Reklama

Oczywista Nieoczywistość – Alarm

Ta niedziela zapowiadała się jak każda inna. Z tą tylko różnicą, że do kościoła, zamiast na 7.30 poszedłem wówczas na sumę, czyli na godzinę 10.00. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, powodu tej pojedynczej zmiany. Był to już bowiem okres, kiedy jako ministrant przy długoszyńskiej parafii, w niedzielę, swoją służbę pełniłem na pierwszej z niedzielnych mszy, czyli o wspomnianej już 7.30. Tym razem było jednak inaczej. Mniejsza o to zresztą.

Był to czas, kiedy naszym proboszczem był ksiądz Wiktor Byrdziak. Miałem wtedy może jedenaście, może dwanaście lat. Ministrantem zostałem tuż po komunii i byłem nim przez lat dwanaście. Ze szczególnym sentymentem wspominam właśnie czasy księdza Byrdziaka. Z punktu widzenia małego chłopca był bardzo fajnym gościem i super księdzem. Duży, rubaszny i pocieszny mężczyzna. Z wielkim zaangażowaniem i radością pełniłem swoje ministrantowanie. Zazwyczaj byłem pierwszy w kościele, niejednokrotnie go otwierałem, kiedy starsze panie czekały już niecierpliwie pod drzwiami, dbałem, by niczego nie brakło z tego, co do mszy lub nabożeństwa było potrzebne. Jak trzeba było zamykałem też kościół. Zdarzyło się też niejednokrotnie, że osobiście musiałem budzić proboszcza, by ten nie zaspał na mszę. Dotyczyło to najczęściej poniedziałkowych poranków, kiedy to jedyną mszą tego dnia była ta o siódmej rano. Z czasem zyskałem zaufanie proboszcza, który wiedział, że może na mnie liczyć. Wiedział, że jak mówię, że będę, to będę, wiedział też, że jak już jestem, to wszystko przygotowane było na tip top. A wszytko to z wewnętrznej, dziecięcej jeszcze wtedy potrzeby zaangażowania i równie dziecięcej pobożności, która w połączeniu z najzwyklejszą sympatią do proboszcza robiły swoje. Stałem się więc swego rodzaju zaufanym księdza Byrdziaka. Brygadzistą na pierwszej zmianie. A ksiądz? Był on zazwyczaj łagodny, rubaszny i uśmiechnięty. Taki na swój sposób swój chłop.

Owej niedzieli więc, w którą przyszło mi zajść na mszę o dziesiątej, jak gdyby nic robiłem swoje. Co prawda na tej zmianie pierwsze skrzypce grali koledzy nieco starsi, ci, którzy na sumie byli regularnie, co prawda nie czułem się wówczas jak swego rodzaju kierownik swojej zmiany, ale okazało się jednocześnie, że właśnie wówczas czekała mnie niespodziewana misja. Okazało się bowiem, że muszę ściągnąć komżę i ruszać w teren. A po co?

Reklama

Otóż w tamtych czasach mieliśmy w parafii problemy z organistą. Był nim co prawda przez lata pan Jan Pożarowszczyk, ale posługę swą pełnił jedynie w niedziele i duże święta. Nawet zresztą w niedzielę bywał jedynie na porannych mszach. Pamiętam, że pracował jako kierowca autobusów w miejskim MPK. Pod jego nieobecność więc funkcję chórku lub pierwszych skrzypiec pełniły długoszyńskie kobiety, te, które w kościele były regularnie. Niewątpliwie prym tutaj wiodła pani Stefania Kolka z ulicy Mokrej. Była obecna na każdej mszy w tygodniu, natomiast w niedzielę bywała popołudniami, a więc wtedy, kiedy organisty nie było. Tej niedzieli jednak okazało się, że pana Pożarowszczyka nie będzie w ogóle. Ksiądz rozejrzał się więc po wiernych i z przerażeniem stwierdził, że nie ma nikogo w kościele, kto skutecznie mógłby poprowadzić śpiew wiernych. I nagle spojrzał na mnie i powiedział: Jarek, ściągnij komżę i leć po panią Kolkową. Poinstruowawszy mnie jednocześnie co do miejsca jej zamieszkania, pognałem jak torpeda we wskazane miejsce. A że do rozpoczęcia mszy został niecały kwadrans, biegłem jak wściekły. Finalnie dotarłem na ulicę Mokrą, wbiegłem po betonowych schodach do domu i zdyszanym głosem zakomunikowałem przez otwarte drzwi, że pani Kolkowa musi przyjść do kościoła, bo nie ma kto śpiewać.

Akurat zastałem ją na gotowaniu pachnącego obiadu. Gospodyni gotowała bardzo dobrze. Jakiś czas potem, w okresie kolędy, miałem okazję zjeść u niej przepyszny obiad. Pani Kolkowa spojrzała na mnie przez chwilę i nie zastanawiając się dłużej i nie zadając pytań powiedziała zwięźle: ty leć z powrotem, przyjdę. I zanim jeszcze wyszedłem z domu, starsza pani zdjęła fartuch i zaczęła się zbierać. Gdy więc wróciłem do kościoła i przekazałem księdzu informację, proboszcz odetchnął z wielką ulgą. Jednak do samego końca, niecierpliwie wypatrywał jej u drzwi. Pani Kolkowa spóźniła się może dwie, trzy minuty. Do tego momentu wierni smętnie i leniwie ciągnęli słowa pieśni, gnani raczej słabo przez proboszcza, którego śpiew nie był mocną stroną. Gdy tylko jednak zjawiła się pani Stefania, kościół jakby ożył, pociągnięty charakterystycznym, bo lekko drgającym głosem pani Kolkowej. Msza przebiegła bez zarzutu, jedynie na jej początku ledwie powstrzymywałem pozostałości zadyszki, przepocony, zdyszany, ale i szczęśliwy, że swoją misję wykonałem tak jak trzeba, ku uciesze księdza proboszcza rzecz jasna.

Reklama

Niestety nie ma już proboszcza Byrdziaka, założyciela długoszyńskiej parafii. Nie ma też już pani Kolkowej. Były to zresztą czasy, kiedy w kościele prym wiodła grupa wspomnianych wcześniej parafianek, które na mszy były codziennie. Pamiętam ich twarze i głosy do dziś. Stanowiło to swego rodzaju parafialny mikroklimat, w ramach którego panie te z jednej strony wkomponowywały się w wypełniony po brzegi kościół, ale i wyróżniały. Każda z nich bowiem miała swoje indywidualne miejsce, tak jak pani Kolkowa; czy to na ławce, czy na krześle przy klęczniku. Czy to przy oknie, czy pośrodku kościoła. Nie były to miejsca w żaden sposób przypisane czy podpisane oficjalnie, ale jednocześnie nikt nie śmiał ich zająć. Po prostu. Dziś fizycznie tych miejsc już nie ma, ponieważ w tamtym czasie msze odbywały się jeszcze w dolnym kościele (górny jeszcze długo był w budowie). Nie ma niestety także większości tych ludzi. Również po prostu. Niestety, po prostu. A i kościół, podobnie jak i większość innych dziś raczej świeci pustkami. Ale to już zupełnie inna sprawa i inna historia. Mam jednocześnie taką małą jedynie nadzieję, że wszyscy oni są tam gdzieś razem w jednym miejscu nadal, każdy w tym, który dla każdego z nich został wyznaczony. Mam nadzieję, że w takim miejscu jest i ksiądz Byrdziak, jak i wspomniana pani Kolkowa, jak zawsze gotowa by rzucić wszystko i pobiec tam, gdzie zostanie wezwana. Tak jak owej niedzieli, kiedy nie bacząc na nic, rzuciła swoje domowe obowiązki, by właśnie wówczas, gdy wymagała tego powaga sytuacji, pognać do kościelnego gmachu i po raz kolejny zaśpiewać dla dobrego Boga.

Jarosław Sawiak

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 06/06/2026 10:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo jaw.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości