Reklama

Oczywista Nieoczywistość – Baza

Któreż z dzieci nie miało w przeszłości swojej bazy? Chyba jedynie te, które cały swój czas przesiadywały nad książkami bądź „terroryzowane” były przez rodziców tym, co wypada, a tym, czego nie. Ja na szczęście – wbrew wszelkim pozorom – do takowych nie należałem więc baz w moim życiu mi nie brakowało. Czym jednak była takowa baza? Miejscem spotkań, swego rodzaju kontrolą bądź sztabem generalnym małych wyrostków, którzy gromadzili się w takowych bazach by podejmować kluczowe decyzje odnośnie dalszych losów mikroświata, najbliższych ulic, podwórek, zarośli i placyków.

Była jednocześnie konkretnym budynkiem bądź jego ruiną, starym mostem, wyspą, niewielkim laskiem lub nikłą polaną albo, co najbardziej osobliwe – dzikim wysypiskiem śmieci. Śmietniska takie, nieformalne połacie odpadów, społecznie wówczas akceptowalne miały zresztą w sobie coś wyjątkowego – jakkolwiek by to nie brzmiało. W miejscu takim, oczywiście wraz z kilkoma kolegami, czuliśmy się niemal jak dzicy archeolodzy, którzy rozgrzebując sterty śmieci, spodziewali się odnaleźć niesamowite artefakty, którym przywrócić można by utracone życie i świetność.

Jedno z takich wysypisk znajdowało się nieopodal dzisiejszego kościoła na Długoszynie, na osi dawnej Strugi. Śmieci walały się tam na stromej skarpie, z której szczytu widać było pobliską szkołę podstawową. Po niewielkiej rzeczce nie było niemal już śladu. Jedynie po intensywniejszych odpadach, kiedy woda nieco wzbierała, dało się dostrzec przybliżony zarys nurtu dawnej rzeczki. Wspinaczka po wspomnianej skarpie przypominała alpejską podróż życia, a wszystko to, co udało się tam odnaleźć, pośród gruzu, odpadów i przyniszczonych przedmiotów domowego niegdyś pożytku i użytku zdawało się być celem samym w sobie. Bodaj właśnie tam, największą frajdą były rozpalane ogniska, a to z tego względu, że potencjalnego paliwa tam nie brakowało. Były więc kawałki drewna, plastik, tektury, gumy; wszystko to, co odpowiednio podniecone żarzyło się ostatecznie nieskrępowanym płomieniem.

Reklama

Trzeba było wszak uważać, by kłęby dymu nie były zbyt intensywne i widoczne, a przecież tak się nieraz zdarzało. Oznaczać to bowiem mogło nadejście któregoś ze wkurzonych sąsiadów, przeganiających nas jako potencjalnych piromanów, będących zarzewiem wielkich płomieni i równie zdumiewających kłębów czarnego, gryzącego dymu. Na szczęście nie zdarzyło się nigdy by nasze ogniowe rajcowanie zakończyło się katastrofą. Co najwyżej strachem. Najgorzej było któregoś dnia, kiedy po wcześnie skończonych lekcjach roznieciliśmy prawdziwe piekło w bębnie starej automatycznej pralki. Ogień i kłęby dymu były tak wyraźne i niepokojące, że na ich widok z pobliskiej szkoły wybiegło kilkanaście osób z naszą ówczesną wychowawczynią, którzy chcieli sprawdzić co się takiego dzieje. Musieliśmy się wówczas ratować ucieczką do pobliskiego, tzw. małego lasku. Na szczęście skutecznie. Strachu jednak było co niemiara.

Dzikie wysypisko na Długoszynie, zdecydowanie większe, było w rodzinnej okolicy jeszcze jedno. Znajdowało się ono na osi ulicy Jana Długosza, całkiem niedaleko Skałki. Śmieci, gruz i popioły wywozili tam nie tylko okoliczni mieszkańcy, ale i duże samochody, których zawartość co do formy, masy i treści musiała robić wrażenie. Tam jednak już nie było tak samo. Były dzikie ogniska, owszem. Były. Wystrzały petard, wrzucane często do starych rur by imitowały artylerię były? Były. Ale summa summarum nie było to już to jednak to samo. Dlaczego? Chyba dlatego, że po prostu byliśmy znacznie starsi. W pewnym okresie, to co bawi dziesięciolatka czy dwunastolatka, nie rajcuje już kogoś, kto nastolatkiem staje się już pełną gębą. Zadziwiające jest wszak to, że wspomniane tutaj wysypisko było terenem starej, szesnastowiecznej, długoszyńskiej sztolni odwadniającej. Gdybym tylko wiedział, że w przyszłości tak wiele się o tym nagadam i napiszę?

Reklama

W tym zresztą okresie, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu dzikie wysypiska, zarówno te wspomniane, jak i kilka znacznie mniejszych, rozrzuconych po okolicy zostały zrównane z ziemią, zasypane, obsiane trawą i unicestwione bezpowrotnie. Nadszedł bowiem czas poprawności ekologicznej, w ramach których każdy gospodarz zobowiązany był do nabycia co najmniej jednego, specjalnego kubła na śmieci, opróżnianego regularnie co dwa tygodnie, w każdy czwartek. Odeszły więc bezpowrotnie te czasy, kiedy różnego rodzaju odpady, zarówno na taczkach jak i w dziadkowym wózku, uprzednio załadowane, wywoziło się do miejsca przeznaczenia, które dziś nie mieściłoby się w głowie.

Pamiętam, że w czasach kiedy mieszkaliśmy jeszcze w starym domu u dziadków, na boku budynku gospodarczego był swego rodzaju murowany kojec na śmieci z betonowym dnem, obwiedziony murkiem z niedużym otworem na łopatę i ładowacza, który to otwór zasuwany był czymś w rodzaju drewnianej osłony. Gromadzono tam popioły i inne odpady, a kiedy zbiornik ów ulegał stopniowemu przepełnieniu, jego zawartość ładowano do owego wózka, który potem, zarówno my, ja i brat, jak i rzecz jasna tata i dziadek Tadek pchaliśmy lub ciągnęliśmy, w zależności od nachylenia terenu na wysypisko. Targaliśmy ten wózek, ciężki, przeładowany do miejsca, w którym z trudem wyciągano specjalną klapę z przodu pojazdu po to by wypchać przy pomocy łopat jego zawartość, która stoczyć się miała po wspomnianej skarpie.

Reklama

To co więc w tamtym momencie budziło wstręt i obrzydzenie, zarówno przy ładowaniu jak i wyrzucaniu na zewnątrz, potem było sumę tego wszystkiego, co mogło być pożądane czy nawet przydatne. Z punktu widzenia dziecka rzecz jasna. I tak np. pamiętam, że razu pewnego znalazłem w śmieciach bukiet sztucznych, wyblakłych acz chyba pomarańczowych pierwotnie róż. Zabrałem tenże do domu, otrzepałem o nogę z popiołu i błota, opłukałem pod pompką i zaniosłem biegiem, pędząc na pierwsze piętro domu by wręczyć go babci Stasi. Przez odrobinę umiaru i przyzwoitości nie przytoczę słów babci i ich tonu na widok prezentu. Finalnie z mieszkania wyleciałem i ja, i kwiaty w tej samej w zasadzie kolejności. Doprawdy nie mogłem zrozumieć irytacji i złości babci. To ja jej przynoszę kwiaty, a ona… No mniejsza z tym.

Kiedy więc pojawiły się pojemniki, zindywidualizowane kontenery na odpady, czas dzikich wysypisk minął bezpowrotnie i należało rozpocząć poszukiwania nowych baz, które skutecznie zastąpiłyby te starsze. Wtedy przejść trzeba było na zupełnie inny lewel.

Reklama

Jarosław Sawiak

Czytaj nas w Google
Dodaj do Google
Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 03/10/2026 10:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo jaw.pl




Reklama