Spacer po centrum miasta, w towarzystwie dawnych mieszkańców czy gości z zewnątrz, ma w sobie coś z dobrze wyreżyserowanego spektaklu. Efekt „wow” pojawia się naturalnie. Jaworzno w ostatnich latach przeszło transformację, której nie sposób odmówić odwagi – odnowione kamienice, przemyślana infrastruktura czy kameralne rynki w dzielnicach budują wizerunek miejsca nowoczesnego.
Jeśli szukać dowodu na sukces tej wizji, są nim niewątpliwie planty. Zazieleniły się dokładnie tak, jak obiecywano, tworząc w upalne dni oazę faktycznego cienia i spokoju. To przestrzeń, która broni się sama. Nawet gdyby odjąć z tego równania wodny plac zabaw – instalację efektowną, lecz kosztowną w utrzymaniu i użytkowaną zaledwie przez kilka miesięcy w roku, gdzie podobny rezultat dałaby klasyczna fontanna – planty pozostają bezsprzecznym sukcesem.
Jednak temperatura zachwytu wyraźnie spada, gdy krok kierujemy w stronę ścisłego rynku.
Spokojna obserwacja ulicy Mickiewicza przynosi wniosek cokolwiek melancholijny: tutejsza kostka brukowa stała się symbolem wiecznego powrotu. Naprawiana bez końca, układa się na nowo tylko po to, by po najbliższej zimie znów ulec destrukcji. Podobnie sytuacja wygląda w okolicach muzeum, gdzie relatywnie świeża nawierzchnia kruszy się, a jej podbudowa ustępuje pod stopami. Dzieła zniszczenia dopełnia woda – ta chlapiąca z fontann oraz ta wypływająca z wielkich donic, wypłukująca spoiwo i zostawiająca na betonie brzydkie zacieki. W tym krajobrazie jedynym w pełni funkcjonalnym elementem pozostają drewniane ławki.
Największą zagadką architektoniczną Rynku pozostaje jednak strefa od strony kościoła. Potężne donice i skalniaki zajmują cenny teren, nie oferując w zamian ani cienia, ani wartości użytkowej. Kiedy w sieci pojawiła się wizualizacja wygenerowana przez AI, pokazująca w tym miejscu zwykłe, żywe drzewa posadzone w gruncie, entuzjazm mieszkańców był jednoznaczny. Nawet zwykły trawnik oddałby ludziom przestrzeń, której dziś betonowa forma ich pozbawiła.
Nie trzeba wznosić głośnych okrzyków ani ulegać skrajnym emocjom. Wystarczy chłodna kalkulacja i odrobina cywilnej odwagi, by przyznać, że pewne rozwiązania po prostu się nie sprawdziły. Usunięcie betonowych donic i wprowadzenie w ich miejsce prawdziwej zieleni byłoby dojrzałym gestem ze strony gospodarzy miasta.
Póki co pozostaje nam ze spokojem przyglądać się przygotowaniom do kolejnego, rytualnego już remontu nawierzchni. A projektantom i wykonawcom tej ciągnącej się epopei brukarskiej wypada bez zbędnych emocji przyznać nagrodę specjalną: Złotą Kostkę Brukową. Pustą w środku, niestabilną, ale za to wyjątkowo kosztowną.
Franciszek Matysik
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze