Czasami bardzo niewiele trzeba, by dowiedzieć się czegoś nowego, zarówno o sobie, jak i o innych. Niekiedy wystarczy jedno słowo, by przynajmniej częściowo ulec zdefiniowaniu przez innych, czasami jedno słowo wystarczy by wprowadzić w błąd, niekiedy specyficzne poczucie humoru zbiera też równie osobliwe żniwa. Ale najzabawniejszym jest fakt, że można w tym wszystkim uczestniczyć.
Wszystko to, o czym pozwolę sobie tutaj napisać, wiąże się z tegorocznym, letnim wypoczynkiem. Po raz trzeci z rzędu wybraliśmy się do zachodniopomorskiego Mielna. Wieczorem, 20 lipca przywitała nas pogoda katastrofalna, przypominająca raczej listopadowe przesilenie. Wiatr i siarczysty deszcz. W ogóle pierwszych kilka dni pobytu było co najwyżej w kratkę, następne dwa tygodnie natomiast były więcej niż przyzwoite. Muszę zresztą przyznać, że szósty raz z rzędu byliśmy nad polskim morzem latem i szósty raz z rzędu pogoda summa summarum nam dopisała. A przecież nad Bałtykiem nie jest to tak oczywiste. Przejdźmy jednak do rzeczy.
Szliśmy któregoś dnia jedną z głównych ulic miasteczka, nieopodal rozpoczynającej się w pobliżu ulicy Kościelnej, ciągnącej się docelowo do Sarbinowa i Gąsek. Podjęliśmy luźną dyskusje na temat tutejszego kościoła. Małżonka, która jak dotąd w nim nie była, upierała się, że kościół znajduje się tuż tuż. Utwierdzał ją w tym przekonaniu fakt, że na skraju ulicy stał słupek z dobrze widoczną tabliczką z napisem „kościół”. Nie zauważyła wszak, że tabliczka ta ma kształt strzałki, która informuje o kierunku, w którym należy zmierzać, by do kościoła dotrzeć, a nie jego dokładnej lokalizacji. Finalnie, nieco sarkastycznie spytałem, gdzież jest ten kościół, doskonale wiedząc, że znajduje się mniej więcej pół kilometra dalej. Z synem bowiem tą gotycką, piętnastowieczną świątynię miałem już okazje odwiedzić. W tym samym jednak momencie w sukurs przyszedł akurat mężczyzna, który w tym samym czasie przechodził obok nas. Pomyślał zapewne, że szukamy kościoła naprawdę. Stwierdził więc, zwracając się w dobrej wierze do nas, że trzeba jeszcze sporo przejść, pokazując nam jednocześnie kierunek. Dodał też, że nie dziwi się naszemu zagubieniu; po pierwsze ze względu no ową tabliczkę, która niejednego już wprowadziła w błąd, a po drugie przez wzgląd na okazały dom, stojący po drugiej stronie ulicy, swoją sylwetką i stylem przywodzący na myśl budynek plebanii. Na dodatek tuż przed nim stał okazały drewniany krzyż z napisem „Jezu ufam Tobie”. Wszystko jakby wyciągnięte z obrazka podpisanego „tutejsza plebania”.
Okoliczności te mogły rzeczywiście nieco wprowadzić w błąd. Wytłumaczyłem mężczyźnie moje intencje, przy czym ten, niepytany dodał, że z owym kościołem ma sporo kłopotów. Tak się bowiem składa, że ów mężczyzna mieszkał w tym domu, będąc jego właścicielem. I pomimo faktu, że w najbliższej okolicy kościoła nie było widać, to ludzie ulegali sugestii, będąc przeświadczonymi, że obiekt ten jest rzeczywiście siedzibą proboszcza. Dodał też, że wielokrotnie dzwoniono doń domofonem, informując go o potrzebie zorganizowania pogrzebu, o planach dotyczących ślubu czy zamówienia mszy. Raz zdarzyło się nawet, że ów domniemany proboszcz, czyli jak już wspomniano właściciel domu, w irytacji i złości, ale i przypływie dość osobliwego poczucia humoru, wyspowiadał przez domofon skruszoną duszyczkę, która „na plebanię” dobijała się po dwudziestej trzeciej. Rozgrzeszenie „otrzymała”. Jak widać, niewiele trzeba, by pójść w stronę „dobrego Boga” niewłaściwą ścieżką pomimo jak najbardziej dobrych chęci i nie wykluczone, że tą właśnie ścieżką do celu można dotrzeć.
Ale to nie wszystko. Pod koniec pobytu bowiem, na kilka dni przed opuszczeniem Mielna, wybraliśmy się do koszalińskiego aqua parku. A że poruszamy się komunikacją miejską to ów dojazd na miejsce, z Mielna do Koszalina, a dokładnie do kompleksu pływalni trzeba było jakoś zorganizować. Niby nic nadzwyczajnego. A jednak. Okazało się, że w tym właśnie dniu swoją inaugurację miał tegoroczny Tour de Pologne, który pierwszy swój etap kończył właśnie w Koszalinie. Co za tym idzie; pozamykane ulice, mocne ograniczenie w ruchu, większość kursów odwołana lub funkcjonująca w ramach okrężnych kursów. Na szczęście w jedną i drugą stronę jakoś udało nam się przebyć drogę. Gdy dotarliśmy na miejsce, to znaczy do rzeczonego aqua parku, zaczęliśmy kasjerkę pytać o różne szczegóły organizacyjne. I wtedy małżonka zapytała, chcąc dowiedzieć się tego, jak można w ramach basenów wyjść na ich zewnętrzną część, którędy można wyjść… na pole. Pani za kasą uśmiechnęła się szeroko i powiedziała: widzę, że Państwo z południa. No tak. Nie musiała zerkać w dowód czy jakikolwiek inny dokument. Po owym „polu” wiedziała już skąd jesteśmy. Nie było wszak w jej uwadze ani krzty złośliwości. Po prostu ludzka życzliwość pomieszana z ciekawością. Ja jednak nie wiedziałem, że nasza owa „polowa” odrębność jest aż tak wyraźna i charakterystyczna. Czasami jak widać wystarczy powiedzieć niewiele, by opowiedzieć o sobie więcej, niż można by przypuszczać.
Warto tutaj nadmienić jeszcze dosłownie kilka słów o naszym powrocie z Koszalina do Mielna. Zorientowaliśmy się, że wsiąść trzeba do autobusu, realizującego kurs zastępczy. W jego ramach dotarliśmy tam gdzie należało. Ale zdezorientowani byli także sami mieszkańcy Koszalina. I tak na którymś przystanku wsiadła do autobusu zdyszana kobieta, która podchodząc do sympatycznego kierowcy i zapytała: „Czy dojeżdża Pan do 5 marca?”. Kierowca oczywiście wiedział o co chodzi, chodziło bowiem o ulicę 5 marca (dzień wyzwolenia miasta spod niemieckiej okupacji). Ja jednak oczami swojej sarkastycznie usposobionej wyobraźni zobaczyłem jak autobus jedzie i jedzie, kierowca siedzi spokojnie, prowadząc pojazd niemal bez końca. I w jakimś momencie kobieta wstaje podekscytowana i przerażona i krzyczy gdzie ta „5 marca”? Kierowca obraca się natomiast spokojnie w uśmiechem i mówi do poirytowanej kobiety i mówi: „…gdzie tam do 5 marca? Przecież dopiero lipiec!”. Tak się jednak nie stało. A szkoda. Chętnie zobaczyłbym minę owej kobiety. Niestety, rzeczona wysiadła tam, gdzie chciała, podobnie jak my. I całe szczęście. Bo dosłowne traktowanie i odbieranie określonych słów i sformułowań może i jest zabawne, ale czasem ze wszech miar kłopotliwe.
Jarosław Sawiak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze