Reklama

Słowo na niedzielę: Czego dzisiaj nam brakuje?






Czas i sytuacja, w jakiej się znajdujemy, domaga się odpowiedzi na to pytanie. Szukając jej, wsłuchujemy się w słowa Chrystusa, który opowiada przypowieść o talentach.





Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Rozdzielony majątek był spory i mniej więcej odpowiadał 50 000, 20 000 i 10 000 denarów. Denar to była godziwa zapłata za jeden dzień pracy. Pan znał swoich podwładnych i dokonał podziału według indywidualnych możliwości każdego z nich. Wszyscy wiedzieli jakie oczekiwania miał pan, a rozdysponowany majątek nie był prezentem, lecz zadaniem. Dwaj pierwsi wywiązali się znakomicie, każdy z nich podwoił powierzony kapitał. Mimo że dysponowali różnym majątkiem, ostateczna nagroda była taka sama: wejdź do radości twego pana.

Reklama




Trzeci sługa zachował się pasywnie. Zakopał powierzony talent, co uchodziło za niezyskowny wprawdzie, ale za to, najbezpieczniejszy sposób zabezpieczenia pieniędzy. To złudne poczucie bezpieczeństwa trwało do momentu powrotu pana. Nic go nie uchroniło, talent trzeba było odkopać i stanąć przed panem. Cała narracja, jaką do tego dołożył, nie tylko go nie uratowała, lecz pogrążyła. Pan osądził go według słów, które wypowiedział, czyli według sumienia, jakie posiadał. Można powiedzieć, że sługa sam na siebie wydał wyrok.





Można długo analizować przyczyny wewnętrznego zakłamania trzeciego sługi. Miał wiedzę i świadomość taką jak dwaj pozostali, lecz brakło mu entuzjazmu, który wynikał z relacji osobistej do pana. Zaowocowało to strachem i najgorszą decyzją.

Reklama




Jesteśmy mocno zasmuceni sytuacją w Kościele, w świecie i w naszej Ojczyźnie. Miało to swoje uzewnętrznienie 11 listopada, w dniu naszego narodowego dziękczynienia za dar wolności. Nie było w nas radości, lecz przygnębienie.





Dlaczego?





Odsunęliśmy na boczny tor w naszym narodowym świętowaniu przypadające w tym dniu wspomnienie św. Marcina. Tymczasem ten legionista rzymski, mnich i biskup z Tours, żyjący w IV wieku, w czasach napięć w świecie i Kościele, zbliżonych do naszych, ma nam wiele do przekazania.

Reklama




Przede wszystkim entuzjazm, jaki posiadł w spotkaniu z Chrystusem i z nieustannej z Nim łączności pozwalał mu na zachowanie posłuszeństwa wobec władzy świeckiej i kościelnej, a jednocześnie na proaktywną postawę w swej działalności. Podobnie jak św. Ambroży z Mediolanu, Marcin z Tours potrafił sprzeciwić się katolickiemu cesarzowi Maksymusowi w związku z niesprawiedliwym wyrokiem wydanym na Pryscyliana. Miał odwagę inicjacji duszpasterstwa wiejskiego w Galii i życia jako mnich będąc biskupem, czym irytował wielu matadorów kościelnej hierarchii. Marcin nie stracił nigdy entuzjazmu, nie stracił bowiem żywej relacji z Chrystusem, od którego otrzymał zadanie do wypełnienia. Dzień jego śmierci, 8 listopada 397 roku, a więc moment stanięcia przed Chrystusem, moment oddania talentów, które otrzymał i pomnożył, znakomicie przedstawił w liście Sulpicjusz Sewer.





Kiedyś i ja stanę przed Panem albo z tym, co przymnożyłem albo z tym, co zakopałem. Może więc. Póki jeszcze czas warto postawić sobie pytanie: czy jest we mnie entuzjazm, ale taki prawdziwy, taki oparty na relacji z Chrystusem?

Reklama




Ks. Lucjan Bielas


Aplikacja jaw.pl

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.


Aplikacja na Androida Aplikacja na IOS

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo jaw.pl




Reklama