Po II wojnie światowej nadeszły takie czasy, kiedy ubikacja, łazienka, piec kaflowy, czy woda w kranie stawać się zaczęły swego rodzaju standardami. Oswajano się z nimi niejednokrotnie bardzo długo. Były one bowiem czymś absolutnie nowym czy wręcz niesłychanym. Niejednokrotnie też ich pojawianie się trwało dosyć długo. O ile bowiem w nowo budowanych osiedlach czy blokach były poniekąd w pakiecie, o tyle w przypadku starszej zabudowy już tak kolorowo i prężnie nie było. Zresztą i w samej mentalności niektórych ludzi nie było widać jakiegoś parcia czy pospiechu do tego, co nowe. Byli oni w dużej mierze przyzwyczajeni do tego, co stare, w nowym dopatrując się niepotrzebnych, zbędnych czy wręcz niebezpiecznych nowinek i udziwnień. Nikogo więc nie dziwiła studnia na podwórzu, będąca jedynym źródłem wody, nie dziwił przysłowiowy wychodek na zewnątrz czy nocnik pod łóżkiem. Po prostu. Było to swego rodzaju normą i to wcale jeszcze nie tak dawno temu.
Podręcznikowym tego przykładem był stary dom moich dziadków na jaworznickich Chrustach, w którym rodzice mojego taty mieszkali wiele lat, aż do roku 1983. I to między innymi z perspektywy tego domu można mówić o owych dość osobliwych standardach. Dom, w którym mieszkali, był starą willą, wybudowaną jako dom dla pracowników kopalni. Pewnym cieniem na historii tego domu był fakt, że w czasie wojny miał w nim mieszkać jeden z komendantów obozu Neu- -Dachs.
Dom wydawał się jak na tamte czasy okazałą, wielorodzinną willą. Przed nią znajdował się niewielki ogródek, a na zapleczu zabudowa gospodarska. Pamiętam, że w domu tym mieszkało rzeczywiście kilka rodzin, o ile dobrze pamiętam cztery. To co dziwiło mnie w nim najbardziej to fakt, że lokale przeznaczone dla konkretnych rodzin były na swój sposób porozrzucane po obiekcie. I tak np. moi dziadkowie zajmowali w nim dwa pomieszczenia, a mianowicie dużą, widną kuchnię, tuż na początku korytarza, po prawej stronie; pokój natomiast znajdował się po lewej stronie, ale na samym końcu korytarza. To też być może sprawiło, że tak naprawdę całe rodzinne życie toczyło się właśnie w kuchni. Był tam duży piec węglowy. Był tam zlew i kran z bieżącą wodą, duża wersalka, stół, telewizor, meble kuchenne i maszyna do szycia, usytuowana pod oknem. Było tam zawsze ciepło i przytulnie. Szczególnie wtedy, kiedy na zewnątrz panował chłód i zimowa aura, a w piecu posykiwał miły dla ucha ogień. Podobnie miło było wówczas kiedy przy stole tym zasiadała cała nasza rodzina.
Babcia gotowała rzecz jasna na piecu węglowym. Prała ręcznie lub we „frani”. Myto się w dużej misce, wypełnionej ciepłą wodą podgrzaną na piecu. Niejednokrotnie pamiętam, jak dziadek mył się nad miską właśnie, rozchlapując wodę naokoło. Za każdym razem natomiast kiedy myć się miała babcia, to dziadek zabierał mnie do wspomnianego pokoju, drugiego pomieszczenia, dopóki babcia nie zakończyła toalety. Nie rozumiałem tego wówczas za bardzo. Z babcią spędzałem mnóstwo czasu, z babcią spałem na wspomnianej wersalce w kuchni. Nie miałem pojęcia, dlaczego nie mogłem zostać w kuchni na czas jej mycia. Za każdym razem, kiedy zostawałem u dziadków na noc, nieco naburmuszony dziadek przynosił z pokoju pościel, którą rozkładał na rozłożonej wersalce. Każdorazowo też, kiedy spędzałem tam noc, dziadek nocował w odległym dla mnie pokoju.
Sam pokój wydawał się dla mnie jakimś dziwnym, trochę smutnym i nienaturalnym światem. Było tam jakoś ciemniej. Stały tam ciężkie meble, łóżko, pościel, duże poduchy, a na nich posadowione plastikowe lalki, ubrane w ciuszki uszyte zapewne przez babcię. Lalkami tymi bawiły się pewnie moje ciocie. Mi natomiast nie wolno ich było dotykać ani się nimi bawić. Mam wrażenie, że nie tylko dlatego, że byłem chłopcem. Ale nade wszystkim było tam dużo zimniej. Ogrzewany był najwyraźniej o wiele rzadziej. W kontraście z kuchnią wydawał się światem niemal luksusowym, ze swoim zapachem świeżego prania, zapachem pościeli i ubrań oraz sterylną niemal czystością. Zupełnie inna też była tutaj aura, która kontrastowała ze swojszczyzną kuchennego świata. Bardzo często pytałem babci czy nie moglibyśmy spać w tym właśnie pokoju, ta jednak za każdym razem odmawiała. Dlatego być może przestrzeń ta wydawała się jakaś niedostępna i przede wszystkim, jak już wspomniałem, smutna.
Kontrastowała z jak najbardziej swojską kuchnią, będącą swojskim, ciepłym i przytulnym światem. Nikogo tak naprawdę nie dziwiły dość osobliwe warunki. Nikogo wówczas nie dziwił brak ciepłej wody w kranie, brak łazienki, nikogo nie irytował nocnik pod łóżkiem czy fakt, by skorzystać z toalety determinował wyjście do wychodka, usytuowanego na zewnątrz. Także w zimie. Nikogo to jakoś nie dziwiło i nikomu to chyba nie przeszkadzało, aczkolwiek było dość nietypowe. Córki (siostry mojego taty) mieszkały już w blokach, łazienki posiadały, nawet moi rodzice, mieszkający na Długoszynie, łazienkę posiadali; wannę, umywalkę, podgrzewana wodę czy centralne ogrzewanie. U dziadków takowych „luksusów” brakowało. Zadać oczywiście można sobie pytanie o to, dlaczego nikt nie pomyślał o remoncie domu, doprowadzeniu kanalizacji i zorganizowaniu łazienki właśnie. Dlaczego nie uczyniła tego chociażby patronacka „Komuna Paryska”? Być może w czasie, o którym piszę i który pamiętam nikt nie traktował już takiego zamysłu serio, ponieważ niedługo potem budynek przeznaczono do rozbiórki, a dziadków przesiedlono na Podwale. Przez wiele lat jednak mieszkali w takich, a nie innych warunkach. Nie stały one wszak na przeszkodzie, aby w domu tym zawsze panowała rodzinna, ciepła atmosfera, pełna życzliwości i przeróżnych, kuszących zapachów babcinej kuchni. Zawsze było tam właśnie tak, bez wyjątków, bez interludiów. Przytulnie, ciepło i smacznie. A przy tym nieustająco cierpliwy dziadek, za każdym razem stojący przy bramie i wypatrujący oraz wyczekujący chwili kiedy wszyscy ponownie u nich zawitamy, siadając przy wspólnym rodzinnym stole.
Jarosław Sawiak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze