Zazwyczaj pierwsze dni maja budzą pozytywne skojarzenia i to jak najbardziej słusznie. U mnie w rodzinie jednak rodzą także nie do końca pozytywne wspomnienia. Dlaczego?
Maj zawsze kojarzył mi się pozytywnie. Rodził wspomnienia związane ze słońcem, ładną pogodą, kwitnącymi bzami. Nawet niegdysiejsze pochody pierwszomajowe budziły raczej pozytywne uczucia. Ale na pewnym etapie nastąpiły wydarzenia, które nieco zaczerniły ów wyidealizowany przeze mnie obraz.
Wspominałem ostatnio o tym, jak ostatnie dni kwietnia budziły we mnie niegdyś szczególne ukłucie w boku, co powiązane było ze śmiercią ojca mojego taty. Miało to miejsce w 1984 roku. Wydawać by się mogło więc, że przykrych wspomnień z pełni wiosny powinno wystarczyć. Okazało się jednak, że nie. Otóż dwa lata później – ale w maju – umarł mój wujek Edmund Zieliński, brat mojej babci, pani Dziadkowej. Zmarł on w czwartek ósmego maja. Wujek nigdy się nie szanował, nadużywał alkoholu, żył byle jak, chociaż wśród otoczenia uchodził za dobrego człowieka. Takim zresztą, jako dziecko, go zapamiętałem.
Trzeba więc było pochować wujka. Pogrzeb zaplanowano na trzynastego maja. Wujka miano pochować w dużym grobowcu, w którym spoczywał już syn babci, wujek Marek. Dziadek nie był tym faktem zbyt zachwycony. To, że nie cierpieli się z wujkiem to nic nie powiedzieć. Babcia zdecydowała jednak, że nie będzie przygotowywać kolejnego grobu i Edmund pochowany zostanie w tym gotowym. Oczywiście chodziło o cmentarz w Szczakowej. Babcia stwierdziła też, że dziadek po śmierci nie musi leżeć w jednej przegrodzie wraz z Edmundem, że może leżeć z nim ona, a dziadek wraz ze swoim synem. Grób był rzeczywiście duży. Podzielony na dwie części, w każdej z nich mogły spocząć dwie osoby. I tak też się stało. Pogrzeb odbył się więc trzynastego maja. Ale towarzyszyły mu spore zawirowania. Najpierw firma pogrzebowa, a dokładnie karawan z trumną, nie mógł znaleźć na Długoszynie kościoła. Pracownicy firmy pogrzebowej byli przekonani, że jedynym kościołem w dzielnicy była stara kaplica. Nie wiedzieli o budowanym, tym nowym.
Karawan więc krążył po okolicy, by trafić na miejsce z kilkunastominutowym opóźnieniem. A jak już przyjechał, to okazało się, że na trumnie nie ma kwiatów. Babcia na ten widok wybuchła płaczem. Stwierdziła, że to prawdziwy pech. Nie dość, że wujek umarł w jej imieniny, to jeszcze pogrzeb wypadł trzynastego i pewnie stąd ten pech. Nie wiem dlaczego, ale słowa te jakoś mocno zapadły mi w pamięci. Pamiętam, jak tata pojechał w trakcie mszy do zakładu i sam przywiózł bukiet, który osobiście położył na trumnie. Nagromadziło się więc tych niemiłych, pechowych trochę detali w owym dniu. Nie wiedziałem do końca czy babcia bardziej ubolewa nad śmiercią Edmunda, czy nad owymi niefortunnymi wydarzeniami. Babcia w przyszłości niejednokrotnie wspominała o tym, że to prawdziwy pech stracić brata w imieniny i jeszcze chować go trzynastego. A ów trzynasty do najtrafniejszych i najbardziej udanych nie należał. Tak jakby jedno ciągnęło drugie. Odrobinę pecha uszczknąłem dla siebie i ja. Idąc pomiędzy grobami, w momencie, gdy trumnę z ciałem wujka sadowiono na grobie, zahaczyłem nogą o łopatę, zapewne grabarską łopatę. Narobiłem wówczas hałasu co niemiara, przyciągając tym samym uwagę chyba wszystkich żałobników.
Zapewne babcia jednak nie podejrzewała w najgorszych przypuszczeniach, że to nie koniec majowego pecha. Tak jakby ktoś chciał utwierdzić ją w tym, co sama niegdyś wyartykułowała. Czternaście lat później bowiem, piątego maja, umarł mój dziadek a jej mąż, dziadek Tadek. Pochowano go natomiast dokładnie w imieniny babci, rzecz jasna ósmego maja. Babcia nie drążyła już tematu jakiegokolwiek pecha, ale gdzieś wewnątrz zapewne owa myśl nie dawała jej spokoju. Dziadek co prawda chorował i jego odejście nie było wielkim zaskoczeniem, ale śmierć to śmierć, wstrząsnęła nią niewątpliwie. Ów początek pięknego maja nie należał więc do zbyt fortunnych. Zarówno gdy umierał i chowany był wujek czy dziadek pogoda w te dni była przepiękna. A jednak owa rysa zrobiła krecią robotę, przysłaniając cudowny błękit nieba szkarłatem śmierci. Dziadka, tak jak ustalono wcześniej, złożona na jego synu, wujku Marku. Babcia zdeklarowała po raz kolejny, że może spocząć na bracie. I tak się rzeczywiście stało, ale wiele, wiele lat później, kiedy w wieku dziewięćdziesięciu ponad lat, w pewne grudniowe popołudnie, ponad dwie dekady później odeszła i ona, dołączając do swojego syna, brata i męża.
Jarosław Sawiak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze