Święto miasta za nami. Emocje opadły, sceny na Victorii i plantach rozebrane, a w internecie – jak co roku – trwa lokalne przeciąganie liny. Jedni zachwyceni, drudzy zniesmaczeni, trzeci tradycyjnie oburzeni, że „za głośno” albo „nie tacy artyści”. I choć dogodzenie wszystkim mieszkańcom Jaworzna graniczy z cudem, to trzeba sobie uczciwie powiedzieć jedno: tegoroczne Dni Jaworzna były lepsze niż zwykle.
Widać było, że organizatorzy wyciągnęli wnioski z poprzednich lat. Impreza miała rozmach, ciekawą dynamikę i – co najważniejsze – wyszła poza ramy zwykłego „stania pod sceną z piwem”. Rozbudowane strefy gastro, angażujące akcje z Kartą Mieszkańca (lot helikopterem nad miastem robił wrażenie, nawet jeśli oglądało się go z ziemi) oraz wciągnięcie do gry lokalnych instytucji, jak biblioteka czy muzeum, dały radę. To nie był tylko festiwal odhaczania kolejnych koncertów, ale prawdziwe, żyjące święto.
Najwięcej kontrowersji, co było do przewidzenia, wzbudził niedzielny line-up. W sieci natychmiast wybuchła dyskusja i padło fundamentalne pytanie: czy warto ściągać Skolima, który gra – umówmy się – muzykę wątpliwie poważaną?
Odpowiedź, choć dla wielu estetów może być bolesna, brzmi: jak najbardziej tak. Można króla latino nie trawić, można zżymać się na poziom tekstów i prostotę bitów, ale to, co działo się pod sceną, obroniło się samo. Skolim przyciągnął do strefy koncertowej tłumy młodego pokolenia, jakich Jaworzno dawno nie widziało. Dzieciaki i nastolatki szalały, a miasto na te kilkadziesiąt minut zamieniło się w absolutne centrum młodzieżowej energii.
I o to w tym wszystkim chodzi. Skoro ta muzyka tak bardzo podoba się młodym, to znaczy, że program tegorocznych dni miasta w końcu zrealizował swoje podstawowe założenie – stał się imprezą, na której jest coś dla każdego, a nie tylko dla starszych pokoleń czy koneserów.
Bo jeśli Dni Jaworzna mają być świętem całego miasta, to definicja „wszystkich mieszkańców” musi obejmować również tych, którzy dopiero co odebrali swój pierwszy dowód osobisty czy legitymację szkolną.
Zresztą, muzyczna równowaga w przyrodzie została w pełni zachowana. Na sam koniec Małgorzata Ostrowska i Kasia Kowalska po prostu musiały się podobać – i podobały się bezdyskusyjnie. Ich występy to była klasa, rockowy pazur i potężna dawka energii, która porwała dojrzałą część publiczności. Obie wokalistki udowodniły, że prawdziwy głos i sceniczna charyzma nie starzeją się nigdy, idealnie balansując wcześniejsze, lżejsze klimaty i godnie zamykając cały festiwal.
Oczywiście, nie byłoby Dni Jaworzna, gdyby wszystko poszło idealnie gładko. Tradycji musiało stać się zadość i nie mam tu na myśli wyłącznie wieczornych problemów z parkowaniem w okolicach Victorii. Chodzi o naszego stałego, nieproszonego gościa: pogodę.
Możemy planować logistykę na błysk, zapraszać gwiazdy i dbać o każdy detal, ale z jaworznicką aurą w czerwcu wygrać się nie da. Tradycyjne problemy z pogodą, przelotne ulewy i chmury straszące zebranych nad stadionem to już niemal stały punkt programu. Czasem można odnieść wrażenie, że deszcz ma po prostu wykupiony karnet VIP na każdy czerwcowy weekend w naszym mieście.
Mimo tych kilku kropel i tradycyjnego narzekania w komentarzach, tegoroczne święto zostawia po sobie dobry posmak. Było różnorodnie, było tłumnie i z pomysłem. A że jednemu podobał się Tede, młodym Skolim, a starszym Ostrowska? I bardzo dobrze. Przynajmniej przez te trzy dni Jaworzno naprawdę tętniło życiem.
Franciszek Matysik
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze