Żelaznym”. Nie ujawnił się. Jak mówi major Pakuła spodziewano się wybuchu III wojny światowej. Wobec czego polecono Pakule poszukiwanie kwater na przeczekanie zimy 1947/1948. Udał się więc pod Łódź do Gałkówek, tam ustalił trzy kwatery u kolegów z WP, do których miął pełne zaufanie. Podobnie koło Koszalina i Szczecina.

Po powrocie do oddziału zatrzymał się w Rybakówce k. Wytyczna. Tam też poinformowana przez kolegów majora pojawiła się jego matka. Mówiła, że go szukają i otaczają dom. Ponieważ parę ostatnich dni było spokojnych Pakuła udał się do rodzinnego domu i tam też się schronił.

Następnego dnia po śniadaniu miał udać się do oddziału. Został odnaleziony i aresztowany.

Dalsze działania oddziału „Żelaznego” skierowane były przeciwko osobom współpracującym    z UB. W czerwcu 1951 roku dla likwidacji oddziału „Żelaznego” stworzono specjalną grupę operacyjną KBW o kryptonimie „W”. Tworzyły ją cztery baony piechoty. Po kilku miesiącach działań operacyjnych ustalono miejsce pobytu Żelaznego” i jego trzech ostatnich żołnierzy. Z początkiem października 1951 roku kilkusetosobowa obława UB i KBW otoczyła zabudowania rodziny Kaszczuków w Zbereżu (pow. Włodawa), gdzie przebywali powstańcy. W wyniku walki    Taraszkiewicz zginął. Pozostali przy życiu dwaj    partyzanci po okazowym procesie zostali skazani na śmierć. Stracono ich w styczniu 1953 roku.

Stanisław Pakuła został aresztowany 22.X.1947 r przez grupę operacyjną UB i KBW w Kantorze-Wytyczne.

Będziesz bandyto mówić”

Po aresztowaniu wywieziono go do aresztu UB we Włodawie.

Poddano go uciążliwemu śledztwu,    próbując nakłonić do wskazania miejsca pobytu    „Żelaznego”. Konsekwentnie odpowiadał, że przed dwoma miesiącami odłączył się od oddziału „Żelaznego” i chciał się ujawnić. Kilkakrotnie uderzano go w głowę, upadał tracąc przytomność.

Budził się mokry, wylewano na niego kubły zimnej wody. Ponowiono śledztwo. Prowadzący bezwzględne    śledztwo Ukrainiec Matczuk mówił:    „no będziesz bandyto teraz mówić”.

Tak było bez przerwy przez parę kolejnych tygodni. Z końcem listopada przybył do Włodawy wiceprokurator -    o nazwisku Feltman, pochodzenia    żydowskiego. Jego metody śledcze nie odbiegały od poprzednich, może były nawet bardziej brutalne.    W trakcie śledztwa kopnął Pakułe w brzuch i powiedział: „ty bandyto, chcieliście rząd ludowy obalić”. 28.XI.1947r odbyła się rozprawa w Wojskowym Sądzie Rejonowym na sesji wyjazdowej we Włodawie. Pakułę skazano na 15 lat więzienia i pozbawienia praw obywatelskich na 5 lat. Prokurator stwierdził, że gdyby skazany był pełnoletni żądałby dla niego kary śmierci. Ostatecznie Sąd Najwyższy skrócił karę do 10 lat.

Kat nad katy”

Następnego dnia po zakończeniu procesu wywieziono Pakułę do więzienia na Zamek Lubelski.

Tam sowieccy funkcjonariusze wykonywali wyroki śmierci. Było to więzieni karno-śledcze. Straż    również używała siły wobec więźniów. Przez dziesięć lat, od 1944 do 1956, rozstrzelano w tym więzieniu ok. 1200 więźniów, do sowieckich łagrów wywieziono ok. 72 000 więźniów.

Katem nad katy w lubelskim więzieniu był niejaki Tadeusz Flor – tzw. przewodnik. Zaślepiony ideami komunizmu osadził w więzieniu nawet swego szwagra, w kalesonach i koszuli skierował    go do karceru. Było to małe pomieszczenie z niewielkim oknem u stropu, zimne, ciemne i mikre z betonową ławą. Więźniowie nie byli pewni swych losów, żyli w    przekonaniu, że każdego dnia mogą zostać poddani okrutnemu śledztwu i w jego wyniku zlikwidowani.

W 1956 roku w zamku urządzono muzeum.

W połowie czerwca 1948r    Pakułę wywieziono do więzienia we Wronkach, tam istniała katownia.

Było to najcięższe więzienie polityczne o zaostrzonym rygorze. Więźniom dostarczano komunistyczną prasę i takie też książki, „Krzewina” czytał na socjalistyczną nutę przeinaczone    wspomnienia adiutanta prasowego Sikorskiego.

Straż więzienna miała władzę nieograniczoną. „Jak na kogoś mieli złość” – mówi Pakuła – „to wzięli go w obroty, nerki odbili i lekarz podpisywał akt zgonu”, wskazując jako powód śmierci atak serca.

Panował niesamowity reżim, wyżywienie złe i skąpe. Rano gorzka kawa i 500 gr. chleba z otrębami, na obiad mamałyga, w niedzielę grochówka z zepsutej kapusty, w tym robaki.

We Wronkach dwukrotnie otrzymywał od „Żelaznego” po 1000 złotych. Przekazy podpisywał jako stryjek Roman.    Pieniądze deponowano i stopniowo w formie tzw. „wypisek”    Pakuła przeznaczał je na zakup żywności w więziennej kantynie. „Krzewina” otrzymał od niego również kilka listów, w których mógł jedynie napisać – „bogu dzięki zdrowi jesteśmy”    W ciągu miesiąca więźniowie mogli otrzymywać nie więcej niż dwa listy z zewnątrz i sami mogli    pisać 1 list. „Krzewina” pisał więc do rodziny. Listy cenzurowano.

Niezawodny(?) system Makarenki”

W niedzielę 20 maja 1951 roku wywołali Pakułę i nakazano mu zabrać wszystkie swoje rzeczy.

Na placu więziennym wyczytywali ponownie i sprawdzali ewidencję wywołanych więźniów.

Wywieźli ich na stację kolejową i załadowali do wagonów więziennych.

21 maja byli już w Jaworznie. Ze stacji w Szczakowej do obozu na Osiedlu Stałym prowadzili ich piechotą pod eskortą strażników z psami.

Na terenie obozu ulokowano ich na placu i wydano zupę fasolową z mięsem i skwarkami.

Po posiłku zostali rozkwaterowani do cel. W celi było ich 14. W jaworznickim Więzieniu Progresywnym dla Młodocianych stosowano system Makarenki – komuniści chcieli ich wychować przez pracę i przekonać do swych zasad. Więzieni pracowali w trzech działach: górniczym pod ziemią, na powierzchni w prefabrykacji przy sporządzaniu betonowych odlewowi ( był najcięższy dział, jeden z więźniów próbował popełnić samobójstwo)    i dział inwestycji budujący bloki mieszkalne dla funkcjonariuszy więziennych. Więzieni wychodzili na zewnątrz pod ochroną do pracy i sporadycznie na mecze piłkarskie.

Zaproponowano im naukę w szkole. Były to szkoły zawodowe. Pakuła ukończył szkołę mechaniczną. Skierowano go do pracy w Kopalni „Sobieski”. Pracował jako robotnik dołowy.

Więźniom wypłacano zarobki    takie same jak górnikom.

W kopalni nie było żadnych szkoleń BHP dla nowo przyjętych więźniów.

Wszystkiego uczyli się od starszych pracowników kopalni.

Warunki w obozie nie były złe, zwłaszcza dla więźniów pracujących w górnictwie.

Z wynagrodzenia za pracę potrącano im 600 złotych na tzw. WG czyli na wyżywienie górnicze, które było dobre. Przesyłane pieniądze w formie wypisek przeznaczano na zakupy żywności w kantynie. W X 1951 roku z dopuszczonego do czytania komunistycznego „Sztandaru Młodych” dowiedział się o śmierci „Żelaznego”. Odwiedzili go brat i siostra Janina.

W    czasie pobytu Pakuły w jaworznickim obozie    – od 21.V.1951 – 4.III.1955 – przewinęło się ok. 6000 więźniów. W tym więźniów politycznych ok. 15% , pozostali to byli różni przestępcy.

Były tu już lepsze warunki. Funkcjonariusze do więźniów odnosili się lepiej niż we Wronkach czy na lubelskim zamku. Służba więzienna lepiej oceniała więźniów politycznych niż pospolitych przestępców. Rygor polegał na kazaniu wszystkich za jednego lub jednego za wszystkich.

Będąc w obozie Pakuła pracował w kopalni „Kościuszko” i „Jan Kanty” na upadowej Feliks.

Po wyjściu na wolność – 4.III.1955 – pozostał w górnictwie. Do emerytury pracował na    kopalni „Jan Kanty”.

Losy wyklętych.

Wobec swoich przeciwników politycznych Urzędy Bezpieczeństwa stosowały bezwzględną zasadę niszczenia ich do końca i „zatruwania” życia przy każdej nadarzającej się okazji.

Dwukrotnie więziono matkę „Krzewiny”. W 1946 spędziła 7 miesięcy w ub-eckim areszcie we Włodawie, skąd przewieziono ją do lubelskiego zamku. Podczas śledztw bito ją i wybito jej zęby. Została zwolniona w III 1947.

We IX 1949 roku skazano ją na 5 lat. Siedziała w Lublinie i w Fordonie za Bydgoszczą, zwanym od czasów okupacji faszystowskiej „Doliną Śmierci”.

Brat Bronisław od XII 1948 roku więziony był na zamku W Lublinie. Skazano go na 13 lat, ostatecznie odsiedział 5 lat. Wyrok obniżono za sprawą Rady Państwa, do której brat pisał podania i – jak mówi major Pakuła – „dobrze się tłumaczył”.

Szwagier Smarczewski (mąż siostry Janiny) za współpracę i pomoc „Żelaznemu” siedział pół roku.

Kuzyn Lamont (żołnierz AK)    został aresztowany w 1944 i wywieziony do łagrów sowieckich.

Inni żołnierze WiN- u potraktowani byli równie bezwzględnie. Przykładowo:

Mieczysław Bernaszewski (WiN – oddział „Zapory”) za zniszczenie portretu Bieruta skazany na karę śmierci, ostatecznie zamienioną na dożywocie.

Franciszek Kucharczuk ps. „Jarząbek” w lutym 1947r aresztowany i katowany przez    ubeków. Jako że, nie wydał żadnej tajemnicy rozstrzelano go bez sądu.

Kazimierz Zasadzki – nie był przysięgłym współpracownikiem ruchu konspiracyjnego, ale udostępniał swój dom dla grup podziemia. Rozstrzelany publicznie bez sądu    we wsi Pieszowola w styczniu 1947roku.

Józef Kowalski ps. „Wierzba” nie chcąc się poddać żywym w ręce UB zastrzelił się z pistoletu.

Feliks Żak aresztowany w grudniu 1946 roku przez grupę UB I ORMO z Wólki Tarnowskiej,    został zamordowany w bestialski sposób, ciało wrzucono do jeziora.

Stanisław Pakuła opuścił jaworznickie więzienie 4 marca 1955 roku. Pozostał w Jaworznie, pracował    w kopalni „Komuna Paryska”.

Przez rok po wyjściu z więzienia wzywano go do UB w Chrzanowie dopytując o jego prywatne kontakty i węsząc czy to nie przypadkiem relacje z „wrogami ludu”. Jako że kopalnia wystosowała do urzędu stosowne pismo, wskazując Pakułę jako solidnego pracownika i uczestnika czynów społecznych, łaskawie odstąpiono od dalszych formalnych przesłuchań.

W Boże Narodzenie 1955 roku Stanisław Pakuła zawarł związek małżeński z osiemnastoletnią podówczas jaworznianką Honoratą Dubiel. Jej ojciec zginął podczas tragicznego zalania upadowej Danuta. Przed ślubem zarówno Honorata jak i jej matka otrzymywały telefony ostrzegające przed tym związkiem,    prezentujące Pakułę jako pospolitego bandytę,    dezertera i wroga władzy ludowej. Ostatecznie przyszła teściowa udała się do biur jaworznickiego więzienia i sama sprawdziła prawdziwość tych opinii. Nie bacząc    na kolejne ostrzegawcze telefony wyraziła zgodę na ślub, który odbył się w Kościele w Dąbrowie Narodowej.    Żona była – jak mówi Pakuła – „osobą    z dużym sercem”. Zmarła w 1993 roku.

Stanisław Pakuła doczekał się trojga dzieci. Mirek zmarł w Ameryce. Dzięki pomocy amerykańskiej Polonii i osobiście jej Prezesa dr. Edwarda Moskala ciało syna przywieziono do Polski i pochowano w Dąbrowie Narodowej.

Córka Renata    pracuje na kopalni „Wieczorek”, syn Andrzej jest policjantem.

W czasach szalejącej komunistycznej dezinformacji Stanisław Pakuła słuchał waszyngtońskiego Głosu Ameryki i Wolnej Europy, przekazując zaufanym znajomym prawdziwe relacje z wydarzeń w Polsce, wydarzeń w 1956 roku z Węgier i haniebnej napaści na Czechosłowację    w 1968 roku.

Stanisław Pakuła nigdy nie akceptował ustroju komunistycznego i podporządkowania Polski sowietom. Bezpardonowo donoszono na niego, pisząc, że jest wrogiem ludu i nie chce wstąpić do partii. Cały czas konsekwentnie utrzymywał kontakty z przyjaciółmi z Lubelszczyzny, którzy podobnie jak on tego politycznego sowieckiego podporządkowania nie akceptowali.

Z raz złożonej przysięgi nic nie zwalnia. Stanisław Pakuła jest członkiem kombatanckiego koła Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” reaktywowanego w 1990 roku , działa w Antykomunistycznym Związku Więźniów Politycznych. Jest stałym czytelnikiem „Orła Białego”. Jego etos to niezmiennie    Bóg, Honor, Ojczyzna.

Jak pisał w 2002 roku    do Edwarda Moskala:

„Wierzę mocno jako kombatant z dwóch okupacji niemieckiej i sowieckiej, że przy    Bożej pomocy doczekamy się, że Polską będzie rządził Polak godny Bogu, Ojczyźnie i Narodowi i prezydenta doczekamy się Polaka – tak nam dopomóż Bóg”.

Wyklęci – ostatni rozkaz.

„Wojna się skończyła (…). Nigdy nie zgodzimy się na inne życie, jak tylko w całkowicie suwerennym, niepodległym i sprawiedliwie urządzonym Państwie Polskim (…). Daję Wam ostatni rozkaz. Dalszą swoją pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości Państwa. Starajcie się być przewodnikami narodu i realizatorami niepodległego Państwa Polskiego” – gen. bryg. Leopold Okulicki „Niedźwiadek” – fragment ostatniego rozkazu dla oficerów i żołnierzy Armii Krajowej, styczeń 1945 roku.

„Celem Konspiracyjnego Wojska Polskiego było niedopuszczenie do utrwalenia się obcego reżimu, dyktatury policyjnej, lecz aby Naród wypowiedział się w wolnych wyborach i sam decydował o swoim ustroju” – kpt. Stanisław Sojczyński ”Warszyc” – ostatnie słowo przed wyrokiem śmierci, grudzień 1946 roku.

„Przyjdzie zwycięstwo…Jeszcze Polska nie zginęła” – mjr Hieronim Dekutowski „Zapora” – ostatnie słowa przed śmiercią – marzec 1949 roku

Wyklęci podjęli nierówną    walkę o „świętą Sprawę” – niepodległy byt Państwa Polskiego. Powojenny ruch oporu przeciwko sowietyzacji Polski objął kilkadziesiąt tysięcy oficerów i żołnierzy, który nawet po rozkazie rozwiązującym szeregi AK pozostali w oddziałach leśnych (nie tylko poakowskich).

Zygmunt Szendzielarz, sławny „Łupaszko” – dowódca odtworzonej na Pomorzu 5. Wileńskiej Brygady AK w jednej z ulotek rozlepianych na murach Gdańska początkiem wiosny 1946 roku pisał: „Wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie, tym którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości.(…) Sumienie Narodu – to my!”.

Żołnierze Wyklęci” właściwiej winni być zwani „niezłomnymi”, bowiem to wróg ich wyklął nie naród.

Po sfałszowanych wyborach do Sejmu w styczniu 1947 roku ogłoszono amnestię. Miała ona nie tyle ułatwić „Żołnierzom Wyklętym” powrót do normalnego życia, co dekonspirację całego niepodległościowego podziemia.

Funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, przed którymi się ujawniano nie zamierzali „wybaczać win”.

Zadaniem UB było      nie tylko zniszczenie fizyczne    Żołnierzy Wyklętych, ale również ich zniszczenie moralne w oczach społeczeństwa. Cały komunistyczny autorament pisał więc oszczercze książki, reżyserował i kręcił kłamliwe filmy.

Ostatniego emisariusza Zrzeszenia WiN, Adama Boryczkę „Tońka” zwolniono z więzienia w 1967 roku. Najdłużej wieziono kpt. Tadeusza Zajączka    czy rotm. Kazimierza Wybranowskiego z Narodowych Sił Zbrojnych    oraz Andrzeja Kiszkę ps.„Dąb” , który opuścił więzienie w 1971 roku, już za Gierka.

Dopiero w 2011 roku    ustanowiono przez Sejm RP    w hołdzie Żołnierzom Wyklętym ich święto.

Obchodzono je po raz pierwszy 1 marca tegoż roku. Nie była to data przypadkowa. 1 marca 1951 roku w ubeckim warszawskim więzieniu przy Rakowieckiej zamordowano strzałem w tył głowy siedmiu    członków ostatniego, IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”.

Około dwóch trzecich odnalezionych szczątków pomordowanych w warszawskich więzieniach niosą ślady po tzw. katyńskiej metodzie uśmiercania czyli strzału w potylicę z bliskiej odległości.

Pozostałych powieszono. Niektóre osoby były przed śmiercią torturowane, o czym świadczą złamane kości żeber, popękane żuchwy, połamane obojczyki i powyrywane paznokcie.

Alojzego Żmiejko ps. „Mucha”    (NSW) podczas brutalnego śledztwa bito w pięty, pod paznokcie wbijano mu szpilki,    zamknięto go w karcerze, w którym mógł stać tylko na baczność – głowę unieruchomiono listwą    przebiegającą poziomo pod brodą.

Zamordowanych wrzucano zbiorowo do jam grobowych.

Komuniści chcąc zatrzeć ślady swoich zbrodni groby maskowali, część ciał próbowano rozpuścić substancjami chemicznymi.

Rodziny po latach dowiadywały się o wykonywanych wyrokach. Czterdzieści lat po zgładzeniu rtm. Witolda Pileckiego poinformowano o tym jego rodzinę. Pochowano go w bezimiennym grobie w miejscu niewiadomym.

Dr hab. Krzysztof Szwagrzyk z IPN potwierdza, że żaden z żyjących oprawców nie wyraził skruchy za to, co zrobił i nie wskazał miejsca, gdzie potajemnie grzebano ofiary.

Co przyjdzie nam nam napisać na bezimiennych grobach „Wyklętych”?. Marsza Zaporczyków?.

„Idą wciąż naprzód, …

I ani żal, ani tęsknota –

Z tej drogi zawrócić nie zdoła ich nic”.

E.Bigas

 

- REKLAMA -

Zewnętrzne linki