Oto historia o tym, że „Matka Partia” co prawda potrafi przytulić i dać najcieplejszy kocyk, ale kiedy kogoś skreśli – zjada go bez popijania, pod czujnym wzrokiem seniorek popijających niedzielny kompot.
– Dąbek, ja cię przecież pamiętam z osiemdziesiątego dziewiątego – zaczął Janusz, celując łyżeczką w stronę detektywa. – Latałeś po miasteczku z klejem z mąki i plakatami Solidarności. Biegałeś z obłędem w oku, krzycząc o wolności, a potem co? Jednego dnia schowałeś pędzel do piwnicy i powiedziałeś: „Ja do tego bagna nie wchodzę”.
Dąbek zdjął okulary, pociągnął łyk czarnej lury i parsknął:
– Bo myśmy, Janusz, mieli kleić ulotki na ścianach, a nie tworzyć z nich ołtarzy! Mówiłem ci wtedy: postawa społecznika, chęć naprawy świata – super. Ale Matka Partia? Ooo, bracie. Partia cię przytuli, poklepie po plecach, powie „mój ty bohaterze”… a potem połknie bez popijania.
– No i popatrz na dzisiejszą prawicę! – Janusz aż podskoczył na trzeszczącym krześle. – Przecież tam miał być monolit! Zjednoczona Prawica, twarda jak beton na Bieszczadzkiej! A tu nagle co? Wyłom! Błyskawice, grom z jasnego nieba!
– A co się stało? Piekło zamarzło?
– Dąbek uniósł brwi z udawanym przejęciem.
– Mateusz! Nasz były premier!
– Janusz zniżył głos do dramatycznego szeptu. – Przecież jeszcze niedawno sam prezydent chwalił go, że to niemal polski Bismarck! Mąż stanu, wizażysta gospodarki, architekt sukcesu! Matka Partia kochała go jak własne dziecię, nosiła na rękach, całowała w czółko… A dzisiaj? Dzisiaj w oczach partyjnych radykałów to kto?
– Nie mów, że szpieg z Krainy Deszczowców? – zadrwił Dąbek.
– Gorzej! Ukryty doradca Donalda Tuska! – Janusz walnął dłonią w biurko, aż zakurzone teczki podskoczyły. – Bo przecież kiedyś, sto lat temu, faktycznie doradzał w jakiejś radzie. No, ale wtedy było: „E tam, młody był, minęło, nieprawda”. A teraz? Wychodzi na to, że to niemal zdrajca narodowy, co w nocy podkop pod Nowogrodzką robił! Dąbek zaśmiał się chrapliwie i pokręcił głową.
– Zawsze to samo, Janusz. Wielka polityka z Warszawy dociera na prowincję, a tu lokalni działacze zaczynają ją tłumaczyć po swojemu. I z teorii polityki robi się regularna ustawka w remizie.
– Żebyś ty widział naszą niedzielę! – wypalił Janusz, łapiąc się za głowę. – Obiad u teściowej. Rosół na stole, schabowe prężą się na talerzu, a ciotka Zdzisia nagle wyjeżdża z tekstem, że Terlecki ma w sobie to „coś”. Na to babcia Wanda z widelcem w dłoni: „Ty głupia, Kaczyński to atutowy as i jedyny mąż stanu!”. One się, o mało co, po pysku nad kompotem nie pobiły.
Dąbek oparł się wygodnie na krześle, nie potrafiąc ukryć rozbawienia.
– No widzisz, Janusz. Terlecki i Kaczyński – dwaj najwięksi agenci polskiej sceny politycznej. Kto by pomyślał, że nasze seniorki będą o nich toczyć walki na śmierć i życie przy niedzielnym obiedzie?
– Oj, co to dalej będzie, Dąbek… co to będzie – westchnął Janusz, wpatrując się w fusy na dnie szklanki.
– Ja ci powiem, co będzie. Zapamiętaj sobie tę prawdę, jakiej nauczyło mnie życie i tamte plakaty z Solidarności – Dąbek wychylił się nad biurkiem i wycelował w kolegę palcem. – Matka Partia otoczy cię matczyną miłością, otuli skrzydłami i da najcieplejszy kocyk... ale jak tylko wypadniesz z jej łask, to nie licz na żadne przywileje ani synekury. Nie ma łaski, nie ma „zmiłuj”. Żadnego odprawiania z odprawą. Zostaje ci tylko wygnanie, pokutny wór i piętno zdrajcy. Zjedzą cię własne dzieci, a ciotka Zdzisia z babcią Wandą dopiją twój kompot i nawet nie zauważą, że cię nie ma. Janusz popatrzył na Dąbka w milczeniu, zamyślił się na chwilę, po czym machnął ręką:
– To co, polejesz tej kawy, czy sam mam iść po czajnik?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze