Wielki związkowy zryw, który w ubiegłym tygodniu przetoczył się przez Warszawę, zostawił po sobie echa głośnych haseł. Na transparentach i w megafonach królował jeden główny winowajca: Zielony Ład do spółki z Unią Europejską. Obserwując to z boku, zastanawiam się, jak łatwo w dzisiejszych czasach wywrócić stolik, posługując się chwytliwymi, choć mocno uproszczonymi sloganami.
Tłumy krzyczą, że za wysokie rachunki za prąd odpowiada wyłącznie unijna polityka klimatyczna. Owszem, trzeba przyznać, że instrumenty, takie jak handel uprawnieniami do emisji (ETS) budzą kontrowersje, mają swoje wady i prawdopodobnie czekają je modyfikacje. No, ale czy naprawdę możemy oceniać tak złożone, makroekonomiczne procesy w sposób aż tak wybiórczy?
Spójrzmy na Śląsk i szerokie konsekwencje Zielonego Ładu. To znacznie więcej niż tylko koszty ETS. Nasz kraj i sam region przechodzą cywilizacyjną zmianę. Zastanawiam się czasem, ilu z tych gardłujących na wiecach polityków czy górników ma na własnym dachu panele fotowoltaiczne albo ogrzewa dom pompą ciepła? Ilu z nas na co dzień korzysta z unijnych środków? Właśnie teraz płynie do nas – być może już ostatnia tak potężna – transza pieniędzy, która ma pomóc przetransformować stary model, oparty na przemyśle ciężkim w region nowych technologii. To dzieje się na naszych oczach. Nawet fabryka samochodów elektrycznych, która ma powstać w Jaworznie, to pokłosie tych zmian, finansowane przecież z Krajowego Planu Odbudowy. To system naczyń połączonych. Dziwi mnie więc ta swoista hipokryzja: unijne miliardy na modernizację naszej gospodarki jakoś nie śmierdzą, ale z transparentów bije przekaz, że ta sama Unia to dla nas wcielone zło.
Czy to tylko nasza narodowa tradycja, by podsycać antyunijne nastroje wyłącznie na polityczne potrzeby? Czy naprawdę jest w Polsce ktoś, komu z powodu unijnej integracji żyje się gorzej i kto z nostalgią tęskni za statusem europejskiego zaścianka?
Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem bezkrytycznym fanem każdego unijnego rozporządzenia. Niektóre rozwiązania są u nas trudniejsze do przełknięcia niż na zachodzie Europy. Jednak do tej pory potrafiliśmy zachować w ich wdrażaniu zdrowy rozsądek, dzięki czemu największych błędów naszych zachodnich sąsiadów udało nam się uniknąć.
Tym bardziej niezrozumiałe jest dla mnie to skrajne negowanie całej polityki klimatycznej. Zwłaszcza dziś, gdy mądra transformacja nie polega na ślepym zamykaniu zakładów, ale na racjonalnym przebranżowieniu najtrudniejszych sektorów gospodarki. Patrząc na energetykę i górnictwo, wszyscy wiemy jedno: przez kolejne 20 lat musimy bilansować nasz system energetyczny węglem, aż do momentu uruchomienia elektrowni jądrowych. Nasze kopalnie i elektrownie są przygotowywane do tego, by w tym okresie przejściowym dostarczać paliwo w sposób nowoczesny i efektywny.
Wsłuchując się w okrzyki z warszawskich ulic, łapię się na tym, że na koniec dnia sam nie wiem, czego właściwie chcą protestujący. Nie słyszę żadnych konstruktywnych propozycji. Czy te protesty to tylko wyraz niechęci do konkretnych ludzi w rządzie kierujących zmianami? Czy istnieje w ogóle jakakolwiek realna alternatywa dla tej transformacji, czy to tylko tupanie nogą i klasyczne „nie, bo nie”?
Krzyczeć i sprzeciwiać się jest niezwykle łatwo. Znacznie trudniej położyć na stole lepsze rozwiązania, nie zapominając o jednym, brutalnym fakcie: polityki klimatycznej nie da się oddzielić od globalnych przemian technologicznych i gospodarczych. A te zmiany, czy tego chcemy, czy nie, po prostu nas nie ominą.
Franciszek Matysik
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze