Żyjemy w najlepszych czasach dla Polski. Tak, wiem – brzmi jak frazes. Tyle że liczby są uparte. Gospodarczo wyszliśmy z PRL-u jak z długiego, kiepskiego snu i przez trzy dekady robiliśmy postęp, którego wielu nam zazdrości. Może będąc w środku, nie czujemy „cudu”, bo człowiek szybko przyzwyczaja się do komfortu, ale takie są fakty – żyje nam się wygodniej, bezpieczniej, dostatniej.
I właśnie w tym jest haczyk. Bo bieda, choć nikt za nią nie tęskni, była też paliwem. Zmuszała do zaradności, do przedsiębiorczości, do kombinowania – w dobrym sensie. Kiedy trzeba, człowiek potrafi. Kiedy nie trzeba, to coraz częściej mu się nie chce.
Prosperity, które zaczęło się w latach 90., wyglądało jak rozpędzony pociąg. Dziś Polska jedzie szybko – tylko że na horyzoncie widać zakręt. I to nie taki, który da się pokonać z uśmiechem i hasłem „będzie dobrze”. Ten zakręt ma imię: demografia.
Owszem, problem dotyczy wielu krajów, ale u nas lampka już nie miga – ona świeci na czerwono. W skali miasta to widać gołym okiem: kilkaset dzieci zapisanych do przedszkoli, coraz mniej młodzieży, coraz więcej planów „żeby stąd wyjechać”. Jaworzno, Śląsk, Polska – nieważne. Młodzi chcą gdzie indziej, inaczej, lżej.
I pewnie – mieli zostać, bo tu się żyje lepiej niż kiedyś. Teoretycznie. W praktyce dobre życie ma skutki uboczne: rozleniwia. A może nie tyle rozleniwia, ile zmienia priorytety. Skoro można łatwiej, to po co wybierać trudniej? Skoro można ciszej, po co głośniej? Skoro można „dla siebie”, po co „dla kogoś”?
Rodzina jest trudna. Dzieci są trudne. Wychowanie wymaga czasu, nerwów, konsekwencji, obecności. A my coraz częściej chcemy wygody. I tu zaczyna się prawdziwa tendencja spadkowa: mniej wysiłku, mniej odpowiedzialności, mniej cierpliwości.
Kto pamięta, ile serca i pracy wkładały w nas matki i babcie, ten wie, że nie da się wychować człowieka pilotem do telewizora. A dziś? Dziś łatwiej dać dziecku telefon niż rozmowę. Łatwiej dać ekran niż uwagę. I wcale nie chodzi o moralizowanie, chodzi o efekt. Ekran nie zbuduje więzi. Ekran nie nauczy wartości. Ekran nie zastąpi rodzica.
A konsekwencje przyjdą szybko. Najpierw mniej oddziałów przedszkolnych. Potem mniej klas. Potem mniej szkół. Później mniej nauczycieli i coraz większa niepewność zawodu. To nie jest teoria – to jest prosta arytmetyka.
Do tego dochodzi coś jeszcze: kryzys autorytetów. Polityka, Kościół, szkoła – trzy filary, które kiedyś trzymały porządek świata, dziś mają pęknięcia. Część z nich sama sobie je zafundowała: skandale, pycha, przemoc, obojętność. Jasne, są porządni ludzie w każdej z tych sfer, ale ogólny obraz robi swoje: zaufanie spada. A gdy spada zaufanie, spada też chęć budowania czegokolwiek na dłużej. W tym – rodziny.
Nie chcę tu wygłaszać wielkich, ostatecznych diagnoz. Chcę tylko powiedzieć jedno: jeśli tendencja spadkowa się utrzyma, to kolejne decyzje w kraju i w mieście będą podejmowane „pod liczby”. Bez sentymentów. Bez dyskusji o marzeniach. Dzietność stanie się współczynnikiem, który uruchomi lawinę zmian.
I wtedy okaże się, że najlepsze czasy nie kończą się wtedy, gdy brakuje pieniędzy. Tylko wtedy, gdy brakuje ludzi.
Franciszek Matysik
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dąbek juz popisałeś sam ze sobą w komentarzach?
Dąbek juz popisałeś sam ze sobą w komentarzach?