- Gdybym próbowała zamknąć się w jedną ramę, byłabym nieszczęśliwa. Od dziecka mówię o sobie, że jestem patchworkiem trzech rzeczy: nauki, sztuki i aktywności. Jeśli któregoś elementu brakuje, czuję tęsknotę – mówi Agnieszka Radziwolska, która od 28 lat pomaga uczniom zgłębiać tajniki matematyki. Jest też pasjonatką fotografii, sztuki, muzyki i jogi oraz założycielką Amrita Przestrzeń – miejsca spotkań z jogą i muzyką.
Patrycja Koprzak: Czy to prawda, że przez nieodpowiednie programy nauczania, albo niedostosowanie formy przekazu, dzieci zrażają się do matematyki?
Agnieszka Radziwolska: Tak, zgodziłabym się z tym. Dodałabym jednak, że nie zawsze chodzi wyłącznie o system nauczania czy samego nauczyciela. Ogromne znaczenie ma też to, co uczeń słyszy od rodziców oraz co sam sobie powtarza. Jeśli ktoś przychodzi i mówi: „Ja się nie nadaję do matematyki”, to wiem, że pierwszym tematem do pracy nie są działania czy zadania, tylko podejście i uwierzenie w to, że ta osoba jest w stanie się nauczyć.
Jak można zainteresować matematyką kilkulatki? Jak pokazywać, że ona jest w codziennym życiu, żeby później się nie zrażali?
Dzieci w tym wieku naturalnie nie odróżniają, co jest matematyką, a co czymś innym. Ich nie trzeba specjalnie zachęcać do ciekawości. One już ją mają. Same wypatrują cyfr: na tablicach rejestracyjnych, na domach. Uwielbiają je pokazywać i próbować odczytywać. Matematyka to nie tylko liczby, więc świetnie działa też dostrzeganie wzorów: segregowanie, układanie, porządkowanie. Dzieci lubią takie zabawy. Z tymi starszymi wystarczy spędzać czas na przykład przy gotowaniu. W przepisach mamy proporcje, miary, przeliczanie. Szkoda, że w szkołach jest na to mało przestrzeni; nie dlatego, że nauczyciele nie chcą, tylko dlatego, że muszą realizować podstawę i konkretny materiał. Kolejna bardzo życiowa rzecz: remonty i budowy. Tam jest mnóstwo geometrii. Jeśli dziecko pójdzie z nami i policzy, ile trzeba farby do pomalowania pokoju, będzie zaangażowane i nawet nie poczuje, że „robi matematykę”, tylko coś, co przynosi efekt.
Czyli uczenie się na czymś, co widzimy, a nie musimy sobie wyobrazić?
Dokładnie. Mój tata, kiedy byłam trzylatką, uczył mnie ułamków na zapałkach. Oczywiście bez nazw typu licznik i mianownik. Po prostu pokazywał, czym są ułamki: całości, połówki i tak dalej. Kiedy poszłam do szkoły, ja już je rozumiałam. Doszły tylko nazwy. Gdybyśmy tak podchodzili do wielu tematów, później wszystko przychodziłoby dużo łatwiej.
Wykorzystuje pani sztukę, Leonarda da Vinci do nauki matematyki. W jaki sposób?
Kiedy szczególnie starsze osoby pytają: „Po co mi ta matematyka?”, lubię pokazywać przykłady, gdzie matematyka jest widoczna w innych dziedzinach. W sztuce mamy mnóstwo geometrii. Chodziłam do liceum plastycznego i zanim rysowaliśmy postać, uczyliśmy się proporcji. Gdybyśmy miały powiedzieć, co najbardziej przydaje się w życiu osobie, która nie będzie się zajmować matematyką, to właśnie proporcje. Do tego symetria. Sama zaczęłam tworzyć mandale. One nie powstaną bez rozumienia symetrii, podziałów i równych proporcji.
Czyli nasza codzienność cały czas ma związek z matematyką?
Tak, jak najbardziej. Cokolwiek weźmiemy, matematyka tam jest, tylko często tego nie dostrzegamy. I to działa w dwie strony: jeśli dzieci i młodzież nie widzą, że coś jest matematyką, a w głowie mają hasło „matematyka jest niefajna”, to paradoksalnie lepiej, że tego nie etykietują. Są wtedy bardziej otwarci i okazuje się, że osoba mówiąca „nie nadaję się do matematyki” potrafi rozwiązać problem. Bo w matematyce chodzi przede wszystkim o rozwiązywanie problemów i układanie sobie drogi do celu, a tego w życiu mamy mnóstwo.
Mówiłyśmy o sztuce, ale jest też fotografia. W fotografii mamy choćby trójkąt ekspozycji, czas, ustawienia – i tu też pojawia się matematyka. Czym dla pani jest fotografia?
Matematyka oczywiście przydaje się w technicznych aspektach, chociażby ustawieniach między czasem a przesłoną, ale dla mnie fotografia, jak sztuka w ogóle, jest wyrażaniem siebie. Często nie potrafimy użyć słów, żeby pokazać, co w nas jest, a sztuka właśnie temu służy. Kończyłam szkołę w Krakowie z dużym naciskiem na fotografię artystyczną. Poznawaliśmy też techniki szlachetne, różne metody, przy których człowiek miał wrażenie, że bardziej „maluje” niż fotografuje. Dlatego fotografia to dla mnie coś więcej niż dokumentowanie rzeczywistości.
Prowadziła pani przez osiem lat szkołę MathRiders. Czego nauczyła się pani, prowadząc działalność edukacyjną?
Najbardziej nauczyłam się czegoś o sobie: że wolę współpracować z ludźmi niż ich nadzorować. Wolę, kiedy ktoś jest ze mną „na równi”, tworzymy coś razem, siadamy i myślimy nad projektem. Nie lubię być szefową, która mówi, co kto ma robić, i potem to egzekwuje. Wolę być osobą współpracującą.
A czy to podejście pomaga też na co dzień?
Tak, na pewno. Zauważyłam też, jak różnie ludzie podchodzą do obowiązków i że z każdym trzeba inaczej rozmawiać, żeby zachęcić, żeby dojść do wspólnego celu. To nauczyło mnie jeszcze większej uważności w komunikacji.
Jak długo dorastała pani do decyzji: osiem lat MathRiders i koniec, zmieniam kierunek?
Około półtora roku. Obserwowałam siebie, bo łączyłam już wtedy trzy rzeczy: prywatne uczenie matematyki, prowadzenie MathRiders i coraz więcej jogi. Patrzyłam, co mnie bardziej „żywi”. Nadszedł moment, gdy zauważyłam, że ważniejsze jest dla mnie, jak się czuję: czy to jest w zgodzie ze mną, czy mam czas dla siebie, czy w ogóle siebie słucham i wiem, czego potrzebuję, a nie zdobywanie kolejnych rzeczy. I uznałam, że MathRiders za bardzo mnie eksploatuje.
Dziś dużo mówi się o zmianach: młodzi częściej zmieniają pracę, mniej przywiązują się do jednego miejsca. Czy widzi pani w społeczeństwie większą otwartość na zmiany?
Tu też nie ma jednej odpowiedzi. Powiedziałabym niestety, że w większości ludzie są do tego zmuszeni. Szczególnie osoby w średnim wieku i starsze często nie chciałyby takiego wachlarza zmian, czują się w tym zagubione i próbują się odnaleźć. A młodsze osoby, które żyją w świecie pędzącym i ciągle zmiennym, też bywają zagubione, bo czasem nie wiedzą, kim są i kim mogłyby być. Dzieje się tak dużo, że nie ma nawet przestrzeni na zatrzymanie się. Jesteśmy w trudnym okresie i w zależności od wieku mierzymy się z tym na różne sposoby.
Przejdźmy do jogi. Jest z panią od kilkunastu lat. Czy to odskocznia od codzienności?
Joga nie pojawiła się nagle. U mnie wiele rzeczy ewoluuje i przeplata się od dawna. Jeśli chodzi o aspekt fizyczny, była naturalną konsekwencją tego, że od dziecka uprawiałam sport, przez sześć lat trenowałam łyżwiarstwo figurowe, było dużo baletu i rozciągania. Później też był ruch: góry, narty. Joga pojawiła się przede wszystkim z potrzeby zatrzymania się i introspekcji.
Potrafimy odpoczywać?
Powiedziałabym, że w większości nie.
Zrobiłam kiedyś test: położyłam się na podłodze i próbowałam się nie ruszać przez kilka minut. Nie jest to łatwe.
W jodze relaks jest integralny, to nie jest dodatek, tylko ważna pozycja. W kundalini czasem relaks trwa bardzo długo, nawet pół godziny. I zdarzało mi się widzieć irytację u osoby, która przyszła z nastawieniem, że joga to tylko fizyczne ćwiczenia. Widać było, że ktoś nie umie wytrzymać w bezruchu. Podobnie z medytacją: w ruchu jest łatwiej, ale w bezruchu umysł bombarduje nas myślami – co mam zrobić, z kim się pokłóciłam, po co to, boli mnie, może się poruszę. Potwierdzam: jest nam ciężko odpoczywać.
Czego potrzebują osoby, które przychodzą do pani na jogę i na muzykę relaksacyjną? Jakie są motywacje?
Różne. Na pierwszy raz przychodzą z różnymi potrzebami. Zostają te osoby, które dostają to, czego szukały. A te, które mają inne zapotrzebowanie, po prostu więcej się u mnie nie pojawiają. Joga, którą prowadzę, nie nastawia się głównie na fizyczność. Owszem, są ćwiczenia fizyczne, ale to joga, która pozwala się zatrzymać, rozwijać uważność na siebie i połączyć trzy aspekty: ciało, umysł i duszę. Jest w niej dużo wewnętrznej pracy, a nie każdy jest na to gotowy, bo to bywa też praca z cieniem, nie zawsze przyjemna. Jeśli ktoś potrzebuje mocnej, dynamicznej fizyczności, to u mnie tego nie znajdzie. Osoby, które zostają, to te, które chcą połączyć się ze sobą. Czasem z takim sobą, o którego istnieniu wcześniej nie wiedziały.
Jak relaksuje nas muzyka?
To przepiękne narzędzie. Mam bardzo osobiste, cudowne doświadczenia z praktyki kundalini, gdzie jest dużo dźwięku. Pracując z muzyką, pracujemy z energią i z wodą w naszym organizmie. Są instrumenty, jak misy czy gongi, które oddziałują w taki sposób, że „docierają” do wody w nas i ona zaczyna inaczej „płynąć”. Można też robić proste eksperymenty, jak zachowuje się woda pod wpływem dźwięku. Z mojego doświadczenia: dźwięk można czuć innymi zmysłami. Są momenty, kiedy odczuwa się, jak wibruje w ciele i w ten sposób harmonizuje różne rzeczy w organizmie.
Jak łączyć wiele pasji? Czy wybiera się te najważniejsze na dany moment, czy da się zachować proporcje?
Mogę powiedzieć o sobie. Gdybym próbowała zamknąć się w jedną ramę, byłabym nieszczęśliwa. Od dziecka mówię o sobie, że jestem patchworkiem trzech rzeczy: nauki, sztuki i aktywności. Jeśli któregoś elementu brakuje, czuję tęsknotę. Zawsze udawało mi się to łączyć i dzięki temu czuję się spełniona. Pracuję tak, żeby to, co robię, naprawdę czuć, a nie robić z rozpędu. Matematyka jest u mnie pragmatycznym wyborem, ale nie mogłabym uczyć, gdybym jej nie lubiła i nie lubiła ludzi. Dla przykładu: skończyłam matematykę informatyczną. Większość moich kolegów została programistami i ja też mogłabym, ale już na studiach zobaczyłam, że praca tylko z komputerem, bez kontaktu z człowiekiem, byłaby dla mnie wyniszczająca. Wolę kontakt, rozmowę, przekazywanie pasji. Warto iść za głosem serca, ale nie zapominać o rozumie. Sprawdzać, co mnie karmi i odżywia, ale też nie rzucać się na głęboką wodę bez zabezpieczenia. Ja nie rzuciłam matematyki. Ona dalej jest w moim życiu i pewnie zostanie długo, bo pójście wyłącznie w jedną stronę byłoby dla mnie zbyt dużym ryzykiem. Jestem połączeniem artysty i pragmatyka. To mi pasuje i pomaga w funkcjonowaniu, ale to nie jest jedyna droga. Są osoby, które odnajdują się w pełnym pragmatyzmie, są też takie, które żyją lekko, z dnia na dzień. Najważniejsze to poznać siebie i iść za tym, kim jesteśmy.
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze opinie