Są takie rozmowy, które zaczynają się niewinnie – od pytania o zwykły list polecony – a kończą się filozoficzną refleksją nad losem, biurokracją i nieuchronnością złych wiadomości.
– Kiedy byłeś ostatnio odebrać polecony, detektywie?
– Oj, nie wiem sąsiedzie. Dawno nikt mnie tak nie poniewierał.
– Jak to poniewierał?
– A byłeś kiedyś po dobry polecony?
– Chyba nie…
– No właśnie. Albo bank, albo sąd. Zawsze coś do zapłaty.
– Masz rację. Spadek raczej nie przyjedzie w kopercie z czerwonym paskiem.
– Chyba że po wujku z Ameryki, ale on też by najpierw przysłał rachunek za znaczek.
– A powiem ci, że czekanie na poczcie to jak czekanie na wyrok.
– Ja ostatnio szybko załatwiłem sprawę.
– Szybko? To znaczy ile?
– Jakieś 20 minut.
– To ty miałeś wersję ekspres! Ja znam takich, co godzinę stali, żeby odebrać swój niewesoły polecony.
– Wiesz co? Myślę, że Rafał Brzoska wpadł na pomysł paczkomatów właśnie w kolejce po polecony.
– Stoi, patrzy na numerek 128, a wyświetla się 43… i mówi: „Nie, tak nie może być”.
– Bo to prosta czynność, a przez procedury idą jak wóz z węglem pod górkę.
– No, ale nie śmiej się, poczta się zmienia.
– Zmienia się, zmienia… tylko trochę jak pory roku w filmie przyrodniczym – w zwolnionym tempie.
– Za to towarzysko można porozmawiać w kolejce.
– No tak, człowiek się zaprzyjaźni, historię życia pozna…
– A potem odbiera polecony i nagle już z nikim nie chce rozmawiać.
– Bo się okazuje, że jednak sąd, a nie kartka z wakacji.
– I człowiek wychodzi z poczty bogatszy o doświadczenie…
– …i uboższy o kilka stówek.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze