We współczesnym świecie przenikanie się kultur, wraz z szerokim wachlarzem swych osobliwości jest czymś normalnym i oczywistym. Zaledwie jednak kilka dekad wstecz nie było to aż tak naturalne. Wiązało się to rzecz jasna z ograniczeniami w przesyle informacji, z ograniczeniami w przemieszczaniu się z punktu A do punktu B. Wiele więc rzeczy, szczególnie w okolicznościach podróży czy poznawania nowych ludzi mogło dziwić i zaskakiwać. Dotyczyło to także, a może przede wszystkim kulinariów.
Razu pewnego mój tata wybrał się na targ na jaworznickim małym rynku. W przeszłości rodzice jeździli tam często; po warzywa, owoce, kwiaty. Nie było w tym niczego nadzwyczajnego. Robiła tak lwia cześć Jaworznian. W czasie wspomnianego przed chwilą pobytu taty na targu, uwagę pozostałych konsumentów i klientów przykuł jeden szczegół. Otóż tata, robiąc standardowe zakupy, zażyczył sobie także dobrych parę kilo papryki „stożek”; mniejszej od pozostałych odmian, zazwyczaj żółtych. A że finalnie zapakował tego dwie dość duże torby, to za jego plecami dało się słyszeć ciche szemrania w stylu: „… co ten chłop będzie robił z taką ilością papryki? Na co mu ona?”. Nie pamiętam, jakie były to dokładnie lata, najprawdopodobniej osiemdziesiąte, ewentualnie przełom tychże z dziewięćdziesiątymi. Oczywiście ubiegłego stulecia.
Nie w tym wszak rzecz, że papryka była u nas nieznana. Owszem, była. Ale chyba nie aż tak rozpowszechniona, szczególnie ta mniejsza, żółta, a już na pewno nie na tyle, by kupować ją hurtowo. Tata jak gdyby nigdy nic wziął zakupy i wrócił do domu. A wspomniana papryka przeznaczona była co zrozumiałe na obiad. Aczkolwiek w takiej formie i treści, która w naszej okolicy była nieznana. Mama przyrządzać miała paprykę faszerowaną: paprykę drążono, myto, a pustkę wewnątrz wypełniano czymś w rodzaju farszu złożonego głównie z mielonego mięsa i ryżu. Całość gotowana była na wolnym ogniu aż do miękkości, a na koniec wodę spod papryki „przerabiano”, a właściwe wzbogacano tak, że stawał się pysznym pomidorowym sosem.
Wszyscy w domu uwielbialiśmy to danie. Pojawiło się ono w naszej rodzinie za sprawą pochodzącej z Węgier babci. Wcześniej natomiast było kompletnie nieznane. Zarówno w naszej rodzinie, jak i wśród większości bliższych bądź dalszych znajomych. Druga z babć podchodziła do takiej formy posiłku dość sceptycznie, dziadek z tejże strony podchodził także sceptycznie. Zrozumiałym więc był fakt, że wówczas ludziska dziwili się temu, co można robić z taką ilością papryki. Taka forma posiłku była u nas w Jaworznie i zapewne nie tylko tutaj niemal zupełnie obca. Nie wpisywała się ona w kontekst typowej dla tamtych czasów kuchni polskiej, stanowiąc swego rodzaju dziwactwo.
Dzisiaj oczywiście danie to już tak nie zaskakuje, nie dziwi. Przepływ ludzi, informacji, przełamanie skostniałych ograniczeń w podróżach i wzajemnym komunikowaniu, wszystko to spowodowało, że jesteśmy otwarci na to co nowe, inne, nawet jeśli wydaje się osobliwe i dziwne. Jednak te kilkadziesiąt lat temu nie było to takie oczywiste. Tym bardziej, że wiele produktów trzeba było przywozić z zagranicy, bo na naszym rynku takowych brakowało. To również generowało pewne ograniczenia w kulinarnej „kreatywności”. Pamiętam, że za każdym razem, kiedy rokrocznie babcia w towarzystwie dziadka odwiedzała swe ojczyste strony, to wracając przywoziła z Węgier przeróżne produkty; od czekolad, poprzez przyprawy, a na wegecie skończywszy. Pamiętam zresztą, że sam, będąc kiedyś z babcią na Węgrzech, przywiozłem wiele osobliwości węgierskich. Tutaj akurat nie przez niedobory tychże u nas, bo czasy zdążyły się już zmienić, jak i zaopatrzenie w naszych sklepach, ale przez wzgląd na to, że produktu znad Dunaju były po prostu nieporównanie lepsze. Razu pewnego przywiozłem nawet wielką torbę owej papryki.
Faszerowana papryka w pomidorowym sosie nie jest już dziś czymś nadzwyczajnym, stanowiąc dość powszechny substytut takiego czy innego menu. Ale dawniej… Cóż, dawniej. Danie to w naszej rodzinie było prawdziwym rarytasem. Ja osobiście uwielbiałem je od dzieciństwa. Szczególnie zajadałem się wspomnianym farszem w sosie. Zresztą kiedy byłem jeszcze małym chłopcem babcia, która danie to „przywiozła” ze swojej ojczyzny, serwowała mi je w takiej właśnie formie. Sam farsz i sos. Bez papryki. Uważała, nie tylko ona jednak, że skórka papryki może mi siąść na żołądku. Pamiętam, że posiłek ten bywał jednym z żelaznych na domowych imprezach, organizowanych przez dziadków jeszcze w starym domu na Chrustach. Imprezy te odbywały się w dużej ciepłej kuchni; na okoliczność imienin zazwyczaj. Wtedy to, oprócz wielu innych specjałów, pojawiała się zawsze papryka.
Pamiętam też swoje zbulwersowanie, kiedy to babcia sadzała mnie na malutkim krzesełku, taboret natomiast był dla mnie stolikiem. Na niewielkim natomiast talerzu nakładała mi ów specjał, oczywiście bez skórki. Wszyscy byli zachwycenie tym jak grzecznie jem, ale nie wiedzieli, że w środku gotowało się we mnie na myśl o tym, że jedzenie to podaje mi się na małym talerzu, a nie na tak dużym jak w przypadku dorosłych. Nie chodziło zresztą o to, że traktowano mnie jak dziecko- w końcu, jakby na to nie patrzeć – dzieckiem byłem. Rozchodziło mi się natomiast o to, że dostając posiłek na takim niewielkim talerzyku, dostaję go po prostu za mało. Dopiero po jakimś czasie, kiedy cyklicznie prosiłem o repetę lud dwie, babcia doszła do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem jest podawanie mi posiłku na dużym talerzu, tym dla dorosłych. I na tym stanęło.
Pomimo dziecięcych irytacji z wielkim rozrzewnieniem wspominam tamten okres; ową dużą kuchnię , piec kuchenny na węgiel, ciepło, suto zastawiony stół dla gości i mnie, małego szkraba, siedzącego przy taborecie imitującym stół i zajadającego się ową faszerowana papryką, którą babcia Kasia robiła przepyszną, jak dla mnie, najlepszą na świecie. I chociaż daniem owym zajadam się co jakiś czas do dzisiaj, brakuje mi w nim jednego, jedynego składnika, który sprawiał, że było ono nad wyraz wyjątkowe. A mianowicie atmosfery tamtych lat, kiedy w ramach prostoty, a i czasami niedostatku, potrafiono z ludzkiego serca wykrzesać coś więcej niż tylko posiłek, a co pozostaje w pamięci na zawsze.
Jarosław Sawiak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze