REKLAMA

Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy umiera człowiek, to nie wie, że umarł. Nie mam pojęcia skąd ów „ktoś” posiadł taką wiedzę i przeświadczenie. Jakiekolwiek by wszak nie było źródło tego stwierdzenia, to jednak jego wymiar i głębszy przekaz wydają się nader symptomatyczne na drodze żmudnych i, z pozoru, skazanych na niepowodzenie poszukiwań; poszukiwań, których zasadniczym celem jest namierzenie pełnego obrazu rzeczywistości, nie takiej wszak, jaką chcielibyśmy ujrzeć, lecz taką, jaką jest w rzeczywistości.

Jak ją jednak postrzegać, definiować, jak dokonać translacji pomiędzy tym, co mieści się pomiędzy antropologicznym spectrum, a rzeczą samą w sobie? Jak znaleźć wspólny mianownik pomiędzy przysłowiowym ślimakiem, a słoniem? Bo chociaż żyją obydwa te stworzenia w obrębie znanego nam, z pozoru, i zdefiniowanego rzekomo świata, jednego świata (niby jednolitego), to jednak rzeczywisty dialog pomiędzy rzeczywistością słonia i ślimaka wydaje się być niemożliwy. Nie zapominając tym bardziej o miejscu człowieka w świecie, w ramach którego dla mięczaków możemy się jawić jako giganci i niemal bogowie lecz dla wspomnianych już, olbrzymich ssaków, zdajemy się być podobno maleńkimi dziećmi, bezradnymi i uroczymi niemowlętami. Czy więc istnieje w świecie i wszechświecie jakiś ponadczasowy i ponadgatunkowy język dialogu, porozumienia, kontaktu? Nie tylko zresztą pytanie o jego istnienie jest zasadne, nie mniej ważne jest też to czy jest on tak naprawdę aby na pewno potrzebny? Wydaje się, że nie. I jest to bodaj odpowiedź tak na jedno, jak i na drugie pytanie. Ślimak bowiem na zawsze pozostanie sobą, podobnie jak słoń; choćby ten pierwszy posiadł umiejętność jazdy na rowerze, drugi natomiast zaczął latać w kosmos. Być może zresztą w „naszym świecie” jedynie my mamy potrzebę „zaawansowanej” eksploracji wszechświata, bożyszcz i wszelkich możliwych bytów, zarówno tych zmysłowych jak i „poza”, choć chciałbym wierzyć, że żadnego „poza” nie ma, gdyż wszystko to, to swego rodzaju jednia, nierozerwalna, absolutna, odkryta tylko częściowo. Może wszak nasze „pragnienie” pozostaje osamotnione, być może dla tych, którzy żyją gdzieś tam, poza granicami naszej, ułomnej raczej percepcji, poznanie „nas” nie jest ani interesujące, ani potrzebne. Może nas tylko trawi niezdrowa ciekawość? A może wszystko to jest jedynie „silentium universi”, a człowiek co najwyżej pozostaje butnym i zapatrzonym w siebie „asinus asinorum”. Może i rzeczy i byty, o których roimy sobie, tworząc mity, wierzenia i religie, odstają od nas do tego stopnia, że wszelki prawdziwy i wymierny kontakt z ich sednem i kwintesencją nie jest możliwy; może to, co chcielibyśmy definiować jako Bóg, jest niemym oceanem, ułomnym, pozbawionym wszechmocy, z pozoru wszak tylko bezrozumnym, bo nadającym na zupełnie innych falach, zamkniętym w hermetycznej przestrzeni ulokowanej za drzwiami, do których nie mamy kluczy? Może pasujemy do siebie wzajem jak przysłowiowy „garbaty do ściany”? Może nasze antropocentryczne wyobrażenie o innych bytach, Bogu i diable, to jedynie wytwór naszego egoizmu, głupoty, niewiedzy; naiwnej i śmiesznej.

żródło: Wikipedia

I może Ci, także nasi bliscy, którzy odchodzą, gdy umierają, nie maja tak naprawdę pojęcia o tym, co się z nimi dzieje; a ich nowa rzeczywistość pochłania ich bez reszty. Lecz oni nie wiedza o tym gdzie są i kim są. Nie widza także przestrzeni wokół siebie, przyczyny i celu, zawieszeni w próżni. I ten ich świat czy zaświat, który zdaje się być tak blisko, tuż tuż, na wyciągnięcie ręki, jest dalej niż można by sądzić, dalej niż roili sobie sami, nie mówiąc już o naszych urojeniach, dzierżąc w dłoniach drewniane paciorki nadziei. Dalej i bliżej jednocześnie, dalej i bliżej niewątpliwie; bo wszystko co jest, co istnieje, jest dla mnie swego rodzaju jednią, złożoną z rzeczy małych i dużych, tych znanych i nie, tych monstrualnych jak i absolutnie „mikro”, tak małych, do tego stopnia, że nawet atomy wydają się olbrzymami, w obrębie których są elementy jeszcze mniejsze, takie, których jeszcze nie znamy, jakich nie udało się nam jeszcze dostrzec i opisać; może w tym wszystkim kryje się jeszcze większa i pochłaniająca czeluść bytu, tego prawdziwego. Może w rzeczy samej nasza wiedza i zakres poznania przypomina co najwyżej niewidzialny „kotlet”, posypany różnymi rodzajami panierki, mniejszej i drobniejszej, posuniętej swą małością do granic absurdu, stanowiącego jednocześnie kwintesencję istnienia wszystkiego we wszystkim, pochłaniającą pod tą zasłoną sens, prawdziwy, odwieczny. Może więc wówczas ów domniemany absurd przestaje być wówczas absurdem, odklejając się od spectrum naszej wiedzy i wyobrażeń, naszej pychy, pewności siebie, przeświadczenia o tym, jakobyśmy posiedli już całą wiedzę, jakobyśmy pozjadali wszystkie rozumy, skręcając się od egzystencjalnych nudności i bólu brzucha, które zakończą się nie mniej metafizyczną biegunką i nieustannymi torsjami.

Kim jesteś Harey? – chciałoby się zapytać za doskonałym Lemem- kim jesteś?- czy jedynie ułudą, wyobrażeniem, wyalienowanym monstrum w pseudo ludzkiej skórze, czy emanacją nieśmiertelności, ulotnej, nietrwałej, rozedrganej, nieświadomej samej siebie, czy zrodzonym przez nieznany ocean embrionem; niemym, pozbawionej pełnej świadomości, autystycznym na swój sposób, zamkniętym w ciemnym, wygłuszonym pudełku? Czy ty jesteś odpowiedzią na wszystko? Czy ty jesteś celem, pozagrobowym bytem, takim, jakiego oczekiwał Szestow, istniejącym lecz nietrwałym, niezbędnym lecz efemerycznym? Na czym polega Twoje przeznaczenie? Czy takie w ogóle istnieje? Czy Twoja niepamięć, Twoje zapomnienie, Twe autystyczne usposobienie, zamknięte w hermetycznym świecie jest jedynie kolejną fazą , prowadzącą do celu? Czy jest więc może tak, jak chce Proust, że prawdziwe zmartwychwstanie to nic innego jak przypomnienie, jak odzyskanie pamięci? Uświadomienie sobie tego, gdzie znajduje się nasze prawdziwe miejsce. Może to właśnie to? Może to właśnie prawdziwy cel naszej wędrówki, której zwieńczeniem jest pełna świadomość, pełne odzyskanie pamięci o tym, kto nas tu posłał i w jakim celu? Może Ci, którzy odeszli i ponoć błąkają po nawiedzonych miejscach i domach to jedynie urwane skrawki ocalałej i nieświadomej siebie świadomości, wysychającej jak nie podlewany kwiat? Czy może naszym celem jest to, co się z Tobą podobno stało, Toba, która być może uschłaś jak ten właśnie kwiat? Twoje rozmycie, unicestwienie; bezpowrotne, absolutne, całkowite, trwałe? – Gdzie jesteś Harey?- wołam na pustkowiu- gdzie jesteś? Czy w ogóle jesteś? Czy ocalałaś jako ty, czy może stałaś częścią tej nie zbadanej mazi pokrywającej Solaris? – Odpowiedz, proszę… Jak mam nastroić swoje fale by móc usłyszeć Cię znowu, móc Cię zobaczyć, zobaczyć też prawdę. Prawdę o Tobie, o mnie, o nas wszystkich. Jak?

Jarosław Sawiak

Jarosław Sawiak

 

 

- REKLAMA -

Zewnętrzne linki