Wielu twierdzi, że w czasach obecnych szkoła to istny raj. Dzieci czy młodzież mają więcej praw niż obowiązków, o tych drugich zapominają coraz częściej, stając się wraz z rodzicami czy opiekunami prawnymi coraz bardziej roszczeniowymi. Jest to tym bardziej przykre, że ewentualne roszczenia nie mają bardzo często logicznych i sensownych podstaw. Nauczyciel więc niejednokrotnie zderza się ze ścianą, brnąc w bezsilności. Tym bardziej więc trudno uwierzyć, że wbrew pozorom nie tak dawno temu rzeczywistość szkolna wyglądała zupełnie inaczej.
Przecież jeszcze trzy dekady temu uczniowie chodzili w mundurkach (tzw. chałatach), do których przyszyta była tarcza z nazwą i numerem szkoły. Dyżurni mieli przyczepiony znaczek z napisem dyżurny, wzorowi uczniowie nosili na piersi znaczek informujący również o tym fakcie, a kołnierzyki bieliły się na uczniowskich karkach. Makijaż czy długie paznokcie były nie do pomyślenia. Ale co jeszcze bardziej istotne, jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku karność była nieporównywalna. Wynikała ona z dyscypliny, sterowanej i egzekwowanej w dużej mierze karami cielesnymi. Dzisiaj to rzecz nie do pomyślenia, w nie tak dalekiej przeszłości jednak był czymś „normalnym”. Wychodzono wówczas z założenia, że przemoc tego typu, połączona ze strachem są najlepszym sposobem na drodze do kształtowania kręgosłupów moralnych i właściwych postaw. I co istotne, metody te były raczej skuteczne. Tym bardziej, że rodzice zazwyczaj byli po stronie nauczyciela, a nie po stronie ucznia. Mowa tutaj oczywiście o sytuacjach, w których wina ucznia była bezdyskusyjna. Uczeń zresztą, jeśli był ukarany w ten czy inny sposób w szkole, nie przyznawał się bardzo często do tego w domu, bo tam dostałby od rodziców „poprawkę”. Nikogo to nie dziwiło ani nie gorszyło. Takie po prostu były czasy. Odnosiło się to rzecz jasna do skali makro, czyli było zjawiskiem powszechnym w całym kraju, ale było też czymś powszechnie stosowanym na terenie naszego miasta.
Celem tekstu nie jest oczywiście promowanie czy usprawiedliwienie przemocy wobec uczniów, w tym przypadku kar cielesnych. Ma on bowiem charakter informacyjny, mówiący o tym, jak wyglądały realia szkoły, ale i niejednego być może domu w przeszłości. Przeszłości, jak już nadmieniono, nie tak dalekiej.
Egzekwowanie więc dyscypliny i posłuszeństwa za pomocą tego typu kar nie było więc wówczas czymś niesamowitym. A jak karano? Najbardziej rozpowszechnionym sposobem karania było oczywiście bicie; bicie po rękach. Robiono to albo za pomocą linijek albo rózgi, bądź brzozowej witki. Bito również po innych częściach ciała. Także po częściach intymnych – szczególnie dotyczyło to dziewcząt. Niestety prym w zadawaniu tego typu kar wiodło duchowieństwo, zarówno zakonnice, jak i księża. Z tego akurat słynęła przede wszystkim dawna Szkoła Podstawowa nr 2 w Jaworznie, która wówczas zlokalizowana był przy ulicy Mickiewicza (dzisiejsza siedziba OKE).

Stanie za karę w kącie było najlżejszym i najbardziej rozpowszechnionym wymiarem kary. A karano za wiele rzeczy. Owym kątem karano najczęściej za spóźnienia. Bito za inne przykłady niesubordynacji. Niejednokrotnie karano też klęczeniem w kącie, kazano wówczas klęczeć nie na samej podłodze, ale np. na grochu bądź na surowej kukurydzy. Kara miała być bowiem bolesna i w związku z tym zapamiętana na długo. Miała też być skuteczna. Nawet zresztą jeśli karano postawieniem w kącie, to w przypadku cięższych przewinień, kazano uczniom trzymać w wyprostowanych poziomo rękach jakieś ciężkie przedmioty, np. książki. Karano też pompkami, przysiadami, koniecznością nauczenia się dłuższych tekstów na pamięć. Karano także nakazem przepisywania po kilkaset zazwyczaj razy swego rodzaju oświadczenia, typu „Nie będę się bił z kolegami”. W karach tych zresztą nie chodziło tylko o to, by zabolały fizycznie, by utkwiły w pamięci, wywołując pożądany, dyscyplinujący efekt. Kary bowiem miały jeszcze inny wymiar. Doskonałym tego przykładem była tytułowa ośla ławka. Chodziło tutaj o ośmieszenie ucznia, jego wyszydzenie, naznaczenie przed innymi uczniami.
Owa ośla więc ławka postawiona była na końcu sali. Sadzano tam karanego w ten sposób ucznia, który w owej ławce musiał często zostawać po lekcjach. A dlaczego właśnie ośla? Ano dlatego, że niejednokrotnie na głowę ucznia wkładano śmieszne, specyficzne nakrycia głowy. Niejednokrotnie zwieńczone były one oślimi uszami. Stąd taka a nie inna nazwa. Uczeń był więc w ten sposób karany mentalnie, wystawiony był w ten sposób bowiem po prostu na pośmiewisko. To czasem bolało zdecydowanie bardziej niż rózga.
Dzisiaj tego typu metody są nie do pomyślenia, chociaż stosowane były przez wiele pokoleń. Oficjalnie zaś zakaz stosowania kar cielesnych wprowadzono stosunkowo późno, bo dopiero w roku 2001.
Jarosław Sawiak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze