Reklama

Oczywista Nieoczywistość – Spływ

Dziecięca wyobraźnia nie zna granic. Któż z nas nie marzył o wielkich wyprawach czy zamorskich podróżach pełnych przygód? A że możliwości na ich realizację były dość ograniczone, to trzeba było sobie radzić tak, jak na to pozwalały warunki i okoliczności. Zresztą wszelkie ograniczenia nie były barierą nie do przebycia. Liczył się cel sam w sobie. Nawet jeśli mrzonki o jego realizacji pozostawały mrzonkami na zawsze.

W dzieciństwie była nas spora paczka. Licząca w zależności od natężenia od kilku do kilkunastu osób. Bez wytchnienia eksplorowaliśmy nasz rodzinny Długoszyn, zarówno zimą, jak i latem. Ta druga pora dawała jednak większe pole do popisu. Krążyliśmy więc po różnych lokalnych zakamarkach, od lasów, pagórków, krętych uliczek, starych opuszczonych domach, aż po brzegi Koziego Brodu czy Białej Przemszy. Jak sobie zresztą pomyślę o tym, jakie rzeczy robiliśmy w dzieciństwie, jak pomyślą również, że na tym samym mógłbym przyłapać własne dziecko, to aż przechodzą mnie ciarki. Czasami nie mogę wprost wyjść ze zdumienia, że w ramach przeróżnych wybryków i „przygód” przeszedłem przez nie cały i zdrowy. I żywy. Dzięki Bogu.

Niejednokrotnie w centrum naszego zainteresowania były pobliskie rzeki i bajora. Przede wszystkim zaś Biała Przemsza. Zawsze budziła we mnie nieokreślony lęk i niepokój. A jednak nie stała na przeszkodzie w sposób zasadniczy, by puszczać w jej ramach wodzę naszej wyobraźni. Z jednej strony budziła we mnie niepokój swoją głębią i wirami, raz to ciemnymi raz to szarymi, innym razem natomiast, tam, gdzie sunęła jako rozlana płycizna, wydawała się górskim, przyjaznym potokiem. Niejednokrotnie dało się przejść na jej drugi brzeg bądź na którąś z wysp niemal suchą stopą.

Reklama

Razu pewnego podjęliśmy decyzję o zorganizowaniu wielkiej, zamorskiej wyprawy. W głowie roiliśmy sobie budowę dużej łodzi, niemalże statku, który sunąć będzie na wodach Przemszy, Wisły, a potem Bałtyku. Z ambitnych planów zostało jednak niewiele. Tym co udało nam się bowiem wznieść była… tratwa. Nad brzegiem rzeki, niedaleko od miejsca, gdzie wpada doń Kozi Bród, leżało wówczas kilka potężnych pni powalonych drzew. Były one niewątpliwie celowo ścięte przez człowieka, pozostawione przy brzegu. Stanowić miały one zasadniczy element naszej tratwy. Elementy te jednak trzeba było jakoś połączyć. I wtedy zaczęło się kombinowanie. Jeden z nas przyniósł długie gwoździe, przeznaczone do potężnych krokwi, drugi z nas kilka desek, jeszcze inny ktoś kilka kawałków liny. Ja przyniosłem kilof, który posłużyć miał nam za młotek. Kiedy mieliśmy już wszystko, co trzeba, zabraliśmy się do pracy. Najpierw zestawiliśmy ze sobą trzy duże pnie, tak by leżały względem siebie równolegle. Potem połączyliśmy je deskami, przebijając przez nie potężne gwoździe, które równie sprawnie wchodziły w pnie. Na końcu, tak na wszelki wypadek, tam, gdzie wydawało się to koniecznym, związaliśmy ze sobą newralgiczne elementy. Po kilkudziesięciu minutach dzieło było gotowe.

Teraz zaś nadeszła zasadnicza, wiekopomna chwila. Trzeba było spławić naszą łódź. Z niemałym wysiłkiem wypchnęliśmy ją do wody. Ku naszemu przerażeniu tratwa ta niemalże poszła na dno. Wydawało się to nam zupełnie nielogiczne. W końcu drewno powinno unosić się na wodzie. Na szczęście tak się finalnie stało. Po pierwszym, pełnym zanurzeniu, tratwa zaczęła w końcu dryfować na wodzie, przy czym potężne pnie całkowicie niemal pochłonięte zostały przez wodę, ponad nią widoczne były natomiast deski, stanowiące swego rodzaju poszycie pokładu. Ostatecznie więc nasza praca nie poszła na marne. Tratwa okazała się produktem nie tyleż efektownym, co przede wszystkim efektywnym. I właśnie teraz nadszedł moment ostatecznej próby. Zapadła cisza, niemal grobowa, w obrębie której unosiło się nad nami niewypowiedziane przez nikogo pytanie: kto siądzie na tratwie, kto nią popłynie. Mimo początkowego zapały i entuzjazmu, widząc to, w jaki sposób dryfuje nasza „łódź” i jak się prezentuje, doszedłem do wniosku, że za żadne skarby nie wejdę na nią i nie udam się w „podróż życia”. Moje obawy podzielali niemal wszyscy.

Reklama

Wszyscy poza dwójką śmiałków, którzy nie dali się omamić panice i popłynęli. Wsiedli więc na tratwę, my rzuciliśmy w ich stronę linę, którą tratwa była wcześniej przycumowana. Tratwa zaczęła sunąć po wodzie. Zanurzona była znacznie, do tego stopnia, że z daleka można było odnieść wrażenie, że chłopcy suną po wodzie bez żadnej tratwy, niemal tak jakby chodzili po wodzie. Cała sytuacja wyglądała z jednej strony groteskowo, a z drugiej zabawnie. Pamiętam, jak dużą grupą biegliśmy wzdłuż południowego brzegu rzeki, a dwaj chłopcy płynęli dziarsko z szerokimi uśmiechami na twarzy. Cała wyprawa trwała może kilkanaście minut. Zakończyła się natomiast przy brzegu jednej z wysp, w którą tratwa wbiła się jak rakieta, utknąwszy tam na dobre. Chłopcy wrócili z wyspy na nasz brzeg specjalnym rurociągiem, obudowanym w ten sposób, że można tam było spokojnie przemieszczać się pomiędzy jednym a drugim brzegiem. Niestety, dziś po rurociągu i po jego obudowie nie ma już śladu. Co ciekawe, nie ma też już wspomnianej wyspy. W wyniku spadku poziomu wody w rzece, wyspa została wchłonięta przez południowy brzeg, a woda sunie sobie po dawnym, północnym jej brzegu. Kiedy więc wszyscy byliśmy już po naszej stronie Białej Przemszy, stwierdziliśmy jednogłośnie, że tratwa nie spełniała kryteriów i warunków by zabrać nas na swym grzbiecie na połacie mórz i oceanów. Na tym więc nasza żeglarska inicjatywa nieco przygasła, by z czasem umrzeć śmiercią naturalną.

Przepadły więc potężne pnie (jakże musiał zdziwić się ten, kto stwierdził ich brak) , przepadły liny, gwoździe i deski. Jedynie kilof ocalał i pewnie tkwi gdzieś tam w rodzinnym domu do dzisiaj. Podobnie jak pamięć o naszej nie do końca spełnionej wyprawie, o nie do końca dobrym zakończeniu, ale i nie mniej istotnym fakcie, że z naszej nie do końca trafionej wyprawy wróciliśmy wszyscy, w komplecie, cali i zdrowi.

Reklama

Jarosław Sawiak

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 23/05/2026 10:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo jaw.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości