Na spotkanie z franciszkaninem ojcem Andrzejem Zającem zaprosiła Miejska Biblioteka Publiczna w Jaworznie. Spotkanie odbyło się w środę 7 października. Ciekawa rozmowa z ojcem Andrzejem odnosiła się m.in. do jego książki pt. „Brat Franciszek. Autobiografia zasłyszana”. Było to wydarzenie w ramach trwającego Roku Świętego Franciszka, w 800. rocznicę śmierci tego świętego.
Ojciec Andrzej Zając to franciszkanin, doktor teologii, nauczyciel akademicki, poeta, tłumacz. Jest cenionym znawcą św. Franciszka z Asyżu. Doktorat z duchowości franciszkańskiej obronił w 2009 r. w Rzymie. Jego książka „Brat Franciszek. Autobiografia zasłyszana” odnosi się do testamentu, pism i duchowych doświadczeń tego świętego.
Ela Bigas: Jest ojciec franciszkaninem, napisał ojciec książkę o Świętym Franciszku. Co w tej postaci szczególnie ojca urzeka?
Ojciec Andrzej Zając: Przede wszystkim człowieczeństwo. To w jaki sposób Franciszek patrzy na świat, patrzy na siebie, na Boga, na drugiego człowieka. Dla mnie to jest jeden, no może powiedziałbym tak, pierwszy człowiek, który w pełni przeżył swoje człowieczeństwo. Odkrył to, kim jest człowiek i to wszystko jakoś zrealizował. Odkrył człowieka w sobie, odkrył człowieka w drugim, chociażby w trędowatym i to było wielkie jego odkrycie. To przewróciło mu w głowie, czyli poustawiało mu w rzeczy w odpowiednim porządku.
Co zaskoczyło ojca w trakcie pisania tej biografii? Czego ojciec się zupełnie nie spodziewał?
Trudno mi powiedzieć o czymś bardzo konkretnym, ale rzeczywiście tak było. Zresztą w przypadku pisania każdej książki, człowiek sobie coś tam zamierza, zrobi jakiś plan, a potem się okazuje, że jeszcze pojawiają się zupełnie nowe wątki. To moje pisanie właśnie na tym polegało, że miałem już gotowy taki szkielet, którym jest Testament Świętego Franciszka, zresztą autobiograficzny. No i starałem się te poszczególne wątki po prostu pogłębiać, poszerzać, bazując na innych pismach Franciszka i biografiach. Teraz nie powiem nic takiego konkretnego, ale rzeczywiście były miejsca, które mnie zatrzymywały i coś, co mnie zaskakiwało. Były rzeczy, których może nie miałem wcześniej w planach, a potem się okazało, że trzeba było coś jeszcze zgłębić.
Dodał ojciec do tytułu dopisek „zasłyszany”. Jak powstawała ta książka? Do czego ojciec się odwoływał? Czy ojciec cytuje i rozważa, czy wyłącznie cytuje i pozostawia czytelnika w sferze analizy własnej?
Powiem tak, zasadniczo korzystam tak jak powiedziałem z innych prac Franciszka. Zresztą na marginesie są podane miejsca cytowane, jakby ktoś chciał sprawdzić. Do tego dochodzą biografie, zasadniczo Tomasz z Celano (ur. ok. 1200 r., zmarł pomiędzy 1260 r. a 1270 r, - przyp. eb), pierwszy biograf Franciszka, plus tekst biblijny. Czyli tematycznie, jeżeli pojawiało się coś, co mamy w Piśmie Świętym, to często cytowałem. Nie odkrywając Ameryki, bo robiłem dokładnie to samo, co robił Franciszek. To nie są tylko cytaty, no bo wtedy trudno byłoby nazwać mnie autorem tej książki, gdyby to były same cytaty. Dopowiadam też dużo od siebie, ale to jest owoc mojej na pewno 30-letniej pracy nad tymi tekstami, więc jak cytuję jakiś fragment, to on zazwyczaj jest już przeze mnie mocno przewertowany, przebadany, przeanalizowany i jakby te wnioski z tych analiz też się tam pojawiają. Oczywiście nie językiem naukowym. Starałem się, żeby ten język był jak najbardziej prosty, taki dostępny dla każdego.
Za co ojciec lubi świętego Franciszka? Sądzę, że gdyby to nie była sympatia, to z pewnością by się ojciec nie pokusił o taką książkę.
Lubię Franciszka, kocham go. Po prostu formalnie jestem członkiem tego zakonu, ale to nie tylko to. Kocham Franciszka, znaczy kocha się za nic, ale on mnie pociąga swoją mądrością życiową. To jest, jak się wczytujemy właśnie, czy zasłuchujemy w jego wypowiedzi, to odkrywamy niezwykłą mądrość.
Spróbujmy coś zacytować, coś co zawsze budzi w ojcu duży szacunek dla postaci.
Weźmy jedno z napomnień: „Nie może sługa Boży poznać, ile ma cierpliwości i pokory, póki wszystko dzieje się po jego myśli”. Kiedy inni zaczną mu się sprzeciwiać lub zostanie pozbawiony rzeczy, która mu się należy. Ile wtedy zachowa cierpliwości i pokory, tyle jej ma mniej więcej.
Święty Franciszek jest wielkim miłośnikiem natury. Jak współczesny kościół odnosi się do tej postawy Świętego Franciszka, czyli do jego umiłowania natury?
Tak, tu na pewno jest trochę do wyjaśnienia. Franciszek nie uwielbiał natury, nie uwielbiał przyrody, bo jedno ze słów tabu u Świętego Franciszka to jest czasownik uwielbiać, który jest u niego zarezerwowany tylko i wyłącznie dla dla Boga. Rzeczywiście on się tego bardzo, bardzo pilnuje.
Ale czy ja mam rację, że św. Franciszek lubił naturę?
Tak, ale właśnie jest pytanie dlaczego. Dlatego, że natura jest efektem działań Boga, dlatego że natura, przyroda jest darem Boga dla człowieka. Tak jest, czyli jak człowiek szanuje kogoś, od kogo otrzymuje prezent, to szanuje później też ten prezent, przyjmuje go z wdzięcznością i to jest przypadek Franciszka. Później oczywiście wspólne pochodzenie. Franciszek ma świadomość tego, że ten sam Bóg, który stworzył Słońce, Księżyc, gwiazdy, ogień, zioła, zwierzęta, stworzył również człowieka, który jest zwieńczeniem całego stworzenia. Wspólne pochodzenie, przekonuje go chociażby do tego, żeby poszczególne elementy stworzenia nazywać bratem lub siostrą.
W pochwale stworzenia akurat zwierzęta są w ogóle nieobecne, ale w pochwale stworzeń właśnie mamy różne żywioły.
Dlaczego nie umieścił św. Franciszek zwierząt w „Pochwale stworzeń”?
Ja też nie wiem dlaczego, ale Franciszek nie umieścił. Jednak biografowie nam jakby dopowiadają do tego. Musimy pamiętać, że pochwała stworzeń jest utworem literackim i Franciszek też miał tę swoją licencję poetica. Tak to widział, tak to ujął.
Możemy stwierdzić, że św. Franciszek lubił naturę.
Jasne. Biografowie dopisują różne rzeczy, że jakiegoś robaczka z drogi podnosił. Były też zwierzęta, które miały jakieś szczególne znaczenie dla niego, dlatego że Franciszek bardzo dobrze sobie radził z myśleniem symbolicznym. Czyli nawet na przykład jak widział owieczkę, baranka, to zaraz kojarzył z barankiem Bożym.
I tam jest parę takich scen, gdzie wykupuje jakiegoś baranka, którego wieśniak ciągnie na targ, bo chce, żeby ten baranek stracił życie. I ocalenie tego baranka się kojarzy z ocaleniem właśnie baranka Bożego, Pana Jezusa.
Ciekawi mnie czy franciszkanie w Krakowie mają zwierzątka? Może chociaż pieseczka, albo kurki.
Franciszek, wprawdzie nie w tej ostatniej regule, zakazywał braciom trzymania zwierząt.
Ale dlaczego?
Właśnie z troski o te zwierzęta. To jest realizm Franciszka. Dlatego, że bracia wtedy jeszcze bardziej prowadzili wędrowny tryb życia, a zwierzętami trzeba się zajmować. Zwierzę też się przywiązuje do człowieka. A jak nagle taki brat wyjeżdża na misję, to co z tym zwierzęciem?
Może go zabrać ze sobą.
Musimy być realistami. To pokazuje, że nie można się bawić zwierzętami, że zwierzę też trzeba traktować z uwagą.
Św. Franciszek jest nieodłącznie kojarzony z Asyżem. Jakie wrażenie wywarł Asyż na ojcu?
Ja kilka razy w roku jestem w Asyżu, więc trudno mi mówić o wrażeniu.
Mam na myśli to pierwsze wrażenie.
Asyż oczywiście, samo miasto tak architektonicznie jest ciekawe. Ma swój niepowtarzalny klimat. Ale dla mnie Asyż to przede wszystkim grób Świętego Franciszka.
Jakie zanosi ojciec intencje do św. Franciszka?
Bardzo różne, czy to są osobiste, czy czasami ktoś ze znajomych z rodziny, z przyjaciół prosi, więc zanosimy te intencje. Oczywiście osobiście zawsze pamiętam o najbliższych, o mojej wspólnocie zakonnej, czy też o sprawach, które jakoś w ostatnim czasie się dzieją.
Jakby nie było, święty Franciszek jest też utożsamiany z szopką. Proszę powiedzieć, jaka szopka bożonarodzeniowa na ojcu zrobiła największe wrażenie?
Oczywiście szopki krakowskie są ciekawe, intrygujące, neapolitańskie, również, choć są zupełnie inne. Na mnie wciąż robi wrażenie właśnie ta pierwsza żywa szopka w Greccio. To miasteczko jest ciekawe i ten klasztor, taki wiszący na skalnym zboczu. Całe to wydarzenie z 1223 roku, kiedy świętowali tam Boże Narodzenie. Franciszek chciał naocznie się przekonać o tym, w jaki sposób Zbawiciel świata przyszedł na ziemię i chciał też to pokazać innym, żeby inni naocznie się przekonali. I co jest niezwykle ważne, co było istotą tego świętowania. To nie chodziło o taką żywą szopkę w sensie inscenizacji. De facto chodziło o mszę świętą odprawioną w grocie w towarzystwie zwierząt, wołu i osła. I to jest niezwykłe.
Czyli Franciszkowi zależało na tym właśnie, żeby urealnić narodziny Jezusa w Betlejem, a jednocześnie też właśnie podkreślić, że Bóg przychodzi jako człowiek, do całego swojego stworzenia, przychodzi na ziemię do wszystkich. To dla mnie jest jest poruszające. I właśnie ten związek Bożego Narodzenia z mszą świętą, z eucharystią, kiedy Bóg stał się człowiekiem, właśnie co się dokonało. Niewidzialny Bóg stał się widzialny. I to samo dzieje się we Eucharystii, ten sam niewidzialny Bóg, staje się widzialny tym razem pod postacią chleba. I to Franciszek odkrywa, to jest takie bardzo jego.
Czy w regule franciszkańskiej jest coś takiego, co trudno odnieść do innych reguł zakonnych. Czy jest coś takiego charakterystycznego tylko i wyłącznie dla was, dla franciszkanów?
Jeżeli chodzi o regułę, to reguła została napisana przez Franciszka, więc tam zawarte są jego zamiary i intencje. To co jest specyficzne, co nas odróżnia, nie wiem, chociażby od zakonów mniejszych i reguł mniejszych, chociażby benedyktynów. U nas jest nie tylko ślub ubóstwa takiego osobistego, ale też wspólnotowego. Wiadomo, że dzisiaj to trochę inaczej wygląda, bo klasztory są naszą własnością, chociaż na początku nie były. Dzisiaj chociażby względy już takiej z natury czysto prawnej, funkcjonujemy w jakimś świecie, w którym też funkcjonuje prawo, które my mamy respektować.
Co jest takie specyficzne?
W ogóle nomenklatura nazwy. My nie mamy opata, nie mamy przeora. My mamy ministra prowincjonalnego, mamy gwardiana. Przeor pochodzi od prior, pierwszy. Natomiast guardian pochodzi od guardianus, czyli stróż, ten, który patrzy, dogląda, strzeże. To jest rzeczywiście wyraźna różnica. Franciszkowi zależało na tym, żeby już samo nazewnictwo nie tworzyło nawet wrażenia, że jest jakaś forma, kastowości, że przełożony to jest ktoś ważniejszy. Nie. Franczyk podkreślał, że przełożony jest sługą braci. Stąd też nie przejął nazewnictwa funkcjonującego już w życiu zakonnym, ale stworzył zupełnie swoje nazewnictwo.
Ojciec jest poetą. Właśnie, czy poetą się bywa, czy poetą się jest?
Ja nie zgadzam się ze Stachurą. Ja uważam, że poetą się jest.
Co ojciec napisał ostatnimi czasy?
Ja się wychowałem na Andrzeju Bursie. On dla mnie był jakimś takim, można by powiedzieć, mistrzem. Lubiłem czytać i pewnie jakby ktoś tak popatrzył, to znalazłby może też coś wspólnego. Codziennie nie piszę, ale 1 października była premiera „Oratorium Święty Franciszek. Światłe oczy serca”. Muzykę skomponował Piotr Bałka, a ja napisałem libretto. Wystawiono w Krakowie w Bazylice Świętego Franciszka. Sam chór to około 60 osób i orkiestra.
Tekst jest o Franciszku, ale nie tak chronologicznie. To nie miało być dzieło takie biograficzne, tylko chodziło o to, żeby pokazać wrażliwość Franciszka, to co dla niego było ważne. Nawet się ucieszyłem, bo koś skomentował po tym wydarzeniu: "Wiesz tam, praktycznie Franciszek zniknął". Ja się trochę przeraziłem, jak to zniknął. Zniknął w tych odmętach tekstu, bo tam był przede wszystkim Bóg.
Czy ojciec przypomina sobie pierwszy wiersz własnego autorstwa?
Pamiętam, było to w 8 klasie, kiedy to się omawia Jana Kochanowskiego. Mieliśmy za zadanie napisać, jedną fraszkę, czy może trzy fraszki. Pamiętam, że zapisałem wtedy cały zeszyt 16-kartkowy fraszek. Tak mi się zadanie spodobało.
Bardzo dziękuję za rozmowę. Ela Bigas
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze