Zasada, że ktoś jest „znany z tego, że jest znany”, to od dekad najcelniejsza i zarazem najbardziej pragmatyczna definicja celebryty. W tym mechanizmie nie ma miejsca na moralne oburzenie – to po prostu chłodna, rynkowa statystyka. Zawsze było tak, że naszymi reprezentantami nie zostawali automatycznie ci najmądrzejsi, lecz ci, których twarze potrafimy rozpoznać i przypisać im pozytywne skojarzenia. Zmieniła się jedynie dystrybucja zasięgów. W epoce ograniczonej liczby kanałów informacyjnych przepustką do statusu bycia kimś ważnym była telewizja. Dziś nośników jest w bród, a cyfrowe wykluczenie – jak chłodno zauważają starsze pokolenia – równa się społecznemu nieistnieniu.
Jak to zjawisko wygląda z perspektywy architektury współczesnej sieci? Platformy internetowe, zarządzane w przeważającej mierze przez amerykańskich czy chińskich gigantów, nie są neutralnymi słupami ogłoszeniowymi. Podlegają bezlitosnym prawom koniunktury, manipulując zasięgami – raz pompując tlen dla jednej opcji, kiedy indziej dyskretnie go odcinając. To globalna gra interesów na styku korporacji technologicznych i instytucji regulacyjnych pokroju Komisji Europejskiej.
Liczby nie kłamią: budżety reklamowe w rekordowych miliardach płyną do konglomeratów takich jak Meta. Ten moloch jest już tak masywny, że nawet jeśli strukturalnie zacznie upadać, proces ten potrwa lata. To on jednak wkrótce zadecyduje o kształcie przekazu politycznego, a obrany kierunek wydaje się jasny: algorytmiczne wyciszanie lub całkowity zakaz twardej polityki w imię sterylnej rozrywki. Wielu dzisiejszych wirtuozów internetowego PR-u obudzi się wkrótce w zupełnie nowej, mroźnej rzeczywistości.
Polityka już dawno zaadaptowała narzędzia show-biznesu. Dobrym studium przypadku jest mobilizacja Pawła Silberta w przerwie między pierwszą a drugą turą wyborów – nagły wysyp pionowych form wideo z udziałem prezydenta przypominał strategię rasowego, internetowego twórcy. To algorytmiczne uniesienie minęło i urząd wrócił do swojej urzędniczej, mniej widowiskowej formy pracy.
Ten sam model, choć w skali mikro, z rosnącym upodobaniem powielają politycy szczebla lokalnego, nasi radni. Obserwacja miejskich wydarzeń dostarcza fascynującego, choć pozbawionego złudzeń materiału do analizy. Lokalni polityczni celebryci opanowali do perfekcji sztukę bywania. Pojawili się, uścisnęli dłonie, zrobili zdjęcie. Przeprowadzili „ważną rozmowę”, „odbyli ciekawe spotkanie”, uświetnili wydarzenie sportowe.
Co z tego wynika dla statystycznego mieszkańca? Najczęściej absolutnie nic.
Gdyby zestawić liczbę publikowanych w sieci relacji z liczbą merytorycznych wystąpień podczas sesji, bilans okazałby się dla wielu bezlitosny. Otrzymalibyśmy radnych, którzy merytorycznie zabrali głos dwa razy w ciągu roku, za to ich wizerunek zdobi każdą lokalną inicjatywę. Taka jest jednak waluta współczesnej polityki samorządowej – polityk nie musi być skuteczny, wystarczy, że uchodzi za „fajnego człowieka”.
Mamy tu również do czynienia z bywalcami tła – osobami, których rola jest niejasna, a jednak zawsze znajdują sposób, by wcisnąć się w kadr na głównym zdjęciu. Nie brakuje również lokalnych mistrzyń kamuflażu, umiejących na każdym kolejnym kadrze występować w barwach zupełnie innego politycznego ugrupowania, w zależności od aktualnego wektora korzyści.
Fakty wymagają jednak weryfikacji, a nie dystrybucji polubień. Przed kolejnymi sesjami potrzebne będzie przygotowanie chłodnego zestawienia tych najbardziej widocznych, a najmniej aktywnych lokalnych celebrytów. Wyborca ma prawo dysponować twardymi danymi, aby wiedzieć, za którym uśmiechem stoi realna merytoryka, a za którym wyłącznie sprawna obsługa aparatu w smartfonie.
Franciszek Matysik
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze