Reklama

Oczywista Nieoczywistość – Zofie…

Całkiem niedawno obchodziliśmy imieniny Zofii. To jedno z najbardziej popularnych imion żeńskich w Polsce. Podobnie jak imieniny tychże. Okoliczność ta wygenerowała jednocześnie przypływ kilku krótkich historii, związanych z Zofiami właśnie. Nie miałem okazji Zofii poznać zbyt wielu, ograniczę się wszak do trzech, trzech, które zapamiętałem najlepiej.

Kiedy byłem małym dzieckiem, chodziłem do długoszyńskiego przedszkola. Mieściło się ono wówczas w budynku starej szkoły, wzniesionym jeszcze przed wojną. Obecnie funkcjonuje tam przychodnia. Do przedszkola poszedłem w wieku trzech lat. I chociaż miałem na początku pewne problemy z adaptacją, to jednak dość szybko placówka stała się dla mnie w pewnym sensie drugim domem. Spędzałem tam bowiem czas od rana, były to okolice godziny siódmej, a odbierany byłem zazwyczaj po piętnastej przez mamę, która właśnie wtedy wracała z pracy. Trochę dziwiło mnie to, że nie jestem odbierany wcześniej, przez dziadków, z którymi mieszkaliśmy wówczas. Bardzo lubiłem spędzać u nich czas. Dziadek jednak jeszcze wówczas pracował, a babcia, niemal od rana do wieczora spędzała czas przy maszynie. Była bowiem wziętą krawcową. Wracałem więc dość późno, ale na szczęście nie pomstowałem. Między innymi dlatego, że panie, które tam pracowały były bardzo fajne. Szczególnie panie pracujące w kuchni czy jako pomoc.

Z wielkim rozrzewnieniem wspominam np. panią Gujową (niestety nie pamiętam imienia). Była mamą jednej z moich klasowych koleżanek z późniejszej podstawówki. W przedszkolu pracowała w kuchni. Bardzo często przychodziła na salę, rozmawiała z nami uśmiechnięta, głaskała po głowach. Szczególnie troszczyła się o to, byśmy wszyscy byli pojedzeni i w związku z tym szczęśliwi. Niejednokrotnie podchodziła też do mnie i mówiła: „Jaruś, siadaj w tym konkretnym miejscu, tutaj zupy nalane jest najwięcej”. Wiedziała bowiem, że na brak mojego apetytu nie narzekał nikt. A i ja byłem szczęśliwy, czując się w ten sposób wyróżniony, ale i najedzony. Jednocześnie doskonale pamiętam panią Zosię; szczupłą, wysoką panią, osobę niezwykle ciepłą i dobrą. Wielokrotnie, gdy pojawiała się na sali podchodziłem do niej i przytulałem ją mocno, jako jedną ze swoich ulubionych pań. Zarówno na jedną jak i na drugą mówiliśmy „ciocia”. Zawsze troszczyła się o nas, była ciepła, spokojna, uśmiechnięta. Roztaczała wokół siebie aurę spokoju i cierpliwości. I chociaż od czasów przedszkolnych minęło już bardzo wiele czasu, to obydwie panie wspominam niezwykle ciepło, z wielkim sentymentem, a nawet tęsknotą. Żałuję, że czasy te minęły bezpowrotnie. Jednocześnie wiem, że ich praca była żmudna i ciężka. My jako dzieci nie zwracaliśmy na to uwagi. Widzę to jednak dziś, widząc jak trudna jest praca ludzi zatrudnionych w przedszkolach, bez względu na to, czy jest się nauczycielem, pomocą, czy kucharką. Pamiętam też męża owej pani Zosi. Był także wysoki i szczupły, powiedziałbym, że chudy. Zapamiętałem go głównie jako członka długoszyńskiej OSP.

Reklama

Były jeszcze dwie Zosie. Co ciekawe, obydwie mieszkały na mojej ulicy, ulicy mojego dzieciństwa. Mowa tutaj o ulicy Srebrnik, na której spędziłem pierwsze lata mojego życia. Mowa tutaj między innymi o pani Zosi Kolkowej. Mieszkała w niewielkim parterowym domu nieopodal. Była niską, sympatyczną kobietą, znana była jako doskonała kucharka. Pamiętam, że gotowała po weselach. Piekła też przepyszne torty. Z tego co pamiętam, piekła tort na moją pierwszą komunię. Pani Zosi już dawno niestety nie ma. Stary dom został sprzedany, a nowy, zajmujący znaczną część posesji zamieszkały jest teraz bodaj przez jedną osobę, panią Józię, córkę pani Zosi. Pamiętam też, że tata owej pani Zosi zginął w Szczakowej podczas wojny. Powieszony został w ramach jednej z ówczesnych egzekucji kolejarzy. Pani Zosia widziała śmierć taty na własne oczy.

Została jeszcze jedna Zosia, pani Zosia. Tak naprawdę miała ponoć na imię Eleonora. Nazywała się Gaweł. Z domu Balner. Z wielkim sentymentem wspominam jej mamę, na którą wszyscy wokół mówili „Babcia”. Babcia Balnerowa. Natomiast jej córka, owa Zosia… No cóż, chyba wdała się w mamę. Była zawsze spokojna, dobra i cierpliwa. Budziła zaufanie, była osobą opiekuńczą i cierpliwą. Nie pamiętam, by kiedykolwiek podniosła głos. Często bywała u mojej babci lub mamy. U babci przyuczała się krawieckiego fachu. Moja mama była chrzestną córki pani Zosi, pani Reni. Dawniej chrzestnymi niejednokrotnie zostawało się po sąsiedzku. Jeżeli kiedykolwiek słyszałem w życiu imię Zosia, czy tym bardziej pani Zosia, zawsze miałem przed oczami właśnie ją, tak jakby Zosia była jedną, jedyną na świecie, jakby na świecie nie było żadnej innej Zofii. I co ciekawe, nie była to pani Zofia, lecz pani Zosia. Ludzie niejednokrotnie zwracali się do siebie po imieniu, ale w formie zdrobnienia. Moja babcia z Długoszyna była np. panią Stasią, a mama mojego taty przez wszystkich określana była nie jako Katarzyna, lecz Kasia. Zdecydowanie ocieplało to ten czy tamten wizerunek, chociaż akurat w tych konkretnych przypadkach było to zupełnie zbędne.

Reklama

Wspomniana pani Zosia mieszkała w domu naprzeciwko. Dom był parterowy, pokryty szklanym tłuczniem. Wtedy było to modne. Dziś jest raczej nie do pomyślenia. Pamiętam, że kiedy tynkowano ten dom, na środku podwórka była duża kupa owego tłucznia. Wśród niego moją uwagę przykuł dziubek od jasnobrązowego czajniczka. Pamiętam swoje rozczarowanie, kiedy nie mogłem wśród kupy szkła znaleźć resztki naczynia. Pamiętam też, że pani Zosia była osobą bardzo pracowitą. Dziadek i babcia wspominali wielokrotnie, że pomagała im w czasie tynkowania ich domu, własnoręcznie mieszając (łopatą) zaprawę murarska. Wiem też, że bardzo dobrze gotowała. Tak jak pani Kolkowa gotowała „po weselach”. Wielokrotnie bywałem u niej w kuchni. Spędzałem tam sporo czasu. Zarówno babcia Balnerowa jak i pani Zosia były swego rodzaju opiekunkami. Za każdym razem, kiedy rodzice czy dziadkowie w tej czy tamtej okoliczności nie mieli mnie z kim zostawić, zaprowadzali właśnie naprzeciw. Pamiętam ciepło tamtego domu. Jak dziś widzę wiszący w kuchni zegar z kukułką. Wielką atrakcją była dla mnie każda chwila, kiedy kukułka wysuwała się ze swego zakamarka i robiła to swoje „kuku, kuku…”. Fascynował mnie także sposób nakręcania zegarka; nie za pomocą kluczyka, ale specjalnych łańcuszków, zakończonych obciążnikami w kształcie szyszek.

Kiedy już zamieszkałem poza Długoszynem, widywałem panią Zosię sporadycznie. Wiem, że podobnie jak wspomniana już pani Kolkowa, gotowała po weselach, dorabiając sobie w ten sposób. Ostatni raz widziałem ją w Ciężkowicach, kiedy zmierzała właśnie do jednego z lokali, przygotowywać jadło do któregoś z wesel właśnie. A potem usłyszałem, że ciężko zachorowała i po jakimś czasie zmarła. Od znajomej, już w zupełnie innych okolicznościach dowiedziałem się, że popadła nawet w swego rodzaju depresję. Potargała wówczas wszystkie zdjęcia, które posiadała w swych zbiorach. Były to czasy, kiedy zbierałem materiały do albumu o Długoszynie. Nie mogłem odżałować tego faktu. Nie mogłem też zrozumieć, dlaczego między innymi w ten sposób chciała się poniekąd odciąć od tego, co było kiedyś, jakby czekając jednocześnie na to, co ma nadejść. Na śmierć. Było mi bardzo przykro. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że chociaż przepadły być może w ten sposób wszystkie jej rodzinne zdjęcia, to pamięć o niej jest wciąż żywa i prawdziwa. Skoro nie ma całej reszty, to musi wystarczyć. Niestety.

Reklama

Jarosław Sawiak

Miejsce zdarzenia mapa Jaworzno
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 30/05/2026 10:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo jaw.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości