Przez dekady rzucone w rozmowie hasło „elektrownia” nie wymagało w Jaworznie żadnych przypisów. Wszyscy wiedzieliśmy, o co chodzi – o pracę, stabilizację i serce miasta, wokół którego kręciło się życie całych pokoleń. Dziś tradycyjny węgiel musi dzielić miejsce z nowymi graczami: gazem, bateriami, wodorem i ciepłem z odpadów. To jednak coś więcej niż tylko zmiana technologicznego słownika. Stajemy przed fundamentalnym pytaniem: czy po tej rewolucji Jaworzno nadal będzie miało z czego żyć?
W ogłoszonych niedawno planach Tauronu przekonuje mnie nie tyle sama kwota 7 miliardów złotych, ile możliwość wykorzystania tego, co w Jaworznie budowaliśmy przez lata. Chodzi o uzbrojone tereny, sieci przesyłowe i – co najważniejsze – unikalne doświadczenie tutejszych ludzi. Nie wchodzimy przecież na pustą działkę w szczerym polu. Nasza przemysłowa przeszłość ma stać się fundamentem nowoczesności, a nie tylko rozdziałem w podręcznikach do historii. To dobra prognoza, choć wciąż bez gwarancji na sukces.
Warto czasem oderwać wzrok od medialnych haseł i spojrzeć na konkrety. Weźmy, chociażby nową stację elektroenergetyczną, która ma zasilić naszą strefę gospodarczą. Wiadomo, nowoczesna turbina wygląda na wizualizacjach o wiele bardziej efektownie niż kilometry kabli i transformatory. Tyle że bez solidnego przyłącza żaden nowoczesny zakład w strefie po prostu nie ruszy. W takich mało widowiskowych technicznych inwestycjach kryje się prawdziwa szansa dla miasta. Nasza przyszłość to nie tylko produkcja prądu wysyłanego w Polskę, ale to, co dzięki niemu uda się zbudować bezpośrednio u nas, na miejscu.
Jako mieszkańcy mamy pełne prawo zadawać proste, wręcz przyziemne pytania. Czy zimą w mieszkaniach będzie ciepło? Ile za to zapłacimy? Co czeka pracowników dotychczasowych zakładów i czy nowe projekty zatrzymają w Jaworznie młodych? To nie jest marudzenie ani opór przed postępem. Po prostu bez jasnych odpowiedzi cała ta transformacja pozostanie jedynie zgrabną opowieścią z konferencji prasowych, a nie rzeczywistością, której można zaufać.
Podobnie rzecz ma się z głośnym tematem wykorzystania odpadów do produkcji ciepła. Sam pomysł brzmi sensownie i na pewno warto go przeanalizować. Jednak podpisany list intencyjny to na razie papier, który nie zastąpi rzetelnych wyliczeń ekonomicznych ani szczerej debaty z Jaworznianami. Wielkim kapitałem naszego miasta jest zaufanie do energetyków, ale ono nie zwalnia decydentów z obowiązku tłumaczenia każdej decyzji.
Z kolei lokalne przymiarki do wodoru pokazują, że unijna dotacja to jeszcze niegotowy rynek. Brakuje realnego odbiorcy na to paliwo, powiedzmy to sobie otwarcie. Jaworzno nie potrzebuje technologicznych nowinek za wszelką cenę tylko po to, by błysnąć w nagłówkach. Potrzebujemy biznesu, który obroni się sam, gdy zgasną światła jupiterów i trzeba będzie po prostu zapłacić rachunki.
Nowe plany dają powód do ostrożnego optymizmu. Nie dlatego, że ktoś już załatwił nam świetlaną przyszłość, ale dlatego, że wreszcie mamy na stole konkretne karty. Teraz czas powiedzieć: „sprawdzam”. Sukcesem nie będzie przecież zmiana logo na bramie elektrowni. Sukcesem będzie Jaworzno, w którym po wielkiej zmianie wciąż da się normalnie pracować, bez strachu ogrzać dom i spokojnie planować życie na kolejne dekady.
Franciszek Matysik
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze