Reklama

Oczywista Nieoczywistość – Zasłona. Imieniny Jarosława 25 kwietnia

Jako dziecko obchodziłem imieniny. Jak co roku, 25 kwietnia czekałem, aż ktoś złoży mi życzenia, ewentualnie obdaruje jakimś upominkiem. Z czasem jednak celebrowanie imienin właśnie stało się jakby niemodne, dlatego też wyszło z powszechnego użycia, zupełnie jakby zarezerwowane było tylko dla starszych. I tak już pozostało. Nawet w momencie, kiedy sam stałem się starszy. Dziś pozostało mi więc świętowanie urodzin. Taki zresztą obyczaj upowszechnił się już i utrwalił wśród wszystkich. Tych starszych „starszych” też. W gronie rodziny imienin nie obchodzi już chyba nikt.

Dla mnie imieniny jednak generują nie tylko te miłe skojarzenia, ale także te, które zakwitają bardziej przykrymi wspomnieniami. Po pierwsze, imieniny Jarosława, te kwietniowe, obchodzi także Marek. Nieodłącznie więc moje skojarzenia przez całe lata lokowały się także w moim wujku, właśnie Marku. To brat mojej mamy, który zginął tragicznie pod kołami pociągu w styczniu 1982 roku, w wieku zaledwie 25 lat. Była to dla naszej rodziny straszna trauma. I chociaż wujka nie miałem okazji poznać zbyt dobrze, ponieważ kiedy odszedł miałem zaledwie trzy lata, a po jego osobie pozostały mi jedynie porozrywane strzępy wspomnień, jego osoba wystarczająco mocno wyryła się w mojej pamięci i świadomości. Do tego stopnia, że kiedy spoglądałem rokrocznie w kalendarz, szukając pod 25 kwietnia imion Marka i Jarosława, to ów „Marek” właśnie przeszywał mnie jakimś dziwnym niepokojem i pewnym poczuciem winy, że ja mogę sobie owe imieniny świętować, a on już niestety nie. Uznałem to, jako dziecko, jako dziejową niesprawiedliwość.

Ale chyba jeszcze bardziej swego rodzaju piętnem odbiło się na mnie wydarzenie, które miało miejsce dwa lata później, dzień po moich imieninach. Wyryło się tak mocno i jakoś dziwnie wymieszało rzeczywistość, że rokrocznie musiałem się upewniać, czy imieniny mam 25 czy 26 kwietnia, podobnie jak utwierdzać się musiałem w przekonaniu, w którym z tych dni odszedł mój dziadek. Dziadek Andrzej, tata mojego taty. Urodzony na Kresach w 1915 roku. Człowiek o niezwykle burzliwym i ciekawym życiorysie. Jako pasjonat historii nie mogę odżałować, że dziadek Andrzej odszedł tak szybko, kiedy nie miałem jeszcze sześciu lat. Chciałbym zadać mu tak wiele pytań, usłyszeć tak wiele odpowiedzi. Niestety, rzecz to już zupełnie bezpowrotna, ulatująca poza zasłonę upływającego czasu.

Reklama

Śmierć dziadka, a właściwie jej termin, trwale wpił się w księgę moich wspomnień, komponując się niczym dziwaczny tandem z dniem moich imienin właśnie. Wydarzenia tego, podobnie jak wcześniejszej śmierci wujka Marka nie mogłem odseparować od dnia własnego patrona. Po prostu. Zupełnie jakby 25 i 26 kwietnia skomponował się ze sobą i zespolił w jedno, stanowiąc dość osobliwy konglomerat, którego nie sposób rozdzielić. Z jednej więc strony jakieś tam imieninowe świętowanie, podsycane jednak ową niewyczerpaną świadomością, że te dni oznaczają o wiele więcej, kryjąc za sobą znacznie zasobniejszy bagaż doświadczeń.

Szczególnym był chyba jednak ten 26 kwietnia. Był to zresztą nie tylko smutny dzień jako taki. Pechowe i smutne było kilka pierwszych miesięcy tegoż roku. Na początku bowiem dziadek po prostu zachorował. Na serce. Gdyby żył dziś, jego problemy zdrowotne udałoby się zapewne dzięki niewyobrażalnemu jak na tamte czasy postępowi medycyny zredukować. Jednak wtedy, leżąc w jaworznickim szpitalu, z dnia na dzień odchodził i oddalał się od nas. Pod koniec życia nawet już nikogo nie poznawał. W tym samym też czasie rozchorowałem się ja. Na świnkę. Dziś ta choroba niemal nie istnieje. Wówczas była dość powszechna. Przeorała mnie niemożebnie. Chorowałem prawie miesiąc. I właśnie wówczas, kiedy po raz któryś wracałem z przychodni ze Szczakowej z kontroli u pana doktora Żaka, mama zadzwoniła z przystanku, korzystając z budki telefonicznej, do swojej szwagierki, a mojej cioci Marysi. Zapewne chciała dowiedzieć się czegoś o stanie zdrowia swego teścia. I dowiedziała się tego najgorszego. Dziadek umarł. Były to czasy bez komórek i domowych telefonów. Przepływ informacji był trudny i powolny. Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Łzy spływające po policzkach mamy były jednoznaczne. To był naprawdę bardzo smutny dzień. Kiedy wróciliśmy do domu, mama cały czas czekała na tatę, by mu powiedzieć. Kiedy przyszedł z pracy okazało się, że już wiedział. Wiedział już rano. Z tą świadomością owego dnia zdołał jeszcze zdać egzamin na prawo jazdy. Dowiedział się tego też od cioci Marysi, która zadzwoniła do niego do pracy i przekazała tą smutną wiadomość. Kiedy wszedł do domu, ja stałem po cichu za drzwiami pokoju, graniczącymi z kuchnią.

Reklama

Pamiętam jedynie, jak mama zadała tacie jedno jedyne pytanie, widząc jego wyraz twarzy. Nie powstrzymując już łez zapytała tylko: Wiesz? Tata odpowiedział, drżącym głosem, że tak. Mama zaczęła płakać. Choć nie widziałem tego stojąc za drzwiami, wiedziałem, że stoją przytuleni do siebie, płacząc oboje. Dla mnie jednak cała ta sytuacja była jakaś dziwna, niezrozumiała. Wiedziałem, co to znaczy. Dziadek umarł. Dziadek, którego lubiłem i kochałem. Ale nie wiedzieć czemu nie mogłem wykrzesać z siebie żadnych łez. I to bardzo długo. Po jakimś czasie zacząłem się nawet za to winić. I tak naprawdę chyba dopiero po roku o ile nie więcej, leżąc któregoś wieczoru i zasypiając powoli, zacząłem rzewnie płakać. Zupełnie jakby dopiero wtedy dotarło do mnie to, co się tak naprawdę stało. Ale wtedy nie, wówczas ogarnęła mnie jakaś dziwna znieczulica. Pomimo, że byłem smutny, że w domu było bardzo smutno. Na samym zaś pogrzebie nie byłem. Nadal byłem na tyle poważnie chory, że zostałem pod opieką sąsiadki, pani Balnerowej, na którą wszyscy w okolicy wołali „babcia”. Pamiętam, jak w dzień pogrzebu tata zaniósł mnie do niej otulonego w koc. Tak samo wyglądał powrót, pod wieczór, kiedy dziadka już pochowano. Pamiętam, jak będąc u babci Balnerowej, nie mogłem się doczekać powrotu rodziców. Raz nawet popłakałem się, ale z tęsknoty za nimi, a nie za dziadkiem. Kiedy w końcu wrócili do domu byłem strasznie szczęśliwy, choć nadal chory. Tą sama świnką, która wymęczyła mnie, zaraził się ode mnie mój brat Rafał. Problem wszak polegał na tym, że tego roku Rafał szedł do pierwszej komunii. I poszedł do tejże chory. Smutna to była niestety komunia, w ramach której najważniejsza osoba jest chora, a cała uroczystość odbywa się w cieniu śmierci nestora naszej rodziny. Wszyscy byli wówczas smutni i posępni. Nie potrafiłem tego wówczas zrozumieć. Tak jak nie potrafiłem zrozumieć absolutyzmu śmierci, która zabrała mi dziadka bezpowrotnie. Nawet owa komunia wydawała mi się zupełnie normalna i fajna, będąc okazją do spotkania z rodziną i kuzynostwem. To strasznie dziwne, wręcz niesmaczne.

Jak się bowiem okazało, czas na łzy i na poczucie straty musiał dopiero nadejść. Na tak poważne rzeczy pięcioletni chłopiec okazał się jeszcze zbyt mały. Owa kotara oddzielająca mnie od zrozumienia pewnych rzeczy na razie musiała jeszcze pozostać zasuniętą. Na całą resztę czas musiał dopiero nadejść.

Reklama

Jarosław Sawiak

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 25/04/2026 10:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo jaw.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości