Myślała, że bóle mięśni, ścięgien, ciągłe zmęczenie to efekt pracy, gdy była kierownikiem rejonu w dużej firmie handlowej. Z dnia na dzień trafiła do szpitala. Okazało się, że ma boreliozę, która nieleczona spowodowała zapalenie opon mózgowych. - Od lekarzy dostałam informację, że czekają na wyniki, czy zapalenie opon jest wirusowe czy bakteryjne. Jeśli miałoby być bakteryjne, to miałabym trzy dni na przeżycie – wspomina Monika Rychel, która odeszła z korporacji i postanowiła założyć własną działalność w Jaworznie.
Co spowodowało, że odeszła pani z korporacji i postawiła na swój biznes?
O założeniu tego miejsca zaczęłam myśleć tuż po tym, gdy sama zmagałam się ze skutkami neuroboreliozy. Pewnego wieczoru poczułam się gorzej. Myślałam, że to przeziębienie, być może zapalenie zatok ale w nocy obudziłam się sparaliżowana. Finalnie okazało się, że miałam bardzo ciężkie zapalenie opon mózgowych wywołanych starą boreliozą, która przez lata infekowała organizm.
Wcześniej nie miała pani żadnych objawów?
Były objawy, które raczej łączyłam z przeciążeniem pracą w sklepie, pracując jeszcze jako manager sklepu. Były to bóle mięśni, ścięgien i stawów, ciągłe zmęczenie, potworne zmęczenie, pogorszone czucie. Pracowałam w tamtym okresie jako kierownik sklepu. Ilość towarów, które w ciągu dnia trzeba wyłożyć na półkę jest duża, dlatego te wszystkie moje dolegliwości łączyłam właśnie z miejscem pracy.
Jednak to nie była przyczyna…
Trafiłam do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Zrobiono mi punkcję, czekano na wyniki. Wtedy okazało się, że mierzę się z bardzo ciężką neuroboreliozą. Dowiedziałam się jeszcze, że szpital czeka na odpowiedź z zewnętrznego laboratorium, czy zapalenie opon jest wirusowe czy bakteryjne. Jeśli okazałoby się, że bakteryjne, to statystyki nie są pocieszające - miałabym trzy dni na przeżycie. Leżałam w szpitalu w izolatce, przez pełne 2 tygodnie, odcięta od wszystkich, z zakazem odwiedzin. Dostawałam tak wiele antybiotyków i leków dożylnie, gdzie żyły nie wytrzymywały i wielokrotnie miałam przepiany wenflon. Po wypisie z oddziału wypisano mi zwolnienie na trzy miesiące, abym doszła do siebie.
Jak się pani wtedy czuła?
Bardzo źle. Wiedziałam na przykład, że to coś, co stoi przede mną to szklanka, ale nie potrafiłam tego nazwać. Ogromnym wysiłkiem było dla mnie przejście 300 metrów. Do tego dochodziły bardzo silne bóle karku i bóle głowy, drętwienie rąk, zmęczenie ciała. Nie potrafiłam obrócić głowy, bo powodowało to ogromny ból. Miałam się zgłosić wówczas do lekarza, ewentualne lekarza chorób zakaźnych, którzy zajmują się chorymi z boreliozą. Usłyszałam, że ich rola w leczeniu się skończyła, że tak się mogę czuć i mam wziąć leki przeciwbólowe jeśli coś jeszcze mi dolega.
Co pani wtedy zrobiła?
Pomyślałam, że nie może tak być, że ktoś nadal czuje się źle i usłyszy tylko, że tak ma już funkcjonować. Jestem osobą, która w każdej sytuacji próbuje szukać rozwiązań. Zaczęłam czytać o osobach, które miały tę samą chorobę, jak się czują później i jak można sobie pomóc. Rok wcześniej na powikłania, które prawdopodobnie też były związane z boreliozą, zmarł mój dziadek. On też przez wiele lat zmagał się z boreliozą i był bardzo na jej punkcie wyczulony.
W Polsce mówi się o boreliozie, ale mniej o koinfekcjach. Też nie wiedziałam co to jest. Okazuje się, że borelioza często nie występuje samodzielnie. Temu zakażeniu może towarzyszyć na przykład babeszjoza, anaplazmoza czy bartoneloza. Stwierdziłam, że ze względu na moje dolegliwości muszę wiedzieć, czy mój organizm jest jeszcze zakażony czymś więcej. Niestety, to badanie najczęściej nie jest refundowane w Polsce i jego koszt to nawet około 1800 złotych.
Postanowiłam, że zrobię badania krwi na obecność tych patogenów i okazało się, że też mam koinfekcje. I to było dopiero początek mojej drogi, którą zaczęłam toczyć o własne życie i zdrowie.
Które z dolegliwości były dla pani najtrudniejsze, najgorsze?
Brak możliwości swobodnego poruszania głową, ciągły ból, mgła mózgowa. Pracowałam wówczas jako kierownik rejonu w Jeronimo Martins. Byłam również po powrocie do pracy przygotowywana do kolejnego wyższego stanowiska, zarządzania kierownikami rejonów. Co za tym idzie, zmiana stanowiska wiązała się z dodatkowymi obowiązkami, zwiększeniem odpowiedzialności za sklepy ale i za wyniki. Szerszy obszar, który był mi podległy do kontroli. Dużo się wtedy podróżuje samochodem, odwiedza sklepy, wykonuje kontrole i weryfikuje wytyczne a dla mnie każdy wysiłek umysłowy był nie lada wysiłkiem. W między czasie szukałam różnych porad u wielu specjalistów. Podchodziłam bardzo sceptycznie do alternatywnych form pomocy, ale stwierdziłam, że spróbuję, bo nic więcej już stracić nie mogę.
W między czasie miałam bardzo silne herxy, czyli tzw. reakcję Jarischa – Herxheirmera, czyli ostrą reakcję immunologiczną organizmu na toksyny uwalniane przez masowo obumierające bakterie po antybiotykoterapii. Wtedy zaczęłam poszerzać swoją wiedzę na temat choroby od A do Z. I właśnie wtedy zaczęła się moja przygoda z holistycznym sposobem nauki życia na nowo, a w między czasie zaczęłam pracę na nowym stanowisku.

Czekały na panią nowe zadania i wyzwania?
Z jednej strony oczekiwano ode mnie, że będę zaangażowana jeszcze mocniej w pracy, a z drugiej strony nie do końca czułam się na siłach, bo mój organizm nie wrócił do pełnej sprawności. Przy boreliozie objawy nie są takie same, nie są jednoznaczne. Jednego dnia człowiek wstaje i rano boli noga, po południu jest to już ręka. Następnego dnia czujesz łokcie czy nadgarstki. Dolegliwości wracały w różnej formie, a ja szukając dla siebie najlepszego rozwiązania, jeździłam w różne miejsca i szukałam sposobów na walkę z tym bólem. Powoli zaczęłam się regenerować i wracać do zdrowia. Problemem było jednak to, że to była podróż z miejsca na miejsce, a nigdzie nie mogłam skorzystać ze wszystkich urządzeń w jednej placówce.
Podczas rehabilitacji poznałam wiele osób zmagających się z podobną sytuacją. Wiele z nich nie było w stanie podjąć po chorobie zatrudnienia bądź choroba tak bardzo zmieniła ich życie, gdzie musieli korzystać z pomocy kul czy wózka inwalidzkiego. Wtedy zdałam sobie sprawę, że przecież są po boreliozie osoby, które nie są w stanie wrócić do pracy, które jeżdżą na wózkach inwalidzkich i szukają miejsca, gdzie można skorzystać z wielu urządzeń podczas jednego pobytu. Dlatego stwierdziłam, że chciałabym w jakimś stopniu pomóc tym osobom, które zmagały się też lub zmagają z bólem po tej infekcji. Z drugiej strony wpływ na to, że otworzyłam to miejsce, była chęć uwolnienia się od notorycznej presji w korporacji.
Jak ją pani odczuwała?
Praca w sklepie jest naprawdę wymagająca. Kasjerzy mają ogrom zadań, a na zmianach często brakuje ludzi. Jako szefowa okręgu widziałam to każdego dnia. Wchodziłam na sklep, wykonywałam swoje obowiązki, kontrolowałam procesy, a kiedy wychodziłam, patrzyłam na kobiety po czterdziestce czy pięćdziesiątce, które zostawały tam same z tym wszystkim. I w środku coś we mnie ściskało. Z jednej strony miałam egzekwować zadania, a z drugiej - widziałam, jak bardzo te osoby są przeciążone. Coraz częściej zadawałam sobie pytanie: „Jak one mają to zrobić?”. To pytanie wracało do mnie jak echo.
Moja praca nie kończyła się po ośmiu godzinach. To było ciągłe napięcie, odpowiedzialność, telefony, presja. A ja, po swoich przejściach zdrowotnych, czułam, że mój organizm nie jest już w stanie dźwigać tego wszystkiego. Zmęczenie fizyczne mieszało się z psychicznym. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie jestem w stanie realnie zmienić systemu, w którym pracuję, choć bardzo chciałam pomóc ludziom w sklepach.
I wtedy zaczęła we mnie dojrzewać myśl, że może mogę zrobić coś innego. Coś, co naprawdę ma sens. Stworzyć miejsce, do którego można przyjść, odpocząć, poczuć ulgę, zadbać o ciało i głowę. Miejsce, którego sama potrzebowałam, kiedy walczyłam o zdrowie.
I właśnie w tym czasie poznałam osobę, która miała bardzo podobne doświadczenia i podobne spojrzenie na świat. Kogoś, kto tak samo jak ja wierzył, że można stworzyć przestrzeń, która daje ludziom realną ulgę i wsparcie. Nie byłam już w tym sama. Nasze historie, wartości i potrzeba pomagania zaczęły się naturalnie łączyć. I tak wspólnie podjęliśmy decyzję, żeby pójść własną drogą.
Tak powstała Strefa Terapii - miejsce stworzone z doświadczenia, empatii i ogromnej potrzeby, by dać innym to, czego sami kiedyś szukaliśmy.
Gdyby nie pani problem zdrowotny, to nie powstałoby to miejsce?
Myślę, że tak. Stąd też w naszym salonie można znaleźć urządzenia, po których przede wszystkim mamy lepsze samopoczucie, lepszy wygląd i ciało. W ofercie znajdują się także urządzenia medyczne.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze