Reklama

Hospicjum to też życie

AWAP
04/12/2012 14:51
Od dłuższego czasu porządkowałam swoje myśli i próbowałam pokonać przeszywający mnie strach, aby odwiedzić Hospicjum Homo-Homini im. św. Alberta w Jaworznie. Placówka położona jest niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Ośrodek powstał w 1997 r. jako hospicjum domowe, a w 2010 r. otwarto hospicjum stacjonarne.

Ludzie pracują tam z pełnym zaangażowaniem i zapewniają opiekę medyczną, psychologiczną a także duchową osobom z chorobami nowotworowymi. Już dawno postanowiłam, że chcę zostać wolontariuszem i pod opieką mojego kolegi, który jest tam częstym bywalcem, w ubiegłym roku szkolnym zostałam przez niego oprowadzona po placówce.

Następnie przez dłuższy czas nie odwiedzałam hospicjum - nie z braku chęci. Przeraziła mnie wizja śmierci i dotarło do mnie, że ludzie tam mieszkający właśnie przeżywają swoje ostatnie chwile życia. Znajdowali się tam sami seniorzy.

Zapewne, gdy cieszyli się młodzieńczym wigorem i doznaniami pierwszych miłości, nie myśleli, że dopadnie ich okrutna, nieuleczalna choroba. Każdy z nich miał swoje wizje, jak chce spędzić swoje ostatnie chwile - jedni w chatce ulokowanej na przedmieściach, pijąc kakao z ukochaną osobą na tarasie, zaś inni marzyli o podróżach i zwiedzaniu wielu zakątków świata. Lecz nie było im to pisane.

Podczas tegorocznych wakacji postanowiłam zmierzyć się ze swoimi obawami i odwiedzić hospicjum. Umówiłam się z Mariuszem, że spotkamy się o godz. 10:00 pod wejściem do placówki. Do ustalonego miejsca dotarłam na czas.

Od razu poszliśmy do szatni dla wolontariuszy, aby się przebrać w żółte podkoszulki. Następnie przeszliśmy do gabinetu pani Marysi, w celu krótkiej rozmowy o hospicjum; dostałam plakietkę wolontariusza, na której musiałam napisać swoje imię i przypiąć do ubrania.

Pani Marysia to bardzo sympatyczna i miła osoba, która zarządza hospicjum. W czasie rozmowy dowiedziałam się, że same moje dobre intencje nie wystarczą. Muszę mieć ukończony odpowiedni kurs, aby pomagać pacjentom. Kurs odbędzie się końcem listopada i już nie mogę się doczekać.

Na razie mogę obserwować pracę pielęgniarek i mojego opiekuna. Po ukończonej rozmowie poszliśmy z Mariuszem do chorych. Idąc długim korytarzem w kierunku sal podopiecznych, spytałam mojego mentora, ile czasu spędza tygodniowo w placówce, od kiedy jest wolontariuszem i co tak naprawdę sprawiło, że nim został?

- Jestem wolontariuszem prawie od początku powstania hospicjum stacjonarnego i spędzam tu każdą wolną chwilę. W wakacje przychodzę tu niemal codziennie o godz. 9:00 i zostaję do godziny 14:00, czasami posiedzę jeszcze dłużej. W czasie roku szkolnego przychodzę w weekendy, a w tygodniu w wolne popołudnia. Chwile spędzone tutaj płyną bardzo szybko, ponieważ cały czas jest coś do zrobienia i nigdy nie odczuwam nudy. Jeśli zdarzy się tak, że nie mam konkretnych zajęć, poświęcam swój czas na rozmowę z pacjentami, a gdy jest słoneczna pogoda, wybieram się z nimi na spacer. Zostałem wolontariuszem po wizytacji pani Marysi w mojej szkole, która przekonywała młodzież do podjęcia się bezpłatnej pracy jako wolontariusz w hospicjum - odpowiedział mi Mariusz z uśmiechem na twarzy.

Weszliśmy do sali. Za oknem zobaczyliśmy samotnego mężczyznę, siedzącego na wózku inwalidzkim, który delektował się każdym zaciągnięciem papierosa. Starszy pan, siedzący na tarasie, miał na imię Krzysztof.

Ciężko było mi zacząć rozmowę z obcą osobą, więc spytałam się tylko o to, jak się czuje i czy się wyspał? Pan Krzysiu z radością w oczach odpowiedział. - Czuję się dobrze, dobrze jak na ten tydzień. Niestety nie wysypiam się przez ostatnie parę dni, przebudzam się bardzo często w nocy. A Ciebie to widzę pierwszy raz tutaj, nowa jesteś, prawda? - Nie czekając na odpowiedź mówił dalej: - Zobaczymy, ile pochodzisz. Wiele osób już przychodziło i próbowało, ale więcej razy ich nie widziałem, pewnie za bardzo przytłacza ich to miejsce. Są też tacy, którzy odwiedzają nas częściej i to właśnie dzięki takim osobom, dzień staje się ciekawszy.

Gdy słuchałam seniora, dostrzegłam na jego rękach wiele tatuaży. Po przyjrzeniu się im bliżej, stwierdziłam, iż ów starszy pan za młodych lat był zagorzałym fanem muzyki rockowej.

Na dworze zrobiło się chłodno. Mariusz wraz z pielęgniarkami przewieźli pana Krzysztofa na salę i położyli do łóżka. W drodze odwiedziliśmy salę rehabilitacyjną.

Spotkaliśmy tam sympatyczną rehabilitantkę, panią Kasię, która doglądała ćwiczeń pacjentki - pani Krysi. Żeby umilić jej czas gimnastyki, czytała na głos książkę. Nie zostaliśmy tam długo, aby nie przeszkadzać.

Na drugim piętrze mój opiekun zostawił mnie pod opieką pani Ani z księgowości, a sam poszedł pomagać pielęgniarkom przy zmianie pościeli.

Pani Ania od razu znalazła mi zajęcie. Nie były to trudne zadania, więc szybko uporałam się z "papierkową robotą". Dochodziła już godzina 12:00, czyli pora obiadowa. Postanowiłam poszukać mojego mentora.

Gdy obeszłam już prawie całe hospicjum, znalazłam go w sali pani Krysi. Mariusz właśnie karmił starszą panią. Stanęłam obok i obserwowałam podejście młodego człowieka do tych schorowanych ludzi.

Mariusz oddawał im całego siebie - chciał, aby ci ludzie czuli się jak najlepiej. Próbował choć trochę uśmierzyć ich ból i sprawić, żeby choć przez chwilę nie myśleli o śmierci. Jest to człowiek stworzony, by pomagać innym, i nie oczekuje nic w zamian. Od takich ludzi jak on możemy uczyć się bezinteresownej pomocy.

Gdy pani Krysia zjadła obiad, poszliśmy do kuchni odnieść brudne naczynia. W tym czasie z badań wróciła jej współlokatorka, pani Małgorzata. Jej porcja obiadowa była już chłodna, więc poprosiliśmy panią pielęgniarkę o podgrzanie danie. Po około dziesięciu minutach zanieśliśmy pani Gosi gorący obiad.

Gdy już wychodziliśmy z pokoju kobiet, Mariusza zawołał lekarz. Ja zostałam przy łóżku pani Krysi. W tym czasie kobieta wskazała na ręcznik, który był przewieszony przez oparcie krzesła stojącego nieopodal łóżka, a następnie wskazała ręką na wolne miejsce na poduszce obok swojej głowy.

Nie mogła mówić bez przytykania palcem rurki tracheotomijnej. Z uśmiechem zrobiłam to, o co mnie poprosiła. Gdy już odkładałam ręcznik na miejsce, które zostało mi wskazane, starsza kobieta jedną ręką chwyciła moją dłoń, a drugą zatkała otwór rurki, aby powiedzieć mi dziękuję. Odpowiedziałam - Cieszę się, że mogłam jakoś pani pomóc.

Mój opiekun w tym czasie skończył rozmowę z lekarzem. Postanowiliśmy wracać do domu. Z hospicjum wyszliśmy około godziny 13:30.

Ten dzień pokazał mi, że ludzie tam żyjący, pomimo przeciwności losu, potrafią się uśmiechać i być wdzięczni za każdą wspólną chwilę. Takie placówki jak hospicjum uważane są za miejsca smutku i płaczu, lecz nikt nigdy nie dowie się prawdy, jeśli sam ich nie odwiedzi i nie spróbuje pomóc.

Ja sama, po paru godzinach spędzonych w tym ośrodku, zmieniłam zdanie o hospicjum. Moje pierwsze wrażenie było mylne. Gdy tylko przekroczyłam próg hospicjum, odczułam radość i tętniące tam życie, właśnie dzięki wolontariuszom, którzy mają na sobie jasnożółte podkoszulki oraz dzięki działaniom całego sztabu pracowników, dbających o dobro podopiecznych.

Hospicjum to nie tylko miejsce ostatnich chwil życia, to także miejsce miłości i dobroci. Mogę śmiało powiedzieć, że dzień 8 lipca 2012 r. zmienił moje poglądy, myśli, a także sposób bycia. Zmienił mnie całą.

Natalia Margol

UWAGA: Archiwum dyskusji na forum znajdziesz tutaj.

Aplikacja jaw.pl

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.


Aplikacja na Androida Aplikacja na IOS

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo jaw.pl




Reklama