Czwartego kwietnia ksiądz Stanisław Janicki będzie obchodził 55-lecie kapłaństwa. To dobry moment na spojrzenie wstecz: na dawne Jaworzno, zmieniające się parafie, pielgrzymki, pracę duszpasterską i ludzi, których spotykał przez ponad pół wieku swojej posługi. W rozmowie wracał do swoich początków, wspominał budowanie wspólnoty na Borach i mówił o tym, czym dziś powinien być dla wiernych czas Wielkanocy.
Artykuł nie jest spisaniem całej rozmowy. Zachęcamy do odsłuchania nagrania wideo.
Jednym z najważniejszych zdań, jakie towarzyszą mu od początku kapłańskiej drogi, są słowa zapisane na obrazku prymicyjnym: „W każdym człowieku trzeba najpierw widzieć to, co dobre”. Jak przyznaje, po tylu latach ten zapis wcale nie stracił aktualności.
- Zadanie jest i łatwe, i trudne. Łatwe, jeżeli bierzemy pod uwagę nasze chrześcijańskie związanie i powołanie. Trudne zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy świat stał się nieprzyjazny człowiekowi i straciło się poczucie wspólnoty - mówi ksiądz Stanisław Janicki. - Najpierw rzuca się nam w oczy to, co zewnętrzne. A to, co najważniejsze, jest w środku. Najgłębiej w człowieku jest ta sfera sumienia i wnętrza, którą jest intymność. Miejsce, w którym człowiek jest sam ze sobą i z Panem Bogiem - mówi.
Kapłan przyznaje, że gdy przed laty trafił do Jaworzna, miasto miało wśród księży opinię miejsca trudnego. Decydował o tym zarówno charakter przemysłowy miasta, jak i realia tamtego czasu.
- Jaworzno nie cieszyło się jakąś dobrą opinią, bo to było trudne środowisko. Zagonione, zapracowane, a do tego silne było propagowanie tej ideologii, że partia z narodem i naród z partią - wspomina. - Ludzie patrzyli przede wszystkim na przemysł i pracę.
Dziś, jak mówi, zmiana jest ogromna. Dotyczy nie tylko samego miasta, ale też religijności mieszkańców. Kiedyś kościoły były pełniejsze, a tradycje przekazywane z pokolenia na pokolenie były czymś naturalnym. Dziś frekwencja jest znacznie mniejsza, ale ci, którzy przychodzą, często robią to bardziej świadomie.
- Lud był prosty, bardzo kościelny. Tradycja religijna była mocna. Pilnowano pielgrzymek, zwyczajów, nabożeństw. Teraz tego jest dużo mniej, a ilość wiernych niesamowicie się pomniejszyła - mówi duchowny.
W jego wspomnieniach są też obrazy z pierwszych lat kapłaństwa. Na Żywiecczyźnie odprawiał msze w kościele, gdzie przy ogromnych mrozach temperatura wewnątrz spadała poniżej zera.
- Czasami się śmieję, że 55 lat temu przeżywałem taką sytuację w kościołach parafialnych, jak teraz w jaworznickich kościołach; takie zimno w zimę. Wtedy w parafii na Żywiecczyźnie było minus 28 na zewnątrz, a w kościele minus 10. Od października do końca kwietnia trzeba było siedzieć w kościele w kożuchu - wspomina. - Dlatego teraz nie dziwi mnie, że ludzie narzekają na chłód, choć z drugiej strony nie może być przesady - dodaje.
Sporą część swojej pracy ksiądz Janicki związał z Jaworznem i z tworzeniem życia religijnego. Religia odbywała się w punktach katechetycznych. Dzieci gromadziły się w organistówce (to ten budynek obok kościoła w centrum, którego okna są zabite deskami), a także na Borach.
Ważnym etapem były początki pracy na Borach. To właśnie tam, z prostych inicjatyw i codziennej obecności, rodziła się wspólnota, która z czasem zaczęła myśleć o własnym miejscu modlitwy.
- Pani Janina Kuglerowa zaproponowała, żeby raz w tygodniu przywozić wszystko, co potrzebne do odprawienia mszy świętej dla starszych i chorych. - I od tego wszystko się zaczęło - wspomina ksiądz Janicki. - Nie mieliśmy wielkich dotacji znikąd. Ta miejscowa ludność była niesamowicie oddana sprawie - mówi. - Powiedzieli: „Tyle, ile nas będzie stać, tyle będziemy budować”. Ja odpowiadałem, że liczę na miłosierdzie Boże i na miłosierdzie ludzkie, które zwie się ofiarnością. I tak to powoli powstawało. Przez 28 lat był proboszczem parafii na Borach. Dziś, gdy wiele rzeczy przychodzi łatwiej, ksiądz Janicki zauważa, że równocześnie trudniej o taką samą determinację i gotowość do wspólnego działania.
Jednym z ważnych wątków rozmowy była także pielgrzymka. Ksiądz Janicki doskonale pamięta pierwsze lata, kiedy miał przejąć rolę przewodnika, a było to blisko pół wieku temu. Nie było wtedy ani takich możliwości organizacyjnych jak dziś, ani łatwych zezwoleń.
Wspomina, że gdy przyjechał do Jaworzna w 1976 roku, tradycją było, że nowy wikariusz zostawał przewodnikiem pielgrzymki. Akurat jednak w tamtym czasie, po wydarzeniach w Radomiu, nie było zgody na jej organizację. Rok później, gdy zachorował inny ksiądz, który miał zostać jej przewodnikiem, padło pytanie, czy podejmie się tego zadania.
- „Może byś poszedł?” - usłyszałem. Grupa liczyła około 300 osób. Nie było nagłośnienia, nie było tych wszystkich udogodnień. Tradycja była i trzeba ją było kontynuować - opowiada. Jaworznicka piesza pielgrzymka, która wyrusza z naszego miasta we wrześniu idzie najpierw do Szczakowej, a tam wszyscy wsiadają do pociągu, aby dojechać do Myszkowa. To nawiązanie do czasów zaborów, gdy nie można było pieszo przekraczać granicy i wówczas pielgrzymi korzystali z przewozu kolejowego.
Pielgrzymowanie, jak podkreśla, od dawna było częścią jego życia. Jeszcze jako uczeń chodził pieszo do szkoły średniej i już wtedy codzienna droga stawała się pewnym doświadczeniem podobnym do pielgrzymki, tyle tylko, że wówczas do nauki, do szkoły. Dziś z sentymentem mówi o wrześniowej pielgrzymce, która ma swój wyjątkowy charakter i wciąż pozostaje ważnym elementem religijnego życia regionu. Zwraca uwagę, że dawniej wszystko wyglądało inaczej: warunki były trudniejsze, ale ludzie szli z zapałem. - Nie było tylu sklepów, udogodnień. Wszystko niosło się w plecaku, a starsze panie zakładały na siebie chusty i w nich niosły swoje rzeczy - wspomina.

Jubileusz 55-lecia kapłaństwa to także powrót do chwili święceń. Ksiądz Stanisław Janicki przypomina, że przyjął je 4 kwietnia z rąk ówczesnego kardynała Karola Wojtyły.
- To było 4 kwietnia, w Niedzielę Palmową - mówi. Dla niego było to tym bardziej wyjątkowe, że w rodzinnej miejscowości wcześniej nikt nie pamiętał, by wyświęcono tam kapłana. - Przecierałem szlaki - dodaje.
Choć formalnie ksiądz Janicki jest już na emeryturze, w praktyce wciąż pozostaje aktywny duszpastersko. Jak wyjaśnia, posługuje w sanktuarium na Osiedlu Stałym jako penitencjarz i nadal jest do dyspozycji wiernych.
- Kapłaństwo dalej jest - podkreśla. - Odprawiam msze, jestem w konfesjonale, czasem pojawia się potrzeba nabożeństwa czy pogrzebu - dodaje.
Wspomina nawet sytuację, która do dziś go zaskakuje, gdy podczas pogrzebu karawan został zatrzymany przez radiowóz niemal tuż przed cmentarzem. Jak przyznaje, przez całe życie kapłańskie nie spotkał się wcześniej z czymś podobnym.
W rozmowie nie zabrakło też refleksji o zbliżającej się Wielkanocy. To temat szczególnie ważny, bo jak mówi ksiądz Janicki, współczesny świat coraz częściej sprowadza święta do zakupów, dekoracji i zewnętrznych symboli, a coraz rzadziej zatrzymuje się przy ich istocie.
- Wielkanoc to centrum i źródło całego chrześcijaństwa. To punkt zwrotny w dziejach człowieka - podkreśla. – Bóg tak umiłował świat, że posłał na niego swego Syna. Boga, który staje się prawdziwym człowiekiem, aby pokazać jak przeżyć człowieczeństwo, żeby nie zostać na cmentarzu, tylko dostać się do nieba. Jezus nam to pokazuje jak to przeżywać. - Jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu, to u człowieka wszystko jest na pierwszym miejscu, ale i na właściwym miejscu - mówi. - Cmentarz nie jest świątynią, tylko miejscem oczekiwania na zmartwychwstanie.
Kapłan zwraca uwagę, że nawet język potrafi dziś pokazać, jak zmienia się podejście do świąt. Przywołuje sytuację, gdy usłyszał sformułowanie „ostatni raz byłem u spowiedzi na święta jajeczne”.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze