Z władzą bywa tak, że kiedy człowiek dostaje stanowisko, to od razu chce coś zmajstrować, np. uregulować. Czy to jest prezes TBS-u, czy radny, czy poseł. Ledwie taki zasiądzie w fotelu, a już wie, jak inni powinni mieszkać, parkować i odpoczywać. Najlepiej według tabelki. Życie wprawdzie do tabelki nie pasuje, ale przecież można życie, szczególnie podwładnych, „poprawić”, uporządkować – wziąć w cugle.
W sejmie ten sposób myślenia też ma się dobrze. Pamiętam specustawę dotyczącą gruntów leśnych pod inwestycje i późniejsze zamieszanie wokół VAT przy zamianie działek w Jaworznie. Miało być sprawniej, a miasto musiało przygotowywać finansowe zabezpieczenie na wypadek niekorzystnej interpretacji podatkowej. Ustawodawca otworzył drzwi, tylko za drzwiami stał fiskus z rachunkiem.
Przy zakazie reklamy alkoholu również przydałoby się sprawdzić, dokąd sięgają przepisy. Przedsiębiorcy już przy projektach zmian ostrzegali, że brak odpowiednich wyłączeń może oznaczać konieczność usuwania z barów nawet kufli czy elementów wystroju z logo producenta. Wyobrażam sobie kontrolę: piwo sprzedawać wprawdzie można, ale kufel proszę natychmiast rozbroić. Tak to jest, kiedy przepisy pisze się patykiem na wodzie, a później obywatele mają je traktować jak wyryte w kamieniu.
Na naszej Sosinie też coraz więcej życia mieści się między regulaminem a szlabanem. Były kłody przy drodze, jest automatyczny system opłat, pojawiła się również zapowiedź objęcia opłatami kolejnego, obecnie bezpłatnego parkingu. Wypoczynek rozwija się nam przede wszystkim od strony poboru należności.
Automat to zresztą marzenie zarządcy. Nie trzeba stawiać człowieka przy bramie, żeby pobierał pieniądze. Patrząc na tłumy w słoneczne weekendy, trudno nie pomyśleć o żyle złota. Człowiek odpoczywa, parkometr pracuje. Pozostaje tylko sprawdzić, czy poza wpływami do kasy ktoś policzył również czas potrzebny na zwyczajny spacer.
I tutaj wjeżdża na białym koniu J-ka, czyli Jaworznicka Karta Mieszkańca. Przy obecnej stawce dla samochodów kategorii pierwszej daje pięć złotych opłaty zamiast dziesięciu. Pierwsze pół godziny postoju jest jednak bezpłatne dla wszystkich. Mieszkaniec dostaje więc zniżkę, ale dodatkowych minut na odpoczynek już nie.
Pół godziny. Proszę sobie wyobrazić seniora, który przyjeżdża nad wodę, wysiada, zamyka samochód, poprawia kurtkę i rusza na spacer. Zanim porządnie się rozrusza, już powinien myśleć o odwrocie. Jeśli spotka znajomego, najlepiej powiedzieć tylko „dzień dobry”. Pytanie „co słychać?” może kosztować pięć złotych.
Dla mnie jedną z najlepszych inwestycji na Sosinie jest asfaltowa ścieżka wokół zalewu. Można zrobić kółko, popatrzeć na wodę, przewietrzyć głowę. Tyle że to około pięciu kilometrów. Nawet przy sprawnym marszu z prędkością pięciu kilometrów na godzinę potrzeba pełnej godziny. Bez doliczania dojścia z parkingu, przystanku przy ławce i rozmowy ze znajomym.
Żeby zamknąć taką trasę w pół godziny, musiałbym poruszać się w tempie, którego moje kolana nie uzgodniły z zarządcą. W moim wieku człowiek chciałby wrócić z wypoczynku wypoczęty. Medal za wynik poniżej trzydziestu minut może spokojnie dostać ktoś inny.
Dlatego podoba mi się propozycja Michała Kirkera, żeby dla posiadaczy J-ki wydłużyć bezpłatny postój do sześćdziesięciu minut. To konkretny pomysł, uwzględniający fakt, że na Sosinę przyjeżdża się pobyć, a nie tylko sprawdzić, czy woda nadal jest na miejscu.
Godzina też nie każdemu wystarczy na całe kółko, ale przynajmniej daje szansę na sensowny spacer. Mieszkańcy dokładają się do miejskiej infrastruktury również przez podatki. Można więc czasem spojrzeć na nich jak na ludzi korzystających ze swojego miasta, a nie wyłącznie klientów urządzenia przy szlabanie.
Mam nadzieję, że ten regulamin uda się poprawić. A zanim ktoś napisze następny, proponuję prosty test: niech sam obejdzie Sosinę w pół godziny. Potem porozmawiamy – jeśli będzie miał jeszcze oddech.
Franciszek Matysik
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze