W ostatnim czasie, dzięki wyjątkowo w tym roku mroźnej zimie, niezwykłą popularnością cieszy się zamarznięta Motława w Gdańsku. Nie da się ukryć, że nieco odwykliśmy od zim, szczególnie tych śnieżnych jednak w tym roku aura zaskoczyła chyba nas wszystkich. I chociaż daleko jej jeszcze do zimy stulecia, jak chcieliby niektórzy, to wystarczyła, by skuć lodem niejedną przestrzeń.
Podobnie jest ze wspomnianą Motławą. Ludziska całymi rodzinami i grupkami spacerują po rzece, jeżdżą na łyżwach, tańczą i skaczą. Nie da się ukryć, że nawet wygląda to uroczo, gdyby nie jedna wszak kwestia, która pokazuje nam wszystkim, jak nierozsądni są ludzie. Nie przekonuje mnie bowiem gościu z wiertarką, który stara się udowodnić, że warstwa lodu jest bardzo gruba. Nie przekonują mnie uśmiechnięte tłumy turystów. Po prostu nie. Nigdy nie miałem zaufania do wody, nie miałem i nie mam. Zawsze czułem przed nią respekt. Przed lodem także. Nikt nie przekona mnie, że na każdym odcinku zamarzniętej rzeki warstwa zmarzliny jest jednakowo gruba. Nikt nie przekona mnie, że sunąca pod spodem woda nie drąży lodowego „monolitu”, przygotowując dla amatorów tego typu rozrywek śmiertelne zagrożenie. Sam za niedługo będę w Gdańsku, sam zapewne odwiedzę nabrzeża wspomnianej rzeki, ale za żadne skarby na lód nie wejdę, o ile jeszcze lód ten będzie. Nawet nie zacytuję mojego komentarza do sugestii małżonki, która delikatnie zasugerowała, że może byśmy w trakcie pobytu odbyli taki właśnie spacer. Dla mnie temat jest zamknięty. Nie skomentuję także postawy tych, którzy beztrosko po lodzie sobie stąpają. W końcu każdy jest kowalem swojego własnego losu. Co wykujemy to nasze. I niech tak pozostanie.
Jedynie oczami wyobraźni dotykam chwili jak razu pewnego, kiedy już odwilż zrobi wystarczająco dużo, wszystko to po prostu strzeli, pęknie i pójdzie w rozsypkę. Obyśmy tylko ofiar ludzkiej głupoty nie musieli liczyć co najmniej w dziesiątkach. Oby.
Na marginesie zresztą przypomina mi się pewne zdarzenie z dzieciństwa. Nie żeby spowodowało ono u mnie jakąś traumę czy uraz. Aż tak to nie. W pamięci jednak pozostało. Miałem wtedy kilka zaledwie lat. Chyba chodziłem jeszcze do przedszkola. Była wtedy bardzo ostra zima, mróz, lód i śnieg. Był to też okres ferii zimowych. Pod nieobecność pracujących rodziców, opiekowała się nami babcia. Nami, czyli mną, bratem i kuzynką. A że w nadmiarze wolnego czasu dzieciom się nudzi, to i wyobraźnia okazuje się niezwykle kreatywna. Były to oczywiście czasy, kiedy w domu siedziało się za karę, a na pole wychodziło poza nią. Tak na marginesie wydaje mi się, że dzisiaj jest jakby na odwrót. Mieliśmy jako dzieci określoną swobodę, w ramach której wychodziliśmy bawić się czy na podwórko, czy poza nie. I razu pewnego przekroczyliśmy niestety pewne granice. Wybraliśmy się bowiem z czeladką dzieciaków z okolicy na bagniste i podmokłe okolice Pasternika. Był to teren pomiędzy Długoszynem i Górą Piasku; teren podmokły, przecięty osią Koziego Brodu, bogaty w oczka wodne i stawy, wtedy jednak zamarznięte. A że mróz był trzaskający, to postanowiliśmy, że po oblodzonej powierzchni poślizgamy się beztrosko, jedni na łyżwach, drudzy bez. I wydawało się, że pomysł na zabawę jest przedni. Pomimo chłodu i mrozu przemierzyliśmy spory odcinek, by dotrzeć do celu. Wymknęliśmy się jednak zdecydowanie za daleko. Podczas gdy my bawiliśmy się w najlepsze, babcia zorientowała się po jakimś czasie, że nas nie ma.
Nie było nas na podwórku, nie było nas w okolicy. Babcia zaczęła szukać. I wtedy dowiedziała się od sąsiadów, że banda dzieciaków poszła w rejon stawów. I wtedy się zaczęło. Babcia wpadła w szał. Narzuciła sweter oraz chustę na głowę, przybiegła nad stawy i krzycząc wniebogłosy, zatargała nas do domu. Przez cały powrót do domu darła się na nas na cały regulator, komentując głośno naszą „głupotę” przed każdym napotkanym. Większości dzieciaków też się oberwało. Tylko niektórzy nie dostali rykoszetem, albo bowiem ich rodzice się o tym nie dowiedzieli, albo nie przejęli. U nas było jednak inaczej. Cali zmarznięci i przerażeni wróciliśmy do domów, jak trusie oczekując, jak rodzice wrócą z pracy i dowiedzą się o wszystkim. Summa summarum oberwaliśmy od babci, dziadka i oczywiście rodziców. Najbardziej dostało się jednak bratu, który jako najstarszy zabrał nas ze sobą, narażając na niebezpieczeństwo. Awantura była karczemna, a kary surowe. Atmosfera natomiast jak w rzeźni.
Dla mnie chyba jednak największą karą nie było to, co działo się po południu w domu, ale sam powrót do domu. Babcia wrzeszcząc na nas, prowadziła nas przez zamarznięte mokradła, śnieg sypał w oczy, a mróz kąsał. Pamiętam do dziś pękający pod stopami lód, przypominający duże, suche strupy. Wrażenie było bardzo nieprzyjemne. Zmieszane z krzykami i lamentem babci, która co chwilę przywoływała „imię Pańskie” zdecydowanie nie nadaremnie, kłuło przerażeniem i bezsilnością. Jedyna myśl, która kłębiła się w głowie to ta, która szeptała do ucha o tym, byle tylko stąd wyjść, wydostać się i dotrzeć do domu. Potem „niech się dzieje co chce”. Kiedy wyszliśmy poza podmokły teren, przemierzając dzisiejszą ulicę Stokrotki, wtedy jeszcze zupełnie niezabudowaną, poczułem wszechogarniającą ulgę. Cała reszta, która nastąpić miała później, nie miała wówczas znaczenia. Przemoczone wełniane rękawiczki, które zaczęły marznąć, przemoczone buty i skarpety, pot strachu spływający po plecach, wszystko to stanowiło osobliwą mieszankę, która stała się pokłosiem i przedniej zabawy i najzwyklejszej dziecięcej głupoty. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Nikomu krzywda się nie stała. Ale w okolice owych stawów nie zapuściliśmy się już chyba nigdy, przynajmniej jako dzieci.
Z czasem stawy osuszono, podmokły teren wysechł także, Kozi Bród uregulowano. Teren zmienił się bardzo wyraźnie. Z czasem ludzie zaczęli tam budować domy, zmieniając okolicę nie do poznania. Pamięć owego niefrasobliwego zdarzenia jednak pozostała, stanowiąc swego rodzaju nauczkę na przyszłość. I czasem sobie myślę, wracając myślami do kawałków mniej czy bardziej odległej przeszłości, że jeśli moje dziecko robiło lub zrobi podobne choćby rzeczy, to chyba wolałbym o tym nie wiedzieć. W innym przypadku zawał będzie murowany. A chociaż dzieciaka niebawem nad Motławę zabiorę na pewno, to jednak stopy na niej nie postawimy, choćby walił się cały świat, lód prężył muskuły, a zidiociały świat pękał ze śmiechu.
Jarosław Sawiak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze