Kwietniowa odsłona Jaworznickiego Pchlego Targu odbyła się w niedzielę, 26 kwietnia, pod Płaszczką. Oczywista można było odnaleźć coś bardzo pożytecznego i coś najzupełniej niepożytecznego, ale idealnie poprawiającego nastrój.
Tym razem poszukiwania szły w stronę czegoś cudacznego i dziwacznego. Udało się odnaleźć kilka bardzo zaskakujących przedmiotów.
Pani Krystyna miała bardzo dziwną broszkę, o której powiedziała, że właściwie nie wiadomo co to jest, prawdopodobnie jest „to kurczę albo jakieś inne zwierzę”.
Oryginalnie prezentował się stary przedmiot, który okazał się być odgromem. Montowano go na dachach i tam, gdzie był potrzebny, np. na składach materiałów łatwopalnych.

U pani Pauliny niestety wszystko normalne i nie przypomina sobie czegoś cudacznego w swoich zbiorach.

Pan Józef proponował różową latarenkę dla dziewczynki. - Można wykorzystać w domu, bo dzieciaki robią sobie namiociki, czy coś takiego, to jest uniwersalna rzecz – objaśniał pan Józef - ma ogólne takie zastosowanie, jak dla dzieciaków.

Pan Józef miał jeszcze dziwaczny biały przedmiocik, który umożliwia zasypianie niemowlakom. - Ono grało takie delikatne melodyki, niemowlaczek po prostu przy tym zasypia – opisywał pan Józef.
Pan Rafał uważa, że najbardziej oryginalne w jego propozycjach są tak zwane indywidualne racje żywnościowe, w których składzie jest gulasz węgierski, mielonka wieprzowa, suchary, miód, koncentrat napoju herbacianego, baton owocowo-zbożowy, guma do żucia i cukierek z ekstraktem kawy. Na dokładkę jest w tym podgrzewacz chemiczny. Wszystko mieści się w niewielkim opakowaniu.
Najprawdziwszymi cudami były sosjerka i waza z bawarskiej porcelany z 1912 r., którą sprzedający uchronił przed wyrzuceniem na śmietnik, co zamierzał uczynić właściciel tego cennego zestawu.
Marysia i Ola miały dziwaczne jajo. - Ma włącznik i jak się naciśnie, to daje taki odgłos, właśnie kuka, jak się zapomni go wyłączyć na noc, to całą noc coś kuka – opowiadała Ola.

Pani Agnieszka proponowała chwytaki do książek. - Są ręcznie robione przeze mnie z glinki polimerowej. Widziałam, że są takie gdzieś w Ameryce, natomiast na rynku polskim jeszcze nie widziałam i chyba nie widziałam ręcznie robionych, zwłaszcza z glinki polimerowej – mówiła o swoim pomyśle.
Amelia próbowała sprzedać swój obrazek. - Po prostu, gdy siedzisz przez tydzień w pokoju, bo wtedy były zdalne akurat i nie wiesz, co się dzieje poza pokojem, to widzisz tylko widok za oknem, a tak naprawdę nie wiadomo co się dzieje w około – opisywała swoją pracę.
Jak mawiają, jeżeli czegoś nie znajdziesz na pchlich targach, to znaczy, że to nie istnieje.
Jaworznicki Pchli Targ jest doskonałym potwierdzeniem tej przewrotnej opinii.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze