Wujka Marka pamiętam bardzo słabo. Był on młodszym bratem mojej mamy i jej siostry. Był też swego rodzaju oczkiem w głowie swoich rodziców, przede wszystkim swojej mamy, a mojej babci, wszystkim znanej jako pani Stasia, czy pani Dziadkowa.
Marek zginął tragicznie w bardzo młodym wieku, mając zaledwie 25 lat. Ja natomiast aż trzy, no może trzy i pół. Pamiętam w związku z tym generalnie niezbyt wiele. Niewątpliwie najbardziej zapamiętałem wieczór, w którym zginął pod kołami pociągu w drodze do pracy. Miało to miejsce nieopodal długoszyńskiej Skałki.
Było też jednak kilka wydarzeń, które zapadły mi w pamięci równie wyraźnie, choć może trochę słabiej. To popołudnie, w dniu jego śmierci właśnie, kiedy podrzucał mnie, mojego brata i kuzynkę do góry, niemal pod sufit. Krzyczeliśmy i zaśmiewaliśmy się wówczas niemal do rozpuku, z jednej strony uciekając przed nim, a z drugiej robiąc to tak, by być złapanym. To jego ostatnie, jak się okazało, popołudnie wspominaliśmy przez długie lata. Pamiętam uśmiech babci i dobry humor dziadka, obserwujących nasze zabawy, generowane przez wujka. W ich ramach niejednokrotnie pojawialiśmy się biegiem w kuchni, z której za każdym razem wyganiała nas babcia, zajęta obiadem. Przez cały ten czas uśmiech i niewątpliwa radość z naszej zabawy nie znikały jej twarzy.
Jednak kolejnym takim zdarzeniem był pewien wieczór, zapewne niedługo przed jego zgonem. Wówczas to, a było to zapewne tuż po wypłacie, dostaliśmy od wujka prezenty. Zdarzało się niejednokrotnie, że po wypłacie właśnie dostawaliśmy jakieś upominki. Od wujka Edmunda na przykład otrzymywaliśmy zazwyczaj jakieś pieniążki. Tego wieczoru upominki dostaliśmy właśnie od Marka. To, co spektakularne było najbardziej, to karabin, który dostał mój brat Rafał. Niby nic nadzwyczajnego, ale w tamtych czasach?! Nie dość, że wydawał głośny warkot, imitujący odgłosy maszynowej strzelaniny, to jeszcze w przeźroczystym magazynku, przy każdym strzale pojawiały się intensywne, czerwone iskry. Na początku okoliczność funkcjonowania i działania prezentu wydawała się dość płochliwa, ale finalnie spowodowała moje oczarowanie. W każdej bodaj chwili kiedy Rafał tracił zainteresowanie prezentem brałem tenże w swoje ręce ja. Niestety, takie chwile zdarzały się rzadko. Zmieniło się to dopiero wówczas, kiedy w wyniku intensywnej eksploatacji przedmiotu iskry przestały się pojawiać. Wówczas nie było to już to samo. Ale to nie wszystkie prezenty. Brat bowiem dostał jeszcze jeden, a mianowicie pluszowego, czerwonego misia, z żółtymi końcówkami łapek i wewnętrzną częścią uszu.
Nazwaliśmy tego misia „Plaskaty”. To dlatego, że naprawdę był płaski. I co istotne, przetrwał do naszych czasów, choć nieco styrany przez upływający czas. Na początku nie podobał mi się wcale. Zresztą miałem już swojego ulubionego misia wiec ten, należący od teraz do brata za bardzo mnie nie interesował. Był jednak jeden jeszcze element owej wieczornej niespodzianki. W pewnym momencie w drzwiach do starej kuchni, w której przebywaliśmy wówczas wszyscy, wszedł wujek. Nie trzymał w ręku ani misia ani też karabinu. Ja natomiast w tym czasie byłem nieco rozczarowany tym, że brat dostał już dwa prezenty, a ja ani jednego. W tej chwili nastąpił jednak przełom. Tak naprawdę zresztą, zanim zjawił się wujek, pojawiła się w drzwiach dziwna istota. Wydawała dziwne, nieprzyjemne odgłosy, ocierając się o framugi drzwi, w których z trudem się mieściła. Istotą tą był wielki, dmuchany zając w pozycji siedzącej, ze sterczącymi uszami i miną, która nie wiem dlaczego, wydawała mi się jakaś groźna i nieprzyjazna. W jej ramach dominował brąz i beż. I właśnie w tej chwili zapadła cisza, będące swoistym wyczekiwaniem na moją reakcję. I wtedy bańka pękła. Zacząłem beczeć z przerażenia. Zając bowiem wydał mi się groźnym potworem. Jego mina, jego wyraz twarzy, ziemisty, nieprzyjazny kolor i pęczniejąca wydmuchiwanym powietrzem sylwetka…
Wujek nieco się zakłopotał. Rodzice również. Na pocieszenie, na chwilę, na otarcie łez dostałem misia, którego otrzymał chwilę wcześniej brat. Wujek z tatą wynieśli natomiast misia i spuścili z niego czym prędzej powietrze. O wielkim zającu w mojej obecności nie było mowy.
Z czasem zacząłem powoli zapominać o całej sytuacji. Niestety też, zdążył zginąć wujek. Czas mijał. Wszystko było w porządku do momentu, aż nie zbliżałem się do tego miejsca w naszej nowszej, dużej kuchni. Była to niewielka przestrzeń pomiędzy bokiem kuchennych mebli, a ścianą. Wciśnięte tam było duże kartonowe pudło ze starymi lub nieużywanymi zabawkami. I jak się, niestety, okazało, wciśnięty w tym pudle był także zając. Oczywiście powietrze było z niego już spuszczone. Jednak fragment pomarszczonego, groźnego, zwierzęcego pyska i pomarszczonych, długich uszu potęgował we mnie dziecięce przerażenia. Za każdym też razem kiedy chciałem sięgnąć tam po jakąkolwiek inną zabawkę, hamował mnie przed tym ów zając niczym jakiś koszmarny dozorca. Ze strachem wyciągałem rękę w stronę pudła, za każdym razem jednak paraliżował mnie ów lęk, graniczący z przerażeniem. Jednak aż do pewnego momentu. Rodzice wielokrotnie próbowali przekonać mnie zresztą do tego, że to tylko dmuchany zając, który nie zrobi mi krzywdy. Moja opozycyjna postawa wobec ich przekonań oraz groźnego stwora była niewzruszona. I wreszcie nadszedł ów moment. Czując się zakładnikiem dmuchanej „kukły”, zdenerwowałem się pewnego razu nie na żarty. Przebywając samemu w kuchni szepnąłem do siebie z determinacją, że zabawki są moje i nie zmieni tego nawet pomarszczony, spłaszczony dmuchaniec.
Na początku z rezerwą, potem coraz pewniej sięgnąłem w stronę pudła i po kilku próbach pochwyciłem fragment zwierzaka. Po kilku nieudanych próbach, wyrzucając przy okazji część starych zabawek, wyciągnąłem zwierzynę na zewnątrz zupełnie jak zwierzynę na polowaniu. Z początku przerażony, potem jednak wzrastający w swym heroizmie, spojrzałem na „upolowaną bestię”. Wyglądała mizernie. To co przeniknęło mnie na wskroś to fakt, że moje zwycięstwo było i wielkie, i żałosne. Wielkie – bo przemogłem swój strach, a żałosne, ponieważ dotyczyło tworzywa, substancji miękkiej, uformowanej kiedyś w zająca, a teraz będącej pomiętą, żałosną atrapą niewinnego co do zasady zwierzątka, wyzutego z powietrza i życia. Rzuciłem więc go z pogardą na pokrytą gumolitem podłogę, obwieszczając wszem i wobec swoje zwycięstwo. Moje zwycięstwo wydawało się kompletne. Jego ukoronowaniem był fakt, że w pewnym momencie „rozprasowałem”, „rozpłaszczyłem” ową płachtę, patrząc w oczy zwierzęciu, które teraz było zupełnie bezbronne, choć jego, płaska teraz mina była nadal niesympatyczna. Szczytem uszczęśliwienia natomiast był moment, kiedy na wysokości brzucha zauważyłem dużą dziurę, niczym rozcięcie, oznajmiającą również wszem i wobec, że zając już nigdy nie ożyje, nigdy nie zmartwychwstanie, już nigdy nie będzie go można nadmuchać, że już nigdy mi nie zagrozi. Niedługo potem trafił na śmietnik, a ja poczułem się wolny. Po prostu wolny.
Zając więc nie spełnił żadnej roli, która zamierzona była przez dobre serce i gest wujka. Dokonał jednak czegoś o wiele ważniejszego. Pozwolił przezwyciężyć jedną z największych traum i lęków wczesnego dzieciństwa, pozwolił zwyciężyć nad zającem jako formą i treścią, ale przede wszystkim nad samym sobą. Zapewnił też dostęp do skarbnicy, zawierającej niezliczone artefakty dzieciństwa, wrzucone do kartonowego pudła, wciśniętego pomiędzy ścianę i szafę. Niestety, wujek tego już nie doczekał.
Jarosław Sawiak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze