Reklama

Klaudia Perończyk i Paweł Siedlis: Nigdy nie wiemy, co zastaniemy na miejscu

Realistyczne scenariusze, presja czasu i konieczność podejmowania natychmiastowych decyzji. Tak wyglądają międzynarodowe zimowe zawody w ratownictwie medycznym. Klaudia Perończyk i Paweł Siedlis, tegoroczni zwycięzcy, podkreślają, że rywalizacja niewiele różni się od prawdziwej pracy w karetce. Oboje pełnią dyżury w Jaworznie w ramach Rejonowego Pogotowia Ratunkowego w Sosnowcu.

Artykuł jest częścią materiału multimedialnego. Powyżej oraz na końcu artykułu znajdziesz pełną rozmowę wideo z ratownikami.

- Sam schemat budowania zadań jest podobny. Opiera się na realnych zagrożeniach zdrowia i życia oraz na sposobie, w jaki będziemy rozpoznawać i leczyć poszkodowanych. Ma to być weryfikacja wiedzy i umiejętności z zakresu ratownictwa medycznego – mówi Klaudia Perończyk.

Dwa dni zmagań, 7 zadań

Tegoroczne zawody to były dwa dni zmagań, podczas których sprawdzali swe umiejętności w 7 zadaniach, w tym w dwóch nocnych. Uczestnicy nie znają wcześniej scenariuszy. Jak tłumaczą ratownicy, od pewnego czasu zawody organizowane są na zasadzie symulowanego dyżuru. Zespoły czekają w hotelowych pokojach na wezwanie, a następnie ruszają pod wskazany adres.

Reklama

- Nie wiemy, czego się spodziewać. Podany jest tylko adres albo koordynaty GPS. Wcale nie jest powiedziane, co będzie na miejscu – relacjonują zwycięzcy.

Pełna koncentracja

Każde ćwiczenie wymagało od nich maksymalnego skupienia. - Jadąc w życiu zawodowym do bólu brzucha, możemy spodziewać się zawału. Jadąc na zawody, gdzie mamy określony jakiś powód wezwania, to on też wcale nie musi się pokrywać z tym, co zastaniemy na miejscu. Samo przygotowanie zadań to inwencja twórcza organizatora, co chciał ukryć, co chciał, żebyśmy odkryli albo nie odkryli, albo co chciał sprawdzić, czy jesteśmy w stanie wykonać – mówi Paweł Siedlis.

Reklama

Pawłowi Siedlisowi najbardziej zapadło w pamięć zadanie związane z katastrofą awionetki. Kluczowa była szybka decyzja o natychmiastowym transporcie poszkodowanego do szpitala.

- Z mojego spostrzeżenia mogę powiedzieć, że połowy zadań nie pamiętam. Tak się wkręciliśmy w pracę. Więcej pamiętam z ostatniego – był to wypadek awionetki. Decyzją było jak najszybciej przetransportować pacjenta do szpitala, na zasadzie „pakuj i jedź”. Spakowaliśmy go, byłem kierowcą, więc zostałem przez to wyłączony. Klaudia w tym czasie pracowała z pacjentem, więc mogłem stać z boku i obserwować. Intensywność tegorocznych zadań powodowała, że człowiek nie miał czasu spostrzec, co się dookoła dzieje – mówi o zadaniu „Kaniów”, w którym okazali się najlepsi z 40. startujących zespołów.

Reklama

Realizm przede wszystkim

Organizatorzy dbają o maksymalne odwzorowanie rzeczywistości. Wykorzystuje się zarówno statystów, jak i zaawansowane fantomy medyczne.

- Na tych zawodach, podczas wypadku masowego, poszkodowani byli charakteryzowani. Niekiedy zdarza się tak, że jest to zwykły fantom. Organizatorzy przygotowali zadanie z samopomocą. Zostaliśmy wezwani na imprezę, gdzie ktoś potrzebował naszej pomocy. W międzyczasie koleżanka została wyłączona, bo napastnik ugodził ją nożem i zostałem sam na miejscu zdarzenia, musiałem pracować na fantomie. Takie zadania też się zdarzają. Fantom odwzorowuje swoją wielkością, masą i innymi czynnikami dorosłą osobę. Ciężko jest czasami realnie pokazać, że ktoś nie ma kończyny albo że doszło do przerwania powłok skórnych. Fantomy są coraz bardziej zaawansowane, mają ukryte opcje, więc na takim fantomie można zrobić więcej niż na żywym człowieku podczas zawodów – wspomina ratownik medyczny.

Reklama

Zliczanie punktów

Ocena nie zależy wyłącznie od końcowego efektu. - Bardzo ważne jest zbadanie pacjenta, a nie złapanie się tylko pierwszego objawu. Pełne badanie i odniesienie tego do całej sytuacji, sposób zabezpieczenia pacjenta i transport do miejsca docelowego – wyjaśnia Klaudia Perończyk.

Po każdym zadaniu zespoły otrzymują cząstkową punktację, ale bez ogólnej klasyfikacji. Czy zdawali sobie sprawę z tego, że są blisko zwycięstwa? Paweł Siedlis odpowiada, że nie do końca. - To były nasze czwarte zawody w Szczyrku. Są one specyficzne i bardzo dobrze zorganizowane. Nigdy nie jesteśmy pewni wygranej, bo zawsze czegoś nam brakowało. Teraz nie zabrakło współpracy i szczęścia. Zadania często nas dzieliły, każdy musiał sam coś zrobić. Brakowało szczęścia wcześniej, bo zawsze gdzieś na końcu pojawiał się błąd. Klaudia była świadoma przed przedostatnim zadaniem – wspomina. Po każdym z zadań zliczali punkty. Zadawali sobie sprawę, że mogą być wysoko, ale tonowali nastroje. Przypominają o ubiegłorocznych zmaganiach, w których jeden błąd na końcu sprawił, że spadli w klasyfikacji.

Reklama

Odskocznia od codziennej pracy i motywacja

Podkreślają, że w ramach sosnowieckiej stacji pogotowia, jeśli ktoś zgłasza chęć wzięcia udziału w zawodach, to spotykają się w większym gronie i rozwiązują zadania z wcześniejszych zmagań. – Tutaj liczą się nie tylko umiejętności, ale i wiedza. Jesteśmy oceniani przez osoby, które już wcześniej sprawdzały się w takiej rywalizacji. Każdy chętny dostaje informację zwrotną – odpowiada Paweł Siedlis. Zwracają też uwagę, że czasami ludzie niechętnie chcą jeździć na takie zawody, bo trzeba się poddać weryfikacji.

- Czym dla was są te zawody? – pytam.

Reklama

- Odskocznią od codziennej pracy i chęcią sprawdzenia się. Sprawdzamy się na tle całego kraju. Każda porażka i każdy sukces motywują do rozwoju, nauki - odpowiadają.

- Jakie są największe wyzwania dla ratowników medycznych? – pytam.

- Zrozumienie specyfiki naszej pracy – odpowiada Klaudia Perończyk.

Kiedy dzwonić, a kiedy nie blokować linii 999 czy 112?

Okazuje się, że ludzie często nie rozumieją, kiedy wzywać pomoc. Ratownicy zwracają uwagę, że może to wynikać z zaszłości, gdzie ludzie pamiętają jak dawniej działał ten system, albo z bezradności, bo nie mają zapewnionej opieki leczniczej i szukają pomocy gdziekolwiek.

Reklama

- Wówczas, trafiając na zespół ratownictwa medycznego, bardzo często w takich przypadkach przewlekłych mamy zwiazane ręce, bo nie jesteśmy w stanie pomóc tym osobom. Myślę, że edukacja pod względem tego, od czego jest zespół ratrownictwa medycznego, kiedy należy dzwonić na 999 to jest wyzwanie dla nas, abyśmy także my, jako medycy, byli w stanie to wypośrodkować i pomóc pacjentowi, czasami mimo związanych rąk - wyjaśnia Klaudia Perończyk.

- Mimo tego, że jesteśmy funkcjonariuszami publicznymi, my też jesteśmy ludźmi jako ratownicy. Często spotykamy się z zarzutami, że jesteśmy zimni. Może i tak, ale niekiedy wymaga tego sytuacja. Też jesteśmy ludźmi, mamy swoje uczucia, bariery do pokonania - dodaje Paweł Siedlis.

Reklama

Zwracają też uwagę, że w stanach zagrożenia życia lepiej dzwonić na numer 999, co skraca czas dotarcia do osoby potrzebującej pomocy.

Jak zaznaczają, zainteresowanie zawodem rośnie, a rozwój systemu ochrony zdrowia poprawia warunki pracy. - Sprzęt jest nowocześniejszy, mamy możliwości rozwoju. Zawód daje stabilność i perspektywy – dodaje Paweł Siedlis. Oboje są wykładowcami i widzą, że chętnych na kierunki medyczne jest coraz więcej.

Kolejny ich cel, gdzie będą weryfikować swoje umiejętności, to Letnie Mistrzostwa Polski we wrześniu na Mazurach. – Tam już jadą najlepsi z najlepszych w naszym kraju. Chcemy się sprawdzić. Teraz chłodna głowa, praca i dalszy rozwój – podsumowują.

Reklama

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 17/02/2026 06:30
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama