„Myśl globalnie, działaj lokalnie” – hasło ekologów wizjonerów z ubiegłego wieku korporacje biznesowe chytrze wprowadzają w życie. Bo globalne myślenie stało się ogólnodostępne dzięki rewolucji w komunikacji. Kiedyś podstawowym źródłem wiedzy były książki, prasa, szkoła czy rozmowa z drugim człowiekiem. Dziś głównym motorem dostępu do informacji jest internet. Kilka kliknięć wystarczy, by znaleźć wiadomości niemal na każdy temat, często znacznie bardziej szczegółowe niż te, które jeszcze niedawno mogliśmy zdobyć w swoim najbliższym otoczeniu.
Przyzwyczailiśmy się więc, że internet jest ogromną skarbnicą wiedzy, pomysłów i możliwości komunikacji. Zaczęliśmy mu ufać. Problem w tym, że internet sam w sobie nie jest już tym samym narzędziem, którym był kilkanaście czy nawet kilka lat temu. Po pandemii jego znaczenie jeszcze wzrosło, ale wraz z nim coraz większą rolę zaczęły odgrywać algorytmy, boty i sztuczna inteligencja. To one w dużej mierze decydują dziś o tym, co zobaczymy na ekranie.
Jeśli lubimy koty, nasze media społecznościowe szybko wypełnią się filmami i zdjęciami kotów. Dostajemy dokładnie to, co lubimy, a kolejne treści mają zatrzymać nas na ekranie jeszcze przez kilka minut. W przypadku zwierząt, sportu czy hobby trudno dostrzec w tym większe zagrożenie. Wielu użytkowników wręcz cieszy się, że algorytm trafnie odgaduje ich zainteresowania.
Problem zaczyna się wtedy, gdy w podobny sposób podpowiadane są nam treści dotyczące polityki, światopoglądu, bezpieczeństwa czy oceny innych ludzi. Im częściej oglądamy materiały prezentujące określony, zwłaszcza skrajny punkt widzenia, tym więcej podobnych treści możemy później otrzymywać. Z czasem łatwo odnieść wrażenie, że właśnie tak wygląda cały świat. Tymczasem może to być tylko jego niewielki wycinek, w którym „uwięził” nas algorytm.
Po pewnym czasie wątpliwości potrafią zamienić się w przekonania, a przekonania w pewność, które coraz trudniej skonfrontować z argumentami spoza własnej bańki informacyjnej.
Dla osób zajmujących się mediami czy nowymi technologiami nie jest to zapewne nic odkrywczego. Wciąż jednak warto o tym przypominać. Bez świadomości działania takich mechanizmów łatwo stać się trybikiem w świecie zaprojektowanym przez kogoś innego.
Można powiedzieć, że brzmi to bardzo globalnie i ma niewiele wspólnego z codziennym życiem mieszkańca Jaworzna. Tyle że wpływ big techów da się zobaczyć również na bardzo lokalnym podwórku. Czasami wystarczy jedna informacja wyświetlana przez popularną aplikację.
Dobrym przykładem był miniony słoneczny weekend. Tysiące osób z Jaworzna i okolic ruszyły nad Sosinę. Wielu przyjezdnych korzystało z nawigacji. W związku z zamknięciem ulicy Bukowskiej do Jaworzna, aplikacja wskazywała jednak, że przejazdu nie ma już od strony Szczakowej.
Efekt szybko zobaczyli mieszkańcy Pieczysk. Od rana przed ich domami zaczęły pojawiać się setki samochodów. W Ciężkowicach kierowcy próbowali szukać przejazdu bocznymi drogami, pojawiali się w rejonach przeznaczonych przede wszystkim dla pieszych i rowerzystów. Część osób, kierując się wskazaniami nawigacji albo próbując ominąć utrudnienia, wjeżdżała w stronę lasu od strony Ciężkowic i Pieczysk.
Powstał komunikacyjny chaos. Niby drobiazg – błędnie lub nieprecyzyjnie pokazana trasa w aplikacji. W praktyce oznaczało to jednak realne problemy dla mieszkańców kilku dzielnic, dodatkowy ruch i sytuacje, w których kierowcy musieli zawracać po przekonaniu się, że dalej przejechać się nie da.
To dobra ilustracja tego, jak bardzo oddaliśmy część naszych codziennych decyzji technologiom. Kiedyś kierowca pytał o drogę mieszkańca albo patrzył na znaki. Dzisiaj częściej patrzy na ekran i jedzie tam, gdzie prowadzi niebieska linia. Nawet wtedy, gdy rzeczywistość zaczyna podpowiadać, że coś się nie zgadza.
Życie człowieka może oczywiście zmienić się w ułamku chwili z powodów znacznie poważniejszych niż źle wyznaczona trasa. Ten przykład pokazuje jednak coś prostszego: informacje podsuwane przez algorytmy nie są nieomylne. Możemy przez nie źle ocenić sytuację, podjąć nietrafną decyzję albo – całkiem dosłownie – wyjechać w pole czy w las.
Dlatego dobrze, że wciąż potrafimy sięgać także po znane źródła informacji, również te ze „starego świata”: lokalną gazetę, rozmowę z drugim człowiekiem, komunikat miasta, znak przy drodze. I przede wszystkim, że jeszcze potrafimy zatrzymać się na moment i pomyśleć.
Być może tego najbardziej nam trzeba w świecie big techów: myśleć globalnie, działać lokalnie, ale w obu przypadkach z wyostrzonym krytycyzmem.
Franciszek Matysik
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Jeden taki mi kiedyś powiedział, że na nawigacji mu pokazuje teren niezabudowany więc będzie jeździł 90 km/h, a nie 50 km/h jak sugerują znaki bo to na pewno pomyłka. Że znaki to pomyłka, a nie nawigacja xD
Jeden taki mi kiedyś powiedział, że na nawigacji mu pokazuje teren niezabudowany więc będzie jeździł 90 km/h, a nie 50 km/h jak sugerują znaki bo to na pewno pomyłka. Że znaki to pomyłka, a nie nawigacja xD