Tłusty czwartek wiedzie swą nazwę od tłustych biesiad, które zgodnie z tradycją hucznie urządzano tego właśnie dnia. Stanowił zapowiedź końca karnawału, wszak w następującym po nim tygodniu obchodzono rozpoczynającą Wielki Post Środę Popielcową.
Tłusty czwartek, to dzień biesiad zapustnych. Na stołach możniejszych rodów podawano pączki i chrust, czyli faworki. Te ostatnie wywodzą się z kuchni staropolskiej. Były to ciastka z ciasta biszkoptowego lub drożdżowego, smażone w głębokim tłuszczu. Dziś przygotowywane są z cista kruchego. W wiejskich domostwach przygotowywano racuchy i pampuchy. Przysmakami tego dnia były również bałabuchy – bułeczki z mąki pszennej okraszone roztopioną słoniną za skwarkami i wypiekane z mąki gryczanej hreczuszki i oładki. Tłusty czwartek otwierał tzw. Mięsopust, czyli ostatnie dni karnawału. Nazwa zgodnie z dawną tradycją bierze się z tego, iż „mięso opuszcza człeka na długie tygodnie”.
Od świtu w tłusty czwartek chodzono gromadami po ulicach, towarzyszyła temu głośna muzyka, śpiewy i tańce, suto zakrapiane okowitą. Szczególnie prezentowały się „zapustne tańce”. Łączyły one taniec z zabawą w kłodę. Kobiety prezentowały się w lennym, zaś mężczyźni w tańcu jędrznym. W lennym zwanym też „wysokim lnem” tańcząca starała się podskoczyć jak najwyżej, co miało wróżyć wysoki wzrost lnu. Jędrzny był tańcem młodzieńców. Ci swoimi wysokimi skokami zapowiadali dorodne zboże. Innym tańcem mięsopustu był miotlarz. Pomiędzy ustawionymi w rzędy dziewczętami i chłopcami tańczyła osoba z miotłą, która znienacka porzucała i wybierała kogoś z szeregu. Chłopcy musieli czym prędzej wybrać sobie partnerkę. Ten zaś, któremu się nie powiodło, tańczył z miotłą. Odrębne obrzędy mieli też pasterze, którzy w tańcach tłustego czwartku wykorzystywali kije i łańcuchy. Rybacy w ostatkowe wieczory schodzili się do szypra na „zeszewiny”, w czasie których wspólnie wiązano wielką sieć. We wtorek poprzedzający Popielec wieszano ją u sufitu, po czym wszyscy się w niej huśtali, po czym należało się z niej jak najszybciej uwolnić. Ostatni musiał postawić wszystkim uczestnikom zabawy beczkę piwa. Zabawom towarzyszył tłusty poczęstunek – tzw. Oparzeńce, czyli pączki z cista chlebowego. W zapustny czwartek miejskie przekupki, poprzebierane za panie, urządzały zabawę uliczną zwaną comber. Był to taniec uliczny, przed którym uciekali młodzieńcy. Gdy którego przekupki zdołały pochwycić, wiązały do kloca, karząc go w ten sposób za bezżeństwo. Zmuszano go do ciągnięcia kloca i wołania „comber, comber” tak długo, aż się wykupił. Kobiety stroiły tego dnia lalkę słomianą. Chodziły z nią po domach i zmuszały tak panny, jak i mężatki do okupu. Na Śląsku jeszcze dzisiaj comber jest karnawałowym przyjęciem dla kucharek. Od tłustego czwartku trwały huczne zabawy. Trzy ostatnie dni karnawału zwano dniami kusymi, szalonymi, gościnnymi lub ostatkami. W XVI w. Mikołaj Rej pisał, iż jeżeli kto w te dni „twarzy nie odmieni, maszkar, ubiorów ku diabłu podobnych nie wymyśli” ten nie zadośćuczynił chrześcijańskiej powinności. Zapustny wtorek, zwany w Polsce „śledzikiem” to czas „popielcowego kazania”, którym żegnano karnawał. Przebrany za księdza z osłoniętego dywanem stołka, niby z ambony, wygłaszał kazanie, pełne dowcipnych morałów i anegdot, powinno ono trwać co najmniej pól godziny. Tematy kazań bywały różnorodne, odwoływano się w nich do postaci z dziejów starożytnych i nowożytnych, w jednym z nich w XVIII wieku przedstawiono śmierć Bachusa. Do kazań wplatano łacińskie zwroty, co budziło nie lada zachwyt słuchających, choć niektórzy z nich owych zwrotów ni w ząb nie rozumieli. Nie można było obrażać uczuć religijnych i dworować sobie z gości. I tak to było w zapusty. e.bigas
UWAGA: Archiwum dyskusji na forum znajdziesz tutaj.
Aplikacja jaw.pl
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!