Przez Wspólnotę Betlejem w Jaworznie przeszło już ponad tysiąc osób. W tym roku mija 30 lat od pomysłu na stworzenie domu dla ubogich, uzależnionych, bezdomnych, którzy chcą zmienić swoje życie. - Poznając te historie, poznaje się między innymi to, jak cienka jest granica między tak zwanym normalnym życiem a życiem w ubóstwie czy z pęknięciem. Człowieka może przyziemić nie tylko alkohol czy nieodpowiedzialne życie. Może to być tragedia rodzinna, nieszczęście, czyjaś zdrada. Ciężkie dzieciństwo też ma na to ogromny wpływ – w rozmowie z nami mówi ksiądz Mirosław Tosza, który 30 lat temu postanowił stworzyć dom dla ubogich.
Patrycja Koprzak: Jako dziewiętnastolatek, uczeń technikum, dostał ksiądz propozycję od kolegi, aby wyjechać na obóz dla osób niepełnosprawnych. Mówił ksiądz, że wszedł wówczas w świadome chrześcijaństwo. Co wtedy zaczęło się w księdzu zmieniać, w tym nastolatku?
Ksiądz Mirosław Tosza: Pamiętam tę ulicę. Dokładnie na środku, pomiędzy chodnikami, spotkałem się z moim przyjacielem Tomkiem Nowakiem. Byłem wtedy 19-latkiem, chodziłem do czwartej klasy technikum górniczego w Jaworznie. Miałem wolne wakacje. Nie miałem kontaktu z niepełnosprawnymi, ze środowiskiem kościelnym moje relacje też były luźne. Stwierdziłem, że pojadę, żeby zrobić coś dobrego. Byłem zdumiony, kiedy się okazało, że to nie są takie osoby niepełnosprawne, jak sobie wyobrażałem, czyli na wózkach lub takie, którym trzeba będzie pomagać chodzić. Były to osoby z upośledzeniem umysłowym. Byłem trochę przerażony. Jeszcze na dworcu w Szczakowej przyszła mi taka myśl, że pojadę do Białego Dunajca, pobędę tam dwa dni, rozchoruję się i wrócę do domu. Na szczęście stało się inaczej. To był moment o tyle przełomowy dla mnie, że wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z młodymi ludźmi wierzącymi, którzy są otwarci, mają poczucie humoru, różne dobre pomysły na życie. To mi dało do myślenia, że niekoniecznie Kościół musi być taką nudną przestrzenią.
Nie taki, jaki ksiądz znał?
Można powiedzieć, że taki jakiego nie znałem. Znałem go pobieżnie. Wydawało mi się, że to jest taka przestrzeń obowiązku – trzeba chodzić, bo wszyscy chodzą, trzeba sakramenty „odhaczyć” i przejść kolejne stopnie wtajemniczenia. Natomiast to było spotkanie żywego Boga poprzez ludzi, którzy służą ubogim. Moje pierwsze kontakty z Ewangelią, którą wtedy odkrywałem po raz pierwszy świadomie, to nie były teksty czytane i medytowane, tylko odgrywane w scenkach. Trzeba się było wczuć w role. Byłem na przykład sługą w Kanie Galilejskiej, który miał wlewać wodę do stągwi. W taki sposób Ewangelia do mnie przyszła, w takim środowisku, co potem okazało się kluczowe dla dalszej reszty życia.
Związał się ksiądz ze wspólnotą „Wiara i Światło”. Szukał dla siebie miejsca w Kościele. Był ksiądz u benedyktynów w Tyńcu, czy też w jerozolimskiej wspólnocie monastycznej w Paryżu.
Wspólnota „Wiary i Światła” ukształtowała pewien typ myślenia o ubogich. Myślę, że też uformowało pewną drogę, którą kontynuujemy we wspólnocie Betlejem, że nie robimy czegoś dla biednych, ale razem z nimi, bo wszyscy mamy dary i w spotkaniu tymi darami się dzielimy, odkrywamy je i rozwijamy. Rzeczywiście, zastanawiałem się, czy nie wstąpić do benedyktynów, a było to związane z poszukiwaniem jakiejś formy życia duchowego. Pracowałem wtedy w kopalni, wziąłem sobie specjalnie urlop i pojechałem na tydzień do Tyńca, żeby rozeznać swoje powołanie, bo czułem gdzieś takie wewnętrzne wezwanie do wstąpienia do seminarium. Ono przyszło dużo wcześniej, właściwie po zakończeniu szkoły średniej. Później była przygoda z francuską wspólnotą monastyczną w Paryżu, gdzie byłem kilkakrotnie. Wydawało mi się, że taka forma życia, gdzie łączy się życie w wielkim mieście z życiem monastycznym, pogłębionym życiem duchowym, jest bardzo pociągająca.
Ostatecznie pozostał ksiądz w diecezji sosnowieckiej. Po kilku latach kapłaństwa biskup Śmigielski dał młodemu księdzu kredyt zaufania przy tworzeniu domu dla ubogich.
To było dwa lata po święceniach kapłańskich. W czasie rozmowy z księdzem Lendą, proboszczem na Osiedlu Stałym, pojawił się pomysł i padła propozycja zagospodarowania budynku po starej szkole podstawowej, po „ósemce” w Dąbrowie Narodowej, która stała pusta od wielu lat i którą miasto przekazało na działalność charytatywną. Co do biskupa Śmigielskiego, to już wcześniej pytałem go o zgodę na wstąpienie do wspólnot monastycznych. Mówił: „Owszem, ale za sześć lat, jak trochę popracujesz. Diecezja sześć lat utrzymywała ciebie w seminarium, musisz to odpracować”. Natomiast teraz mówił: „Znowu chcesz coś zakładać, dopiero chciałeś gdzieś wstępować”. Na początku był ostrożny, ale po jakimś czasie się zgodził i to też było niezwykłe, że właściwie cztery lata po święceniach, jako bardzo młody ksiądz, dostałem zgodę na to, żeby już nie być wikarym na parafii. Zamieszkałem w Pieczyskach jako rezydent i uczyłem w ogólniaku w „dwójce” na Osiedlu Stałym. Wtedy też rozpoczęły się pierwsze prace w budynku dawnej szkoły.
Jak wyglądały początki? Czym były dla księdza te pierwsze lata pracy we wspólnocie, w której ksiądz chciał być?
Nie miałem kompletnie żadnego doświadczenia w zbieraniu pieniędzy. Wiem, że był kosztorys na milion złotych ówczesnych, aby budynek wyremontować i dostosować. Mieliśmy duże natężenie idei, trochę mniej tak zwanego zdrowego rozsądku, a najmniej pieniędzy. Natomiast mieliśmy przekonanie, że jeśli dzieło jest Boże, to pieniądze się znajdą. Wykonywaliśmy jakieś prace porządkowe. Mówię „my”, czyli z przyjaciółmi z tego środowiska „Wiary i Światła”, z moimi licealistami z „dwójki”. Pamiętam moment przełomowy, kiedy poszliśmy z kolegą zbijać płytki w starej łazience i otworzyliśmy Ewangelię z dnia. Była to historia o pięciu chlebach i dwóch rybach. Apostołowie widzą problem, bo ludzie są głodni, nie mają co jeść i mówią Jezusowi: „Powiedz, żeby sobie poszli”. Jezus mówi: „Wy im dajcie jeść”. No ale my tu mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby. Jezus nie mówi: „No rzeczywiście, to jest bardzo mało, to powiedzcie ludziom, żeby sobie poszli”, tylko mówi: „Dajcie mi te pięć chlebów i dwie ryby”. Bierze je w ręce, błogosławi i mówi: „Rozdajcie to uczniom”. I wydarza się cud rozmnożenia chleba i ryb.
Jaki to był znak?
Dla nas to był taki znak, żeby się nie martwić tym, czego nie mamy, ile nam brakuje, ale policzyć dokładnie to, co jesteśmy w stanie zrobić i to robić. Ze spokojem pracowaliśmy nad tym, nad czym byliśmy w stanie pracować, a potem przychodziła pomoc, czasem z bardzo zaskakujących miejsc czy od osób, których byśmy o to nie podejrzewali.
Od trzydziestu lat poznaje ksiądz pęknięcia w ludzkich życiach. Momenty, w których ludzie stali się samotni, ubodzy, bezdomni, uzależnieni od różnych środków. W jaki sposób i czy w ogóle te trzydzieści lat coś w księdzu zmieniły, jeśli chodzi o sposób pracy z ludźmi?
Na pewno człowiek nabiera większej pokory co do oceny samego siebie i innych. Poznając te historie, poznaje się między innymi to, jak cienka jest granica między tak zwanym normalnym życiem a życiem w ubóstwie czy z pęknięciem. Człowieka może przyziemić nie tylko alkohol czy nieodpowiedzialne życie. Może to być tragedia rodzinna, nieszczęście, czyjaś zdrada. Ciężkie dzieciństwo też ma na to ogromny wpływ. Jak się słucha historii naszych mieszkańców czy osób ubogich, bardzo często tego, co oni przeżywali od urodzenia, to człowiek się zastanawia: gdybym ja był w ich butach, czy ja bym tak dobrze wyglądał jak oni dzisiaj. Nie znamy do końca historii ludzi. Widzimy ich w bieżącym momencie. Człowiek jest tajemnicą. Nie wszystko sam o sobie może wiedzieć albo nie chce o pewnych rzeczach opowiadać, do czego ma pełne prawo.
Jeśli ktoś odważy się przyjść i poprosić o pomoc, to nie można od razu zakładać, co ta osoba przeżyła.
Tak. Są ludzie, którzy nie chcą prosić o pomoc. Niekiedy mamy spotkania czy telefony od osób, które mają kogoś w rodzinie – brata czy męża – z problemem, chociażby alkoholowym, albo ktoś jest w domu, nie wychodzi, bo ma silną depresję, nie chce utrzymywać kontaktu ze światem. I ktoś mówi: „Fajnie, jakby ksiądz z tą osobą porozmawiał”. Ja mówię: możemy spróbować porozmawiać, ja nie jestem cudotwórcą. Najważniejsze, żeby ten ktoś się zdecydował przyjść. Trudno go związać i przywieźć siłą na spotkanie, bo to żadnego efektu nie przyniesie. Jeżeli ktoś już prosi o pomoc, przychodzi, to gdzieś w nim dokonuje się taki akt uznania, że sam sobie nie poradzi, że potrzebuje pomocy.
To jest ten moment, w którym doświadcza, że już sobie nie da rady, że już upadł najniżej?
My nigdy nie wiemy, jakie jest to dno w ich odczuciu, ale na pewno znajdują się w takiej sytuacji, że proszą o pomoc. Jakie są te intencje? Niekiedy ktoś mówi, że chce znaleźć tylko jakieś lokum na zimę. To nie jest zła intencja, że człowiek chce być w ciepłym, a nie w zimnym. Nawet jeżeli nie ma bardziej szczytnych motywacji, nie przychodzi budować wspólnoty czy uczestniczyć w projekcie Betlejem, to z czasem odsłania inne potrzeby. My też to widzimy: jest potrzeba najbardziej podstawowa – dachu nad głową, ubrania, jedzenia, potrzeby socjalne, ale są potrzeby o wiele głębsze: sensu, miłości, życia dla innych. Jeżeli człowiek jest głodny, najpierw trzeba mu dać chleb.
Jacy są teraz ubodzy? Czy oni są tacy sami jak trzydzieści lat temu? Czy powód stania się ubogim się zmienia?
Są różne formy ubóstwa. Niedawno ukazał się taki piękny dokument papieża Leona XIV o miłości do biednych i papież pisze tam, że dzisiaj pojęcie ubóstwa należy traktować o wiele szerzej. To nie tylko ubóstwo materialne. W naszym przypadku są to głównie osoby, które albo nie mają domu, albo nie mogą w tym domu mieszkać, są osobami bezdomnymi, często uzależnionymi od alkoholu, gdzie alkohol pojawił się jako przyczyna bezdomności albo jako skutek. Dawniej było to często związane z dużym bezrobociem. Ludzie przyjeżdżali do pracy, mieszkali w hotelach robotniczych, potem tracili pracę. Są też sytuacje związane z rozpadem rodziny, rozwodem, uzależnieniem. Jest też taki rodzaj ubóstwa jak bieda ukryta. Nie zawsze ta bieda, którą widzimy na zewnątrz, która wyciąga rękę, jest największa. Stowarzyszenie Wiosna, które organizuje Szlachetną Paczkę, przygotowuje co roku raport o stanie biedy w Polsce i mówi, że bardzo duża część biedy to bieda, która się nie obnosi.
Ludzie, którzy żyją na skraju tego niezbędnego minimum…
Martwią się, czy przeżyją z miesiąca na miesiąc. Papież Leon jeszcze wspomina o biedach takich jak wykluczenie środowiskowe czy z kultury, brak poczucia sensu. Na przykład takie doświadczenie młodych, którzy cierpią z braku autorytetów, którzy nie wiedzą za kim iść, kogo słuchać, którzy są zagubieni. To też ubóstwo związane na przykład z nieporadnością, ze starością. Mamy coraz większy procent ludzi w podeszłym wieku i oni często czują się odstawieni na bok. Życie pędzi, bliscy pędzą w tym życiu, a oni siedzą sami w domach i to jest wielka bieda. Dzisiaj, przy starzejącym się środowisku, to jest cały obszar pracy z ludźmi starszymi. Tej biedy jest bardzo dużo. Ona ma różne imiona i twarze.

Dom przy Długiej 16 w Jaworznie nigdy nie miał być noclegownią, gettem, ale kiedy Betlejem tak naprawdę zaczęło żyć własnym życiem? Pojawiali się inni, którzy chcieli pomóc, wolontariusze?
Na początku to była grupka przyjaciół i znajomych. Niektórzy do niej dochodzili, niektórzy z niej odchodzili. Wprowadziłem się do Betlejem 25 lat temu, w lipcu. Zamieszkałem z dwoma bezdomnymi braćmi, których poznałem na pierwszej parafii. Uczyliśmy się żyć razem. Mieliśmy wtedy do dyspozycji jeden pokój. Przeżyliśmy kilka niesamowitych doświadczeń, które nazywam łaską początków, gdzie się wydarzały tak zwane cuda.
Piekarz podjeżdżający pod bramę w momencie, gdy zrzucaliście się na chleb…
Tak. Mieszkaliśmy już w kilka osób. Zrzuciliśmy się na chleb i ktoś miał po niego iść do sklepu. Dokładnie w tym momencie pod furtkę podjechał pan Bigaj albo ktoś od niego z piekarni z propozycją, że mogą nam przekazywać chleb. To było dla nas bardzo piękne, bo to było dokładnie w tym momencie. Tak samo przy remoncie kuchni. Przez miesiąc nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy gotować obiady. Mieszkało wtedy u nas dziesięć osób. Remont miał być w grudniu i był wymuszony stanem technicznym. Dokładnie wtedy Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, świętej pamięci pan dyrektor Czesław Smalcerz powiedział, że nie mogą nam dać pieniędzy, ale przez miesiąc opłacą nam obiady. Nie mieliśmy wtedy samochodu, więc zaproponowali, że będą je nam przywozić. Na koniec dostaliśmy jeszcze w prezencie Poloneza Trucka. Słynne płytki to już taka legendarna opowieść. Przyzwyczailiśmy się, że Opatrzność tak będzie działać. Kiedyś kurier przywiózł płytki.
Planowaliście remont posadzki w jadalni…
Rozmawialiśmy, że nie mamy za co kupić płytek na podłogę. Pomyśleliśmy: pomódlmy się. Kurier przyjechał, przywiózł płytki, więc go nie pytaliśmy. Rozładowaliśmy je, wygłosiłem płomienną mowę o Opatrzności. Na drugi dzień rano przyszła sąsiadka, która zapytała, dlaczego zabraliśmy jej płytki. Okazało się, że kurier się pomylił, źle zrozumiał adres. Musieliśmy grzecznie płytki oddać i przeprosić. Wtedy już wiedzieliśmy, że to nie będzie tak działać, że pstrykniemy i Opatrzność nam da. W niedzielę jeździłem głosić kazania po parafiach i przeprowadzałem kwestę na Betlejem, dlatego na początku mieliśmy msze w czwartki w małej kaplicy na poddaszu. Zaczęły na nią przychodzić też osoby z zewnątrz. Zamieszkał z nami Mirek Samsel, zawodowy aktor, który popadł w alkoholizm. Jak się trochę ogarnął, postanowił wykorzystać swoje talenty. Stworzyliśmy mały teatr „Na progu”. Na przedstawienia przychodzili Jaworznianie, uczniowie ze szkół. W ten sposób budowało się środowisko ludzi, którzy poznawali Betlejem nie tylko jako miejsce, gdzie trzeba zanieść paczkę z jedzeniem czy ubraniem, ale jako miejsce, które tworzy wartości, gdzie jest ciekawie i warto tam przyjść. Tak to środowisko się rozrastało. Dzisiaj, z perspektywy lat, głównym miejscem spotkań są niedzielne Eucharystie. Mamy trzy msze, przychodzi ponad trzysta osób w każdą niedzielę. Po mszy jest kawa, herbata, ciasto, ludzie spędzają czas, budują się relacje, przyjaźnie, znajomości i dzięki temu wspólnota się rozrasta.

„Bezdomni, ale nie bezczynni” - to jedno ze sformułowań, które można przeczytać na stronie wspólnoty. Czy praca jest sposobem wejścia do nowego życia, do posklejania tych rozbitych kawałków?
Myślę, że dobrze, jak w ogóle człowiek nie jest bezczynny, domny też. Mamy to po Bogu Stwórcy, któremu tworzenie sprawiało radość. Rozwijamy się wtedy, kiedy wychodzimy ku innym. Egoizm, zamknięcie się w sobie, życie tylko dla siebie jest sprzeczne z naszą naturą. Jeśli Bóg jest wspólnotą osób, to my, stworzeni na Jego obraz, odnajdujemy siebie wychodząc ku innym. Człowiek w imię źle pojętej wolności chce się sam realizować, a tak naprawdę oddala się od siebie. Praca ma wymiar zarobkowy, bo życie kosztuje, ale też pozwala rozwijać talenty, umiejętności, wprowadza w relacje z ludźmi. Dlatego mówimy: jeśli mieszkacie w naszym domu, jesteście dorosłymi mężczyznami i macie zdrowe nogi i ręce, to pracujecie. Mamy mieszkańca, który nie ma nóg po amputacji, a pracuje rękami bardzo uczciwie, codziennie, systematycznie. Hasło „bezdomni, ale nie bezczynni” bierze się z poglądu, że osoby bezdomne są leniwe i żyją na cudzy koszt. To ogromny skrót myślowy. Łatwiej pomóc choremu dziecku, bo nie przypisujemy mu winy. Bezdomności próbujemy przypisać winę, mówiąc: to ich wybór. To nie jest prawda.

W betlejemskim DNA jest tworzenie przedmiotów, mozaik, wykańczanie wnętrza jednego i drugiego domu w stylu austriackiego artysty. Hundertwasser jest obecny w Jaworznie dzięki wspólnocie. Szukałam informacji, czy w Polsce jest inne miejsce inspirowane jego twórczością i nie znalazłam. Co było takiego charakterystycznego w jego twórczości, co was zainteresowało?
Na pierwszy rzut oka wszystko powinno nas różnić z Hundertwasserem. Nie był chrześcijaninem, był Żydem ochrzczonym w kościele luterańskim tylko po to, żeby uniknąć wywózki do obozu koncentracyjnego. Mieszkał w Wiedniu. Był artystą, człowiekiem dość szalonym o bardzo dziwnych pomysłach. Myślę, że przede wszystkim cała ta jego filozofia, z którą nam zaczęło być mocno po drodze. Jedno z najsłynniejszych jego zdań, że „linia prosta jest bezbożna i niemoralna”. Odkąd wprowadzono do architektury linię prostą jako dominującą, to powstały takie bezduszne blokowiska, osiedla, gdzie okno do okna podobne i nie wiadomo, gdzie kto mieszka. Często tak się też patrzy na bezdomnych czy ubogich właśnie w taki schematyczny sposób. Stawia się proste diagnozy, szufladkuje się ludzi. Wykorzystywał materiały recyklingowe. Uważał, że to, co zostało przeznaczone na odrzut, straciło wartość, ale połączone z innymi połamanymi elementami tworzy jakość niekiedy piękniejszą od tego, zanim zostało rozbite. Zainspirowani sztuką Hundertwassera napisaliśmy „Manifest resztek” i ogłosiliśmy go 6 stycznia 2013 roku, kiedy też otwieraliśmy naszą hundertwasserową łazienkę. Żartowaliśmy, że to jest miejsce, do którego nawet król chodzi piechotą, a że Trzej Królowie przyszli po długiej podróży, to chętnie z takiej toalety skorzystają. Manifest jest o naszej filozofii ludzi, którzy są jak te resztki poodrzucane, ale właśnie kiedy się spotkamy razem, to z tego powstaje mozaika fascynująca i piękna. Dwa miesiące później kardynał Bergolio został wybrany papieżem. W swoim pierwszym dokumencie programowym „Evangelii Gaudium” użył takiego sformułowania, że niektórzy ludzie są traktowani jak niepotrzebne resztki. Z wielką radością to odkryłem, bo było to to samo sformułowanie, które wymyśliliśmy kilka miesięcy wcześniej. Zainspirowało nas, aby udać się w pieszą pielgrzymkę do Rzymu. Trochę zmodyfikowaliśmy nasz manifest, został przetłumaczony na język włoski, oprawiony, zebraliśmy około tysiąca podpisów osób ubogich, niepełnosprawnych, zarówno z naszego miasta, jak i z innych, wręczyliśmy papieżowi 1 października w święto świętej Teresy, naszej patronki. Tę myśl wciąż kontynuujemy w naszych realizacjach. Raz, że chcemy, żeby ten dom, w którym mieszkamy, był ładny, kolorowy, bo rzadko pewnie domy dla bezdomnych kojarzą się ludziom z ciekawymi domami czy z architekturą, aby były przyjazne, gościnne. Poza tym praca, którą wykonują nasi mieszkańcy, to jest też taka praca, która im daje doświadczenie tego, że rzeczywiście jak poskładamy te elementy, to tworzymy nową jakość. Zawsze jest ten efekt „wow”.
Święta Teresa i święty Franciszek to postacie, które są szczególne dla wspólnoty. Czego oni nas powinni uczyć w pracy z ubogimi?
Myślę, że święci są po to, żeby inspirować. Odkrywaliśmy najpierw, że to oni nas wybrali . I to jest pytanie, dlaczego oni się nami interesują? Bardzo chętnie bym Teresę o to zapytał. Mam parę pomysłów, ale to kiedyś, jak Pan Bóg pozwoli, jak się spotkamy; czy świętego Franciszka. Jak śledzimy po kolei wszystkie wydarzenia, daty, to myślę, że Teresa nas oddała w ręce Franciszka i to jest świadomy jej zabieg i ich układ. Teresa często zwracała uwagę, że nie mamy wpływu już na to, co się wydarzyło w przeszłości. Oczywiście możemy zająć odpowiedzialną postawę wobec tego, co się wydarzyło i na tym polega nasza wolność. Ważne są te małe, codzienne rzeczy, a to codzienne życie ma sens. Tak samo nie ma sensu lęk o to, co będzie jutro. Na przyszłość nie mamy wpływu, przeszłości już nie zmienimy, przyszłości jeszcze nie znamy. To, na co mamy wpływ i co kształtuje też naszą przyszłość, to jest wykorzystanie codzienności. Teresa mówi, że to nie wielkość czynu decyduje o jego wartości, ale miłość, jaką w ten czyn wkładamy. My sami, ubodzy też mamy niekiedy takie poczucie, że zmarnowaliśmy wiele lat. Mają z tego powodu niekiedy wyrzuty sumienia. Są rodziny, które się rozpadły, brak kontaktu z dziećmi, czasem nawet jakieś tragedie, bo ktoś z bliskich popełnił samobójstwo. Mogą mieć takie niekończące się z tego powodu wyrzuty sumienia.

Święta Teresa mówi: możesz, żyjąc tu i teraz, mieć wpływ na tę przeszłość właśnie w taki sposób, że nadajesz jej nowe znaczenie, nowy sens. To jest Teresa i wiele innych rzeczy jeszcze możemy się od niej nauczyć, ale na to jedno bym zwrócił uwagę i dlatego jest to przesłanie dla ubogich, bo ona mówi: „Nie musisz mieć statusu, pieniędzy czy pięciu samochodów, żeby żyć sensownie. Wystarczy, że odpowiednio podejdziesz do tego, co masz dzisiaj”. Czyli tak biblijnie: skup się na tych pięciu chlebach i dwóch rybach, a nie na pięciu tysiącach, które są głodne i którym nie masz co dać, bo ci brakuje. Są u nas ludzie, którzy mają długi bankowe. Ktoś mówi: „Mam 200 tysięcy długu , bo miałem trójkę dzieci, nie płaciłem alimentów”. No to ja mówię: słuszną rzeczą jest, żebyś płacił alimenty, bo jak to są twoje dzieci, to dobrze, żebyś jednak się tego podjął. „No ale jak to policzę, to mam tyle pieniędzy i jak pójdę do pracy i wezmą mi 60 czy 70 procent, bo tyle biorą, to mi zostanie tyle na rękę, że ja za to nie wyżyję, więc to nie ma sensu w ogóle. Albo będę unikał tego płacenia, albo pójdę do pracy na czarno, bo to nie ma sensu, bo jak sobie to policzę...”. I to jest właśnie taki klasyczny przykład: zostaw to. Oczywiście dobrze, żebyś policzył, natomiast nie zamartwiaj się tym, że masz taki dług, tylko skup się na tym, co możesz robić. Nie wiesz, co się wydarzy jutro. Nie wiesz, na ile na przykład twoje zaangażowanie nie otworzy nagle drzwi, o których nawet nie wiesz, że są.
Wspomniał ksiądz o świętym Franciszku i że to święci was znaleźli. To jak Franciszek znalazł was w Greccio?
Myślę, że Franciszek zajął się nami na placu świętego Piotra. Kiedy wręczyliśmy papieżowi Franciszkowi nasz manifest, to podziękował za to, co robimy dla ubogich i powiedział: „Błogosławię wam na tę misję wśród ubogich”. Wtedy zaczęła się rozwijać historia z Franciszkiem. Poszliśmy jeszcze raz szlakiem świętego Franciszka. Idąc do Rzymu, przeszliśmy przez Greccio. Kluczowym momentem był rok 2023, czyli obchody 800-lecia pasterki w Greccio, tej tak zwanej pierwszej żywej szopki. Pomyśleliśmy, że ponieważ my się nazywamy Betlejem, a Greccio nazywa się drugim Betlejem, i forma świąt, jakie obchodzimy dzisiaj, jest związana z tym wydarzeniem w Greccio, to pojedziemy tam na rekolekcje. Gdy zbierałem materiały o tym miejscu, historie miasteczka, to pierwszą rzeczą, jaka mi się wyświetlała po wpisaniu w przeglądarce, były nieruchomości w Greccio. Jest taka urocza strona idealista.it – na nieruchomości świetna nazwa. Z ciekawości zajrzałem, jakie są do sprzedania w Greccio i okazało się, że jest tego dość sporo: mniejsze, większe budynki. I tak zaczęliśmy żartować. Jeden z tych domów był vis-à-vis sanktuarium, przy którym mieszkaliśmy w domu pielgrzyma. Jak byliśmy w sanktuarium się pomodlić, to zawsze żartowaliśmy: „O, to jest ten dom, który kupimy, tu będziemy mieli swoją filię”. Wówczas na rekolekcjach był z nami biskup Grzegorz. To był moment bardzo kryzysowy dla diecezji, wszystkich afer. Umówił się z nami już pół roku wcześniej i zastanawialiśmy się, czy przyjedzie, czy będzie chciał być w tych trudnych okolicznościach, również dla niego, ale przyjechał. Był z nami przez 3 dni, do piątku, a w poniedziałek dowiedzieliśmy się, że papież przyjął jego rezygnację jako biskupa. Poczuliśmy, że to wszystko było po coś. Może Franciszek, który słyszy: „Odbuduj mój Kościół”, mówi to też do nas. Nie po to, żebyśmy się gorszyli tym, co się dzieje, tylko żebyśmy wzięli za Kościół odpowiedzialność. W 2024 roku byliśmy z kilkoma księżmi na tygodniowych rekolekcjach we Włoszech. Wracając z nich wstąpiliśmy do Greccio. Akurat tak się złożyło, że n miejscu byli gospodarze tego domu Belvedere. Porozmawialiśmy, zobaczyliśmy go. Były kolejne wyjazdy z ekipą specjalistów, aby ocenić jego stan. Zaskoczyło nas to wszystko, bo wcześniej nigdy nie myśleliśmy o czymś w rodzaju filii we Włoszech...
W Jaworznie jest jeszcze do ukończenia dom „NieProsta Historia”...
Tak. Kompletnie nie braliśmy pod uwagę miejsca we Włoszech, jednak z racji na Betlejem i powiązanie duchowe, a jeszcze gdy więcej czytam na temat tego włoskiego miasteczka tekstów z czasów św. Franciszka, tym bardziej widzę spójność między naszą misją a tym domem. To będzie świetne miejsce na rekolekcje, dni skupienia. Tym bardziej, że dom leży przy Zaułku Betlejem. Kupiliśmy go końcem lipca ubiegłego roku. Zapłaciliśmy pierwszą ratę i zbieramy fundusze na drugą, którą mamy wpłacić do końca lipca tego roku. Co do domu „NieProsta Historia”, to w środku już nie zostało wiele do zrobienia. Chcielibyśmy go otworzyć w listopadzie na Światowy Dzień Ubogich.
Jest ksiądz jałmużnikiem, spotyka się ksiądz z innymi jałmużnikami w Polsce. Czy sposoby pomocy i potrzeby ubogich są różne i zależą od regionu?
Spotkaliśmy się wszyscy, jest siedmioro jałmużników w Polsce, mieliśmy debatę na temat pomagania. To było niesamowite spotkanie, bo spotkali się „branżowcy”. Widzimy wielką różnorodność pomocy, różne potrzeby i różne sposoby reagowania. To, co mnie zmiernie fascynuje, to Damian, który jest jałmużnikiem w diecezji gdańskiej. Wymyślili coś takiego jak „boski prysznic”. Okazało się, że grupa bezdomnych kobiet i mężczyzn w Trójmieście jest dość spora i jedną z podstawowych potrzeb, jakie oni mają, są potrzeby higieniczne – żeby mogli się wykąpać, przeprać ubranie, aby ktoś obejrzał im nogi, które często są zaniedbane, poranione, wymagają opatrunków. Kupili duże przyczepy kempingowe, w których są urządzone po dwa prysznice. We wtorki i czwartki przy trzech parafiach przychodzi tam niekiedy koło setki ludzi. Zaangażowanych jest w to sporo wolontariuszy. Jest też wspólny posiłek, modlitwa. Potem starają się już z tymi ludźmi utrzymywać kontakt, pomagać im bardziej systemowo. To jest genialny pomysł i bardzo mnie to fascynuje. Raz w miesiącu jest „kościół mobilny” w diecezji sosnowieckiej. Prowadzi go wspólnota „Miasto Ocalenia”. Wychodzą na Patelnię w Sosnowcu, rozbijają namiot, są kiełbaski z grilla, termos z gorącą herbatą. Modlą się, zimą rozdają ubrania – kurtki, czapki. Byłem na tym spotkaniu. Na początku też pomyślałem: co to tak naprawdę daje, raz w miesiącu, co to za pomoc? Ludzie przyjdą, wypiją herbatę, zjedzą kiełbaskę, porozmawiają i wrócą do tego samego. Okazało się, że buduje się tam pewna więź. Jest tam Darek, który sam kiedyś miał podobne problemy, a dziś jest liderem tej inicjatywy. Widzę, jaki ma świetny kontakt z bezdomnymi.
Gdyby miał ksiądz przesłać jedną taką nieoczywistą lekcję z życia Betlejem ludziom, żeby nie przechodzili na „automacie” obok ubogich – co by to mogło być?
Powiedziałbym tak, trochę żartobliwie, że ludzie mają warstwy. Tak jak w „Shreku” – ogry mają warstwy. Zawsze ta warstwa zewnętrzna, którą widzimy, nie wyczerpuje całej prawdy o człowieku. Ludzie też mają warstwy. Często widzimy tę niekorzystną: ktoś jest podchmielony, brudny, śmierdzi. Takie sytuacje się zdarzają, ale to jest tylko warstwa. Możemy się oczywiście odwrócić, wrzucić dwa złote i pójść dalej. Ktoś, kogo na to stać, może się zatrzymać, porozmawiać, zapytać: jak masz na imię, co się stało, że jesteś w takiej sytuacji. Trudno pomóc wszystkim, których spotykamy i czasem nie jesteśmy w stanie pomóc każdemu, którzy nas proszą o pomoc. Jednak to, że nie możemy wszystkim, nie znaczy, że nie możemy tej jednej osobie w jakiś sposób pomóc. Zawsze punktem wyjścia jest poznanie, porozmawianie, zainteresowanie – bez osądzania.
Czy jest coś takiego jak mądre i niemądre pomaganie takim osobom? Czy jest coś, co może im zaszkodzić? Jakaś forma pomocy?
Ja bym to porównał – mądre i niemądre pomaganie – do relacji między przyjemnością a radością. Nad radością trzeba trochę popracować, przed nią jest jakiś trud. To jest na przykład wyjście na szczyt górski: człowiek się zmaga, przemęczy, pokona trud i to daje głęboką satysfakcję. Trochę pocierpiał. To jest dziś bardzo popularne – nawet komentatorzy sportowi mówią, że zawodnicy „cierpieli na boisku”. Ale za tym stoi radość. Tak samo jest z pomaganiem. Jest takie pomaganie tylko doraźne. Ktoś przyjdzie i powie: „Daj pan piątkę”. Zazwyczaj dodaje się: tylko nie na alkohol. „Oczywiście, że nie na alkohol”. Spotykamy się z tym w Betlejem, bo w każdą niedzielę mamy dla ubogich mszę świętą. Ostatnio przyszło ponad 40 osób – najwięcej do tej pory. Potem jest obiad. Modliliśmy się, żeby wystarczyło. CI ludzie zostają jeszcze na chwilę i mówią na przykład: „Proszę księdza, niech ksiądz zobaczy moją nogę. Dzięki temu, że dał mi ksiądz na tę maść tydzień czy dwa tygodnie temu, to proszę zobaczyć, jak mi się podgoiło, ale nie do końca. Jakby ksiądz dał jeszcze dwie dychy na tę maść…”. To mówię: dobrze, jeśli to bez recepty, to przyjdź jutro. Czasem jest tak: „to masz i kup”, czasem z takim moralizującym: „tylko nie wydaj na co innego”. Jakbyśmy wszyscy zawsze wydawali pieniądze idealnie zgodnie z przeznaczeniem. Mogę dać dwie dychy i mieć satysfakcję, że przyczyniłem się do poprawy czyjegoś stanu zdrowia – albo przynajmniej się tak łudzić. Mogę też powiedzieć: „Słuchaj, to może ja cię skontaktuję z kimś – z pielęgniarką, z lekarzem, z kimś, kto się przyjrzy, oceni. Ja się na tym nie znam, ale mogę cię zawieźć”.
To jest właśnie długofalowe pomaganie, które wymaga zaangażowania. Działania doraźne bywają szkodliwe. Jeśli ktoś prosi o narkotyki i ktoś mu je da, to w momencie zażywania jest to dla niego przyjemne, ale to na pewno nie jest mądre pomaganie. Tak samo z alkoholem.

Przez dom w Betlejem przeszło ponad tysiąc osób. Jeżeli ktoś zauważy w swoim otoczeniu osobę potrzebującą pomocy, to czy powinien najpierw z nią porozmawiać, czy zadzwonić do księdza, do wspólnoty i zapytać, w jaki sposób można pomóc?
Zawsze jestem zwolennikiem rozmowy, żeby wstępnie rozeznać sytuację. Też mamy swoje zasady domowe. Jesteśmy w stanie przyjąć określoną liczbę osób, więcej nie przyjmujemy świadomie, bo dom nie jest noclegownią ani miejscem tylko do spania. Ma inne cele, inne przeznaczenie, żeby pomoc była skuteczna. Przychodzą grupy, młodzież, dzieci na warsztaty. Musimy dom trzymać w pewnych ryzach – od higienicznych po strategiczne. Bywa, że odmawiamy. Teraz jest sezon zimowy i co chwilę ktoś dzwoni, że ma kogoś, kto potrzebuje pomocy. Nie jesteśmy jedyni i nie mamy aspiracji, żeby przyjąć wszystkich. Staram się przekierowywać – są inne podmioty, jest miasto. Troska o osoby najbiedniejsze i bezdomne to także zadanie gminy, nie tylko nasze. Trzeba się tymi zadaniami dzielić. Zawsze jednak dobrze jest chociaż wstępnie rozeznać.
To trochę tak jak z ubraniami czy chlebem, które ktoś notorycznie wiesza na naszym ogrodzeniu. Chleba dzięki Bogu nam nie brakuje – dostajemy go z dwóch dyskontów i codziennie przywozimy, a nadmiarem dzielimy się z mieszkańcami bloku socjalnego i osobami, które przychodzą rano. Ktoś zostawia nam chleb, czasem podpsuty, czy ubrania na płocie myśląc, że pomaga. Często to rzeczy, których nie potrzebujemy i które stają się dla nas problemem.
Ten rok to 30-lecie Wspólnoty Betlejem. Na różne sposoby były świętowane wcześniejsze jubileusze. Jaki jest plan na ten rok?
Szukaliśmy przewodniego hasła i uznaliśmy, że tym razem będzie brzmiało „Wy dajcie im jeść”. Jak przyglądamy się naszej 30-letniej historii, to tak ona powstawała. Ten fragment z Ewangelii jest mocno wpisany w nasze betlejemskie DNA. Rozpoczynamy świętowanie 14 lutego. Mam zapiski z tego dnia.
Co ksiądz wtedy zanotował?
Zawsze patrzę na to ze wzruszeniem, bo to jest zanotowane pod natchnienie. Napisałem, że czuję, że to się właśnie zaczyna, że to jest ten dzień, że Pan Bóg jakoś wybrał to miejsce, że ta Jego obietnica zaczyna się spełniać. Co ciekawe, że merytorycznie, jak czytam po 30. latach, to rzeczywiście wszystko się spełniło tak, jak jest. Jubileusz rozpoczniemy w Walentynki mszą o godz. 18, na której będzie także biskup Artur Ważny oraz klerycy z naszego seminarium. Będzie pewnie jakiś poczęstunek, kawa, ciasto, tort jubileuszowy i trochę wspólnie poświętujemy, powspominamy w naszym gronie. Główne uroczystości jubileuszu chcemy obchodzić w czerwcu, przed zakończeniem roku szkolnego. Na skwerze świętej Teresy, w ogrodzie, chcielibyśmy zrobić takie wielkie święto z koncertem. Pracujemy jeszcze nad programem. Będziemy też przeżywać nowennę do świętego Franciszka, od lutego do października. Mamy też przygotowany w Betlejem projekt zatytułowany „Ptaki świętego Franciszka”. Pomyśleliśmy, że w okolicy czwartego dnia każdego miesiąca będziemy ogłaszać go pod hasłem jednego z imion ptaków. Jak będzie na przykład dzień wdzięczności, to będzie pewnie jakaś forma modlitwy wdzięczności. Mamy też przygotowaną na 14. lutego niespodziankę, związaną z kawiarnią, która powstaje w domu „NieProsta Historia”, ale niech to będzie niespodzianka. Pojawi się nowy produkt betlejemski i myślę, że będzie się cieszył dużą popularnością.
Chcąc wesprzeć Wspólnotę Betlejem, można kupić między innymi rękodzieło.
Zapraszamy do zakupu ikon, ceramiki. Mamy zarówno sklep internetowy, jak i stacjonarny przy ul. Długiej 16 w Jaworznie. Jesteśmy organizacją pożytku publicznego, więc można nam też przekazać 1,5 proc. podatku. To konkretna pomoc. Zapraszamy do Betlejem w Jaworznie, a jak ktoś będzie we Włoszech, to do Greccio.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze