Zapewne każdy z nas ma jakąś fobię. Mniej czy bardziej rozbuchaną, mniej czy bardziej dziwaczną. Niekiedy zapewne odziedziczoną za pośrednictwem genów, niejednokrotnie też i niewątpliwie nabytą. Wiele z nich wygenerowanych zostało w okresie dzieciństwa, zakorzeniając się w nas na dobre.
Jedna z fobii, ta, o której dziś słów będzie kilka, to aerofobia. Zwana też bywa niejednokrotnie ornitofobią. Dotyczy więc, jak ta druga nazwa sugeruje dosadniej, lęk przez ptakami. Lęk ten nie jest zapewne rzadkością, wydaje się jedną z częstszych fobii, występujących wśród nas. W niejednym zapewne przypadku przyczyniły się do ich wykrzesania niektóre dzieła z branży kinematograficznej, niektóre narodziły się też w rozmaitych życiowych okolicznościach, zazwyczaj niestety dość traumatycznych.
Fobii takowej nabawiłem się i ja. Miałem wówczas może ze cztery lata. Byłem wówczas niewątpliwie swego rodzaju obieżyświatem za sprawą mojego wujka Edmunda, brata mojej babci, wszystkim znanej jako pani Stasia. Jako mały chłopiec uwielbiałem jego towarzystwo. I chociaż uchodził za lekkoducha i pijaka, to jednak nigdy, gdy zabierał mnie na dłuższe spacery, nie pił alkoholu, a już na pewno go nie nadużywał. I chociaż przemierzyłem z nim bodaj wszystkie długoszyńskie melinki i zakamarki, chociaż przemierzyliśmy bliższe i dalsze okolice, łącznie z Maczkami i brzegami Koziego Brodu i Białej Przemszy, nigdy w jego towarzystwie nie stało mi się nic złego. Zawsze był troskliwy, dbał o mnie i troszczył się tak, jak potrafił. Być może dlatego, że sam nigdy się nie ożenił i nie miał własnych dzieci. Stanowiliśmy swego rodzaju tandem, w ramach którego wujek miał posturę dużego chłopa, a ja małego szkraba. Za każdym razem też, kiedy wujek był po wypłacie, kupował mi zabawki w pobliskim kiosku Ruchu i regularnie na ręce rodziców dawał pieniążki. Były to zazwyczaj pięćsetki z wizerunkiem Tadeusza Kościuszki.
Wracając jednak do tytułowej fobii. To właśnie z wujkiem wybrałem się kiedyś do pana Zenona Kubika, długoszyńskiego młynarza. Okolica, w której pan Kubik mieszkał, wydawała mi się jakimś dziwnym, zupełnie innym światem. Szło się do niego błotnistymi, grząskimi zazwyczaj uliczkami. I chociaż w tamtym czasie nadal większość ulic i dróżek na Długoszynie było bitych i zazwyczaj błotnistych, to miejsce wydawał się pod tym względem i tak „wyjątkowe”. Kiedy wchodziło się na jego (to znaczy pana Kubika), nieogrodzoną wówczas posesję, po lewej mijało się spory, pokryty zieloną warstwą staw, który wzbudzał we mnie zarówno lęk, jak i obrzydzenie. W wyobraźni widziałem mieszkające tam żaby, ropuchy czy jaszczurki. Obserwowałem też kaczki tam pływające i kury, krzątające się po okolicy. Wokół natomiast unosił się nieprzyjemny niestety fetor od rzeki Kozi Brud, odkąd pamiętam, rzeki brudnej i śmierdzącej. Pamiętam też wieczny odór obejścia, w którym pan Kubik hodował zwierzęta, między innymi konie. Zapach ten, choć intensywny, był do zniesienia, nozdrza bowiem szybko się do niego przyzwyczajały. Wszystko tam wydawało się jakieś zaniedbane, ale jednocześnie swojskie, wpisujące się w kanon ówczesnych gospodarstw, w ramach których ludzie uprawiali i hodowali.
Razu więc pewnego wybraliśmy się z wujkiem do pana Kubika. Pan Kubik był bowiem jednym z „kolegów” Edmunda. Kiedy zbliżaliśmy się więc do podwórka, stała się rzecz straszna. Ruszyły w naszą stronę gęsi, wielkie, syczące. Wydawały mi się wielkie. Wujek tym faktem był niewzruszony, ja natomiast wpadłem w panikę. Wystraszyłem się syczących gęsi (nazywałem je później gąsiorami), które niewielkim stadkiem ruszyły w naszą stronę. Zacząłem się drzeć wniebogłosy, wuj nieco zdezorientowany sytuacją wziął mnie na ręce, mając nadzieję, że przemoże w ten sposób mój strach. Stało się jednak inaczej. Darłem się wniebogłosy nadal, że nie chcę do gąsiorów. Sam pan Kubik zapytał głośno, wyraźnie zdezorientowany, dlaczego się tak drę, wujek w związku z powyższym odparł, przekrzykując mój głos, że boję się gęsi. Pan Kubik oczywiście zapewniał, że nic mi nie zrobią, żebym nie płakał, ale sprawa była przegrana. Bo rzeczywiście, wystraszyły mnie wtedy po raz pierwszy ale porządnie. Pamiętam ich syk, zawziętość w oczkach i zdecydowany, zamaszysty marsz w nasza stronę. Nawet na rękach wujka nie czułem się bezpieczny. Byłem przekonany, że i tak dorwą mnie niczym bestie. Wiadomym więc było, że wizyta wujka u pana Kubika, zanim się rozpoczęła, dobiegła końca. Dopiero gdy opuściliśmy posesję, stanąłem samodzielnie na ziemi, sprawdzając, czy aby owe bestie nie czają się za naszymi plecami. Kiedy wróciliśmy do domu, wszyscy zauważyli moje czerwone od płaczu oczy. Wszyscy też z atencją przyjęli do wiadomości moją opowieść o potworach, które rzuciły się na mnie u długoszyńskiego młynarza. A że wówczas sepleniłem jeszcze dość mocno, mówiąc gąsiory, wymawiałem ten wyraz „gąszory”. Wszyscy więc z jednej strony współczuli mi owych strasznych przeżyć, a jednocześnie mieli ubaw z owych „gąszorów”. Oczywiście cała sprawa skończyła się bez ofiar, ale od tego czasu wypad z wujkiem do pana Kubika był już nie do pomyślenia. A nawet jeżeli czasem wujek usiłował mnie tam zabrać, to jedynie w przypadku gdy „gaszorów” na podwórku nie było, albo pan Kubik po prostu je zamknął. Za każdym więc razem, gdy zbliżaliśmy się do domu pana Kubika, zapuszczałem swego rodzaju żurawia, czy aby gęsi nie ma w pobliżu. A jeśli były, to musiały zostać zamknięte. Inna opcja nie wchodziła w grę.
Cała ta sytuacja natomiast wygenerowała we mnie ową fobię, irracjonalny strach przed gęsiami, w tym konkretnym przypadku. Przez długie lata, kiedy tylko napotykałem stadko gęsi, omijałem je szerokim łukiem. I szczerze mówiąc, tak pozostało mi do dziś. Gęsinę lubię, ale już gęsi to już raczej nie. Nadal kiedy widzę, te w sumie Bogu ducha winne ptactwo, odzywa się we mnie ów lęk, w uszach natomiast słyszę owe przeciągłe syczenie gąsiorów. I nadal na samą myśl o nich przechodzą mnie dreszcze. Tak mi po prostu zostało. Na szczęście, przynajmniej dla mnie, gęsi na podwórzach są już raczej rzadkością, kiedyś natomiast były niemalże standardem. I chociaż owych kubikowych gęsi już dawno nie ma, chociaż nie ma już niestety pana Zenona Kubika i mojego ukochanego wujka, to ów irracjonalny strach pozostał. No ale cóż. Nikt nigdzie nie na pisał, że to co pozostaje w naszej pamięci, musi odkładać się jako pozytywne rzeczy. Czasem takowe muszą ustępować miejsca sytuacjom, które zapadają gdzieś w nas i gnieżdżą się na dobre, wywołując raczej owe dreszcze i lęki, które ewoluują z czasem w tytułowe, irracjonalne, ale mocne i wyraźne fobie, wobec których zazwyczaj pozostajemy bezsilni.
Jarosław Sawiak
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze opinie