Budżet obywatelski z założenia miał być lekcją lokalnej demokracji i narzędziem w rękach mieszkańców. Tymczasem w Jaworznie wokół głosowania na przyszkolne boiska narastają wątpliwości. Czy powrót do szkolnych ław po wakacjach stał się dla rodziców okazją do wyrażenia opinii, czy raczej cichym sprawdzianem z mobilizacji i wyrabiania „normy”?
Detektyw Dąbek i wywiadówka z urną
– Panie Dąbek, w szkołach demokracja przyspieszyła.
– Dzieci wybierały przewodniczącego klasy?
– Rodzice wybierali boiska. W jaworznickim budżecie obywatelskim zbierali głosy na projekt sportowy, budowę boisk przy szkole.
– Dobry pomysł. Dzieci powinny mieć gdzie grać.
– I rodzice też zagrali. Przyszli na zebranie, podpisali karty do głosowania. Tylko niektórzy się zdziwili, że zebranie tak wcześnie. Zwykle człowiek ma jeszcze dwa, trzy tygodnie spokoju, zanim usłyszy o składkach, wycieczkach i kapciach na zmianę, a tu już trzeba siadać w ławce.
– Może szkoła chciała wcześniej poznać rodziców?
– Szczególnie ich podpisy.
– Pan wszędzie widzi spisek. Ja widzę zaangażowanie obywatelskie.
– To niech pan zobaczy jeszcze jedną rzecz. Mój kolega, były woźny z urzędu, twierdzi, że każda partia oddanych głosów była oznaczana: która szkoła przyniosła.
– Samo oznaczenie paczki jeszcze o niczym nie świadczy.
– Też mu tak powiedziałem. A on na to, że podobno potem będzie wiadomo, która szkoła dostarczyła więcej głosów, i że to ma mieć znaczenie przy dzieleniu pieniędzy między szkoły. Dąbek odstawił filiżankę.
– Niemożliwe.
– Kawę pan za mocną zrobił?
– Nie. Niemożliwe, żeby pieniądze dla szkoły zależały od tego, ile kart przynieśli rodzice.
– Panie detektywie, może obowiązuje zasada: więcej przyniesiesz, więcej dostaniesz.
– To wychodzi program lojalnościowy. Dziesięć podpisów i dostajesz piłkę, sto podpisów i siatkę, tysiąc podpisów i remont szatni?
– Przy dwóch tysiącach dyrektor przechodzi do złotej ligi.
– A szkoła, która ma mniej uczniów?
– Musi nadrabiać ambicją.
– A rodzic, który chciałby zagłosować na inny projekt?
– Najlepiej, żeby miał mocny charakter. I nie siedział w pierwszej ławce. Dąbek wyciągnął notes.
– Najpierw trzeba sprawdzić, czy kolega woźny rzeczywiście coś wie, czy tylko usłyszał na korytarzu.
– On znał wszystkie korytarze.
– Znajomość korytarza to jeszcze nie znajomość zasad podziału budżetu.
– Ale czasem na korytarzu człowiek dowie się więcej niż na zebraniu.
– Jeśli ta historia się potwierdzi, to będzie kolejne wypaczenie budżetu obywatelskiego. Rodzice mają głosować na potrzebny projekt, a nie wyrabiać szkole normę.
– Czyli zebranie rodziców z elementami współzawodnictwa?
– Z tabelą wyników. „Klasa trzecia B zebrała najwięcej głosów. Klasa czwarta A musi popracować nad postawą obywatelską”.
– A na świadectwie dziecka: matematyka cztery, polski pięć, mobilizacja rodziców dwa.
– I uwaga w dzienniku: „Ojciec nie dostarczył karty. Wezwać na rozmowę”. Sąsiad westchnął.
– Wie pan, boiska by się przydały. Tylko człowiek chciałby wiedzieć, według jakich zasad dzielą pieniądze.
– Właśnie. Jeżeli za głosami mają iść późniejsze nagrody dla szkół, trzeba to uczciwie powiedzieć. A jeśli takie historie okażą się prawdą i tak to ma dalej wyglądać, to może lepiej ten budżet obywatelski zlikwidować, niż robić z obywatelskiego głosowania zawody w dostarczaniu podpisów.
– Szkoda by było.
– Szkoda. Ale najbardziej szkoda dzieci.
– Dlaczego?
– Bo zanim zbudują im boisko, już dostaną lekcję, jak się ustawia wynik.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze