Pensja prezydenta Silberta poszła w górę. Niektórzy powiedzą, że to ledwie 1700 zł więcej miesięcznie, inni, że 22 tysiące złotych miesięcznie to nie kokosy. Jak zwykle – wszystko zależy od punktu widzenia. Bo gdyby szukać fachowców do zarządzania dużym miastem, taka kwota wcale nie musi działać jak magnes.
Tyle że tu nie chodzi wyłącznie o samą wysokość pensji. Chodzi raczej o sposób myślenia władzy. A ten bywa bardziej niepokojący niż jakiekolwiek liczby w tabelce. Głównym powodem podwyżki mają być przecież statystyczne współczynniki, które pozwalają na aktualizację stawki. No tak – po prostu się należy. W końcu każdy chciałby zarabiać więcej.
Problem polega jednak na tym, że w samorządowej rzeczywistości to „należy się” nie działa równo dla wszystkich. Owszem, dziś w budżetówce jest pod tym względem lepiej niż kiedyś, ale wystarczy cofnąć się pamięcią, by usłyszeć od wielu pracowników urzędu, że przez lata ich pensje stały w miejscu i żadnych rewaloryzacji nie było. A jeśli już mówimy o procentowej skali podwyżek, to zwykły pracownik czy urzędnik średniego szczebla może o takich rarytasach tylko pomarzyć.
W Jaworznie, jak w starym powiedzeniu o prawie Kalego, zasady najwyraźniej działają wybiórczo. Dla jednych podwyżka to naturalna korekta, dla innych – temat, który najlepiej przeczekać w ciszy.
Ale to jeszcze koniec. Bo skoro zwykły pracownik nie może liczyć na podobne ruchy, to warto zapytać, jak wygląda sytuacja tych bardziej prominentnych, nazywanych czasem żartobliwie „tłustymi kotami”. I tu robi się ciekawie, bo właśnie oni okazali się solą w oku prezydenta. Na sesji padły przecież słowa, że niemal absurdem było to, iż około 50 jego pracowników zarabia więcej od niego. Sami zresztą pisaliśmy o Bednarku, przy którego wynagrodzeniu pensja Silberta wypada niemal jak uposażenie ubogiego krewnego.
No więc może rzeczywiście coś w tym jest? Może prezydentowi po prostu się należało? W końcu – jak można było usłyszeć – to właśnie on osobiście „załatwił” miastu setki milionów na Jaworznicki Obszar Gospodarczy. Skoro tak, to może rzeczywiście nie wypadało, by szef miasta zarabiał mniej od części swoich podwładnych. Logika tej opowieści jest prosta: skoro skuteczny, to powinien być odpowiednio wyceniony.
Tak czy inaczej, sam uważam, że pensja prezydenta nie jest szczególnie wysoka – zwłaszcza w porównaniu z wynagrodzeniami części jego pracowników. Gdyby może była wyższa, nie musiałby przecież brać urlopów bezpłatnych, żeby dorabiać jako fizyczny pracownik w elektrowni. Nie musiałby myśleć o podbijaniu sobie emerytury. Nie musiałby dorabiać w weekendy na uczelni. Mówiąc krótko: nie musiałby być aż tak zapracowany.
Barbara Ziętek wbiła mu szpilę, mówiąc, że jest prezydentem dlatego, że chce, a nie dlatego, że musi. Była w tym złośliwość, to prawda. Ale jak to w felietonach i w polityce bywa – złośliwość często bywa tylko bardziej elegancką formą stawiania niewygodnych pytań.
Franciszek Matysik
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
raz mowi ze piniedzy nie ma , teraz mowi ze piniondze ma, ze zdobyl ze mu dali - a tusek mu dal a nie kaczynski, a on wziol - co za chlop
raz mowi ze piniedzy nie ma , teraz mowi ze piniondze ma, ze zdobyl ze mu dali - a tusek mu dal a nie kaczynski, a on wziol - co za chlop